Kacper Przybyłko: Życie w bańce i futbol za zamkniętymi drzwiami (WYWIAD)

Zobacz również:Pierwszy skalp Niezgody. Portland Timbers wygrali turniej MLS
KacperPrzybylko-1256382039.jpg
Fot. Jeremy Reper/ISI Photos/Getty Images

Nasz najlepszy piłkarz w Major League Soccer zabiera nas za zamknięte drzwi centrum w Orlando i opowiada o życiu w ośrodku Disneya, środkach bezpieczeństwa, jak sam zachorował na koronawirusa, a także wirtualnym spotkaniu z gwiazdą NBA Kevinem Durantem.

Korespondencja ze Stanów Zjednoczonych

8 marca w Los Angeles odbył się ostatni - jak na razie historyczny - mecz Major League Soccer z udziałem kibiców, w którym zagrałeś w zespole Union przeciwko LAFC. Kilka dni później rozgrywki zostały zawieszone, a Ty zachorowałeś na koronawirusa. Jak do tego doszło?

Rzeczywiście polecieliśmy na mecz do Los Angeles i wtedy statystyki zachorowań w tym mieście były już wysokie. Dlatego myślę, że to właśnie tam złapałem wirusa. Wszystko się zgadza - z reguły to trwa tygodnie, zanim zaczynasz odczuwać pierwsze objawy. I tak właśnie było. Miałem akurat urodziny. Ja generalnie co roku choruję, tak więc początkowo myślałem, że to normalne przeziębienie albo jakaś grypa. Nagle zaczęło mi się robić bardzo zimno, do tego doszedł okropny ból głowy. Przez 3-4 dni praktycznie nie istniałem. Ludzie do mnie dzwonili z życzeniami, a ja nawet nie miałem siły, aby odebrać telefon. Po tygodniu zacząłem się trochę ruszać, ale gdy biegałem - zatykało mnie. Ciało było już zdrowe, ale płuca miałem osłabione. Dopiero po miesiącu wszystko wróciło do normy.

Jak zostałeś zdiagnozowany?

Pamiętam, że złapało mnie w ciągu dnia. Obudziłem się rano i czułem się normalnie. Po południu zaczęło być dziwnie. Nagle dostałem gorączkę. Siedziałem z narzeczoną w apartamencie i powiedział jej: słuchaj, coś jest nie tak, może lepiej pójdę do lekarza? Ona na to: nie przesadzaj, nie bądź hipochondrykiem, jutro wszystko będzie dobrze! Gorączka jednak rosła, pociłem się masakrycznie. Leżałem w łóżku, miałem na sobie trzy kołdry, a nadal czułem przeraźliwe zimno. Zadzwoniłem więc do klubowego terapeuty, a on poradził mi, abym jechał do szpitala. Tam na miejscu zostały przeprowadzone testy i dowiedziałem się, że mam wirusa.

Bałeś się? Wtedy wszyscy panikowali, bo nikt tak naprawdę nie wiedział, jak to się dalej potoczy.

O siebie się nie bałem. Bardziej o narzeczoną, która ma problemy z płucami oraz o rodziców, którzy są starszymi ludźmi. Ja jestem sportowcem, mam silny organizm. Oczywiście zadzwoniłem do klubu i powiedziałem im, że mam wynik pozytywny. Poprosiłem jednak, aby utrzymano to w tajemnicy. Nie chciałem tego upubliczniać. Wszystko się zaczynało, jak sam wspomniałeś, ludzie panikowali, wiedziałem, że zaczną mnie o to pytać. Chciałem mieć spokój. Powiedziałem wszystkim kolegom z zespołu, ale poprosiłem o to samo - nie mówcie na razie nikomu. Klub musiał przekazać informację do Major League Soccer, która wydała komunikat, że jeden zawodnik Union miał pozytywny wynik testów, ale bez podania nazwiska. Dopiero miesiąc później przyznałem się na Instagramie, że chodziło o mnie, ale już wszystko jest w porządku.

Gdy dowiedziałeś się, że sezon zostanie wznowiony w ośrodku ESPN w Orlando, miałeś obawy?

Na początku nawet spore. Zastanawiałem się, jak oni to wszystko będą mieli pod kontrolą? Poza tym zawodnicy musieli przecież zostawić rodziny w środku epidemii. Akurat w mojej drużynie trzem kolegom urodziły się dzieci. I jak oni mieli teraz wyjechać z domu na miesiąc, zostawić żony z niemowlęciem? Kto będzie robił zakupy, sprzątał? Na szczęście klub stanął na wysokości zadania. Mogliśmy wpisać się na specjalną listę i jeśli ktoś tego potrzebował, dostawał specjalnego asystenta, który pod naszą nieobecność będzie zajmował się takimi rzeczami jak chodzenie do sklepu, załatwianie najbardziej bieżących potrzeb.

Polecieliście do Orlando, a tam na dzień dobry eksplozja pozytywnych wyników testów. Dwa zespoły Dallas i Nashville zostały wyeliminowane z turnieju. To był najtrudniejszy moment?

Myślę, że akurat oni przywieźli wirusa ze sobą. Aby w ogóle przylecieć do Orlando, każdy musiał przejść dwa testy i mieć wynik negatywny, ale wiadomo, że okres inkubacji to dwa tygodnie, więc niektórzy dowiedzieli się dopiero na miejscu. Dlatego teoretycznie zachorowali w Orlando, ale zarazili się wcześniej. Po początkowym kryzysie wszystko jednak zostało opanowane. Teraz czuję się bezpiecznie.

Jak wyglądają środki bezpieczeństwa w tej “bańce”?

Każdy zespół ma swój własny poziom w ośrodku - my jesteśmy na czwartym piętrze. Wszyscy zawodnicy mieszkają w osobnych pokojach. Testy odbywają się w następującym porządku - pierwszy i drugi dzień, potem trzeciego przerwa, następnie czwarty, piąty i znów przerwa. Jeśli jednak rozgrywamy mecz, w przeddzień też obowiązkowo testują. W autobusie każdy ma swoje miejsce, a jeśli by się okazało, że ktoś ma wynik pozytywny, wtedy kwarantannie zostanie poddany tylko ten kto siedział przed nim i za nim. Mamy hotel podzielony na dwie części, jedna to “Swan” (Łabędź”), a druga “Dolphin” (Delfin). Nikt nie może wychodzić z ośrodka ani wchodzić z zewnątrz. Wiem, że w NBA już zdarzyły się incydenty, że zawodnicy opuszczali hotel i potem musieli zostać poddani kwarantannie, ale u nas na razie wszyscy trzymają dyscyplinę. Możesz zamówić jedzenie, ale kierowca Uber, gdy przyjedzie, zostawia je w wyznaczonym miejscu. Tam pakunek zostaje sprawdzony przez wyznaczoną osobą i dopiero wtedy trafia do ciebie.

Czy macie kontakt z zawodnikami z innych zespołów?

Tak. Ostatnio spotkałem się na kawce z grupą kilku niemieckich piłkarzy z różnych zespołów - był Ring z NYFC, Gressel z DC i paru innych. Klubowy lekarz powtarza nam jednak, abyśmy zawsze mieli na sobie maskę. Mówi: tutaj jesteście jak rodzina, ale na zewnątrz pilnujcie się. Jako zespół mamy do siebie zaufanie, ale nie wiemy, co się dzieje u innych, więc zachowujemy ostrożność. Codziennie mierzymy temperaturę, trzymamy dystans. Początek był rzeczywiście trudny, bo nagle pojawiło się dużo pozytywnych wyników. Zresztą aby zostać oficjalnie uznanym za chorego, musisz mieć dwa pozytywne wyniki, bo jeden zawiera w sobie margines błędu i może oznaczać fałszywy alarm. Gdy jednak okazuje się, że zawodnik ma wirusa, zostaje automatycznie przeniesiony do osobnej sekcji hotelu. Jedni nazywają to izolatką, ale dla mnie to jest więzienie. Piłkarze są zamknięci w pokojach na czternaście dni, w których nie ma ani okna, ani balkonu. Siedzą tam non stop i nie mogą wyjść nawet na chwilę. Mogą tylko włączyć telewizor i klimatyzację. To strasznie dołujące… Wiem, że niektórzy zaczęli protestować i mówią: dajcie nam balkon przynajmniej, bo zwariujemy. Zresztą ja też nie mam okna w pokoju i to mi najbardziej przeszkadza. Ale nie ma co narzekać!

Jak wyglądają posiłki?

Chodzimy całym zespołem na stołówkę, gdzie jedzenie jest codziennie to samo. Zawsze dostajemy makaron (śmiech). Na szczęściu po meczu możemy coś zamówić albo nawet pójść całą grupą do hotelowej restauracji. Wtedy jest czas na stek czy sushi, trochę chińszczyzny. A od następnego dnia - znów makaron.

Jak trenujecie?

Na ogół wieczorem. Cały dzień mamy wolny. Jak chcesz, to możesz pójść do siłowni, ale masz na to krótkie okno - od 13.00 do 14.30. Potem wszystko przez pół godziny dezynfekują i pozwalają na wstęp kolejnej grupie. Treningi odbywają się wyłącznie rano albo po zachodzie słońca. Wiadomo, na Florydzie jest w ciągu dnia bardzo duszno i gorąco.

Sam mecz bez kibiców to dość dziwne doświadczenie?

Bardzo dziwne. Trzeba mieć olbrzymią dyscyplinę i motywację. Nie ma kibiców, jest bardzo gorąco i duszno, ciężko utrzymać koncentrację… Jesteśmy jednak zawodowymi piłkarzami, więc musimy być optymalnie umotywowany. Pierwsze trzy mecze liczyły się do klasyfikacji sezonu zasadniczego, zdobyliśmy siedem punktów, więc jesteśmy zadowoleni. Na pewno jednak można mieć wrażenie, że to przedsezonowy obóz przygotowawczy i zwykłe sparingi. Wtedy właśnie musisz wykazać większą wyobraźnię i mocniej docisnąć.

W meczu z Interem Miami strzeliłeś bardzo ładnego gola po pięknej akcji całego zespołu, co pokazywano w nieskończoność w powtórkach na ESPN.

A dziękuję! Mogłem i powinienem strzelić nawet trzy gole w tym meczu, ale jakoś nie chciało wpaść. Z kolei w spotkaniach z NYFC i Orlando trafiłem do siatki, ale bramki nie zostały uznane po błędnej decyzji VAR. Muszę powiedzieć, że jak na razie VAR nie jest moim przyjacielem. W tym sezonie gramy w ustawieniu z dwójką napastników i mam inne zadania na boisku. Mam przytrzymać piłkę z przodu, rozegrać i myślę, że wywiązuję się z tego bardzo dobrze. Zespół wygrywa, wszystko funkcjonuje jak należy. Teraz przygotowujemy się do play-offów. Chcemy wygrać cały turniej, bo nagrodą dla zwycięzcy jest miejsce w przyszłorocznej edycji Champions League strefy CONCACAF.

Co robisz w czasie wolnym?

80 procent czasu spędzam w pokoju, gdzie albo oglądam telewizję, albo rozmawiam ze znajomymi przez telefon. Czasem idę do kolegi i gramy sobie w FIFĘ. Piłkarze mają tak zwany “players lounge”, gdzie dostępne są różne rozrywki. Możemy grać w piłkarzyki albo bilarda. Jest także basen, gdzie lubię sobie posiedzieć przez godzinę dziennie.

Niedawno pięć procent udziałów w Philadelphia Union kupił Kevin Durant, jedna z największych gwiazd NBA. Co o tym sądzisz?

Niedługo po przylocie do Orlando dostaliśmy informację, że wszyscy zawodnicy są zaproszeni na “zoom call”. Powiedziano nam, że to niespodzianka. Zastanawialiśmy się, co to może być? Nigdy czegoś takiego nie robiliśmy w przeszłości. Okazało się, że weszliśmy na “zooma”, a tam Durant. Chciał się z nami wszystkimi przywitać, powiedział, że jest nowym współwłaścicielem klubu. Bardzo mi zaimponowała jego szczerość i skromność. Wiadomo, że to jest gość, który wygrał wszystko na najwyższym poziomie. Miał tyle sukcesów, że wszyscy możemy się od niego dużo nauczyć. Tymczasem on powiedział coś takiego: słuchajcie, ja dopiero zacząłem się interesować piłką, oczywiście znam Messiego czy Cristiano Ronaldo, ale potrzebuję waszej pomocy, aby lepiej zrozumieć tą dyscyplinę sportu. To było bardzo fajne.

Turniej w Orlando dobiegnie końca i co dalej?

Wszyscy mają dostać dwa tygodnie przerwy, a później plan jest taki, aby wznowić rozgrywki w normalnym formacie, ale bez publiczności. Mam nadzieję, że to się uda, chociaż wyniki zachorowań w niektórych stanach są bardzo niepokojące. Liczę jednak, że dalej będziemy grać w piłkę.

Rozmawiał: Marcin Harasimowicz

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
W jego sercu na zawsze pozostaje Los Angeles i drużyna Jeziorowców. Marcin Harasimowicz przesyła korespondencję z USA, gdzie opisuje najważniejsze wydarzenia ze świata NBA.