Osiem objawień po ośmiu meczach. Największe odkrycia bańki NBA (RANKING)

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Orlando Magic v Indiana Pacers
Fot. Ashley Landis - Pool/Getty Images

Za zamkniętymi drzwiami w Orlando kilku zawodników pokazało formę, jakiej wcześniej nie prezentowało. Wybieramy największe odkrycia dokończenia sezonu NBA.

Korespondencja z USA

Restart najlepszej koszykarskiej ligi świata wkracza w decydującą fazę. Do tej pory 22 zespoły rozegrały po osiem meczów, a teraz najlepsza szesnastka przystąpi do walki o tytuł mistrzowski.

Ostatnie tygodnie miały kilku oczywistych bohaterów takich jak Anthony Davis, Damian Lillard czy Luka Doncić. Z dobrej strony pokazało się jednak także kilku koszykarzy, po których się tego nie spodziewaliśmy. Oto zawodnicy, który do tej pory w "bańce" w Orlando zaskoczyli najbardziej.

1
T.J. Warren

Obok Devina Bookera, który miał status wschodzącej gwiazdy NBA już wcześniej, zdecydowanie największe odkrycie "bańki" w Orlando. Co ciekawe, obaj występowali w Phoenix, ale Suns oddali go latem do Indiany praktycznie za darmo. Sam Warren w niedawnym wywiadzie w TNT nazwał to brakiem szacunku.

- Wiem, ile pracy wkładam w tą grę, więc gdy usłyszałem o transferze, miałem na ten temat swoje zdanie. To brak respektu. Żaden zawodnik nie chce być wymieniony za drobną gotówkę - powiedział 26-latek. Na Florydzie zdobywał średnio ponad 30 punktów, w tym 39 w wygranym w spektakularnym stylu meczu z Los Angeles Lakers oraz 53 mając przed sobą jednego z najlepszych defensorów w lidze, Bena Simmonsa z Philadelphia 76ers.

Z ponad dwoma metrami wzrostu nie tylko potrafi operować na półdystansie, wbić się pod kosz, ale trafia za trzy ze znakomitą skutecznością 41.1 procent. Pod nieobecność leczącego kontuzję stopy uczestnika Meczu Gwiazd Domantasa Sabonisa oraz w sytuacji, gdy lider Pacers Victor Oladipo dopiero dochodzi do pełnej formy po długiej przerwie to właśnie Warren stał się najważniejszym zawodnikiem ofensywnym bardzo interesującej ekipy z Indianapolis. Dostał szansę od losu i w pełni ją wykorzystał.

- T.J. zawsze był świetnym strzelcem. Wcześniej w Phoenix nie był jednak dostrzegany, bo wiele osób nie oglądało ich meczów. Teraz widzę, jak bardzo jest skupiony i skoncentrowany. Podejmuje lepsze decyzje z piłką, znajduje się w optymalnym stanie ducha. Jest sobą. Nie sądzę, aby w najbliższym czasie zdjął pedał z gazu - ocenia kolega z zespołu Myles Turner.

2
DeAndre Ayton

Ma dopiero 21 lat, a już musiał się bronić przed atakami ekspertów. Zarzucano Suns, że wybrali go z numerem pierwszym draftu zamiast Luki Doncica czy Trae Younga. Krytycy podkreślali, że to już nie jest liga centrów, więc budowanie zespołu w oparciu o koszykarza mierzącego 216 centymetrów wzrostu mija się z celem. Po pierwsze jednak - Suns są zespołem Devina Bookera, a Ayton miał być w założeniu opcją numer dwa albo trzy w ataku i liderem defensywy. Po drugie - gra coraz lepiej i ogólnie, po prostu, się sprawdza.

- Jest problemem dla rywali, który muszą brać pod uwagę przygotowując się na Suns - stwierdził szef Ringera Bill Simmons. - Ayton zaczyna rozumieć swoją rolę w zespole obok Bookera, dlatego Suns mają przed sobą ciekawą przyszłość - zaznaczył podczas czwartkowej transmisji analityk TNT, a niegdyś wybitny snajper Reggie Miller.

Rzeczywiście, urodzony na Bahamach młody center znakomicie prezentował się w Orlando. Suns jako jedyny zespół wygrał wszystkich osiem meczów. W całym sezonie Ayton zdobywa średnio 18.4 punktów i 11.5 zbiórek, a nie zapominajmy, że wcześniej musiał pauzować aż 25 spotkań za zażywanie nielegalnych substancji. Udowadnia jednak, że wysocy środkowi, dominujący pod koszem i w walce na tablicach, nie są jeszcze gatunkiem wymarłym - a co najwyżej zagrożonym - i mogą odgrywać jeszcze ważną rolę w drużynie z aspiracjami.

3
Gary Trent Jr.

Gary Trent senior w drugiej połowie lat 90. był atletycznym skrzydłowym w Portland Trail Blazers, głównie wchodzącym na zmiany. Ponad dwie dekady później jego syn… też wylądował w ekipie ze stanu Oregon, wybrany z 37 numerem draftu w 2018 roku. Wcześniej przez rok dostał solidną szkołę podstaw koszykówki na uczelni Duke od legendarnego Mike’a Krzyzewskiego.

W debiutanckim sezonie rzadko wychodził na parkiet. Rozegrał jedynie piętnaście spotkań, później dostawał więcej szans, ale jego talent eksplodował dopiero w Orlando. Nagle ten 21-letni, grający bez żadnych kompleksów, skrzydłowy stał się jednym z najważniejszych ofensywnych graczy odrodzonej ekipy Blazers.

Jego główna broń? Oczywiście rzuty z dystansu. Trent junior zaczął trafiać niczym zahipnotyzowany - 7/11 z Celtics, 7/10 z Nuggets, czy 6/10 z Clippers. Biorąc pod uwagę, że ciągle się rozwija i robi postępy w innych elementach gry, na pewno stanowi powód do optymizmu dla prześladowanych przez brak szczęścia od zamierzchłych czasów fanów ekipy z północy USA. Dzięki skuteczności młodego snajpera - gwiazdy Blazers nie są podwajane przy każdym kontakcie z piłką i mają wreszcie chwilę oddechu.

4
Duncan Robinson

- Zawsze powtarzałem mu: "jak tylko dostaniesz piłkę, rzucaj, bo to robisz najlepiej z nas wszystkich!" - mówił kilka dni temu w studio TNT Dwyane Wade, najwybitniejszy koszykarz w historii Miami Heat. W drugim sezonie gry w NBA Duncan Robinson trafia z dystansu na średniej skuteczności 44.8 procent. W ten sposób robi więcej miejsca pod koszem dla Bama Adebayo i Jimmy’ego Butlera. Jest więc absolutnie kluczowym zawodnikiem w ofensywnej strategii trenera Ericka Spoelstry.

Analitycy twierdzą, że to w tej chwili najwybitniejszy specjalista w rzutach za trzy w całej lidze. Heat mieli mnóstwo szczęścia, bo latem 2018 roku nikt nie wybrał go w drafcie, więc mogli go podpisać jako wolnego agenta za ligowe minimum. 25-letni Robinson (13.7 pkt na mecz) zarabia za rok niewiele ponad milion dolarów, znajdując się na samym dnie drabinki zawodników z najwyższymi kontraktami. Za rok na pewno jednak będzie inaczej. Przy podpisywaniu nowej umowy może liczyć na znaczącą podwyżkę. Tym bardziej, jeśli pomoże groźnej drużynie Heat w osiągnięciu sukcesu w play-offach.

5
Michael Porter Jr.

Został okrzyknięty przyszłą gwiazdą w szkole średniej. Jednak kontuzja pleców, jakiej nabawił się na uczelni Missouri spowodowała, że w drafcie spadł aż czternastą pozycję. Działacze Nuggets ryzykowali, ale ostatecznie pozyskali nieoszlifowany diament.

Porter stracił cały debiutancki sezon, ale w końcu doszedł do zdrowia. Było tylko kwestią czasu, kiedy "zaskoczy" i tak właśnie stało się podczas turnieju w Orlando, gdzie wielokrotnie brał na siebie ciężar zdobywania punktów (94 pkt, 37 zb w trzech kolejnych meczach), stając się drugą opcją w ataku. Błysnął zwłaszcza w konfrontacji z Oklahoma City Thunder, wygranej po dogrywce, w której miał aż 37 punktów.

Naturalny skrzydłowy, obdarzony świetnym rzutem i atletyzmem, do tego 208 centymetrów wzrostu - niemal prototyp idealnego gracza w obecnej NBA. Potrafi zdobywać punktu praktycznie z każdej pozycji na parkiecie, a do tego świetnie uzupełnia się z operującym w środku Nikolą Jokiciem. Nuggets zakończyli sezon zasadniczy na trzecim miejscu i będą groźni w play-offach.

Mniej zachwyca poza parkietem. W ubiegłym tygodniu udzielił kontrowersyjnego wywiadu, w którym stwierdził, że koronawirus "został stworzony, aby kontrolować ludzi na całym świecie" i jest "używany dla większych celów". Dodał również, że nigdy w życiu na nic się nie szczepił i "to będzie kolejny problem". No cóż, Porter trafia ponad 50 procent z gry i 42 procent za trzy, ale tutaj zaliczył chyba spektakularne pudło.

6
Fred VanVleet (z lewej)
Los Angeles Lakers v Toronto Raptors
LAKE BUENA VISTA, FLORIDA - AUGUST 01: Fred VanVleet #23 and OG Anunoby #3 of the Toronto Raptors react after defeating the Los Angeles Lakers in an NBA basketball game at The Arena in the ESPN Wide World Of Sports Complex on August 1, 2020 in Lake Buena Vista, Florida. NOTE TO USER: User expressly acknowledges and agrees that, by downloading and or using this photograph, User is consenting to the terms and conditions of the Getty Images License Agreement. (Photo by Ashley Landis - Pool/Getty Images)

Szalony snajper, który odegrał ważną rolę w zeszłorocznych finałach. Nie wyskoczył więc jak diabeł z pudełka, tylko ugruntował i potwierdził bardzo ważną rolę, jaką pełni w broniącej tytułu ekipie Toronto Raptors.

W tym roku wykonał kolejny znaczący krok do przodu, poprawiając wszystkie kluczowe statystyki (z 11 pkt na 17.6 pkt, 4.8 as na 6.6 as, 27.5 min gry na 35.7 min). Całkiem nieźle jak na zawodnika, którego cztery lata temu nikt nie chciał nawet wybrać w drafcie.

Dziwi was dlaczego Raptors po odejściu MVP Kawhi Leonard nie tylko nie rozsypali się, ale wygrali więcej meczów w rozgrywkach zasadniczych niż poprzednio? Filigranowy, 25-letni rozgrywający z niezachwianą wiarą w siebie, jest jednym z głównych powodów. W Orlando prezentuje się znakomicie. Popisem w jego wykonaniu był zwłaszcza mecz z Miami Heat, w którym zdobył 36 punktów, trafiając siedem rzutów z dystansu i prowadząc Raptors do bardzo ważnego zwycięstwa 107:103. Znakomity strateg Nick Nurse ma do niego pełne zaufanie, a Fred odwdzięcza się swoimi występami na parkiecie

7
Timothe Luwawu-Cabarrot

Kevin Durant i Kyrie Irving nadal leczą kontuzje, a Spencer Dinwiddie i DeAndre Jordan nie zdecydowali się na przylot do Orlando. W tej sytuacji nikt nie dawał Brooklyn Nets większych szans. Powszechnie uważano, że będę jeśli nie najgorszą, to na pewno jedną z najgorszych drużyn tego turnieju. Przecież nawet nie mają na stałe zatrudnionego trenera - Jacque Vaughn tymczasowo zastąpił zwolnionego w marcu, tuż przed epidemią, Kenny’ego Atkinsona.

Nets zaskoczyli jednak wszystkich fachowców, grając twardo i nie odpuszczając pomimo mocno rezerwowego składu, a co najważniejsze - wygrywając aż pięć meczów. Objawieniem okazał się niewątpliwie 25-letni Luwawu-Cabarrot. Francuski niski skrzydłowy wybrany cztery lata temu pod koniec pierwszej rundy draftu przez Philadelphia 76ers nigdzie nie zagrzał na długo miejsca, a próbował także w Oklahoma City i w Chicago. Dopiero w Orlando się odblokował. 26 punktów w wygranym meczu z Milwaukee Bucks, następnie 24 przeciwko Magic, na pewno zwrócił uwagę ekspertów.

Biorąc pod uwagę fakt, że zarabia tylko 1.2 miliona dolarów za rok (kontrakt wygasa w 2021), na pewno w I rundzie play-offów powalczy od konkretną podwyżkę. Tak to jednak bywa - nieobecność gwiazd stwarza niepowtarzalną okazję dla graczy drugiego planu, którą jednak oczywiście trzeba wykorzystać.

8
Derrick White

San Antonio Spurs nie zakwalifikowali się do play-offów po raz pierwszy od 22 lat, co bez wątpienia stanowi wydarzenie o znaczeniu niemal historycznym, ale zespół zbudowany wokół dwóch weteranów - LaMarcusa Aldridge'a i DeMara DeRozana, mających najlepszy okres kariery za sobą - i tak w Orlando zaprezentował się bardzo korzystnie.

Ekipa prowadzona przez Gregga Popovicha wygrała pięć meczów w ośrodku Disneya, walcząc do ostatniego dnia rozgrywek zasadniczych. Spośród grupy młodszych zawodników zdecydowanie najbardziej wyróżniał się 25-letni White - przebojowy rozgrywający z niezłym rzutem, a do tego zaangażowany obrońca, drugi w przyjmowaniu fauli ofensywnych (tzw. "szarż") w całej NBA. Przed turniejem w Orlando notował średnio 11 punktów, głównie wchodząc na zmiany, a w ostatnich tygodniach zdobył kolejno - 26 punktów przeciwko Sacramento Kings, 20 punktów z Philadelphia 76ers, 23 z Denver Nuggets i 24 z Utah Jazz, a to wszystko grając z bolącym kolanem.

- Pokazał wszystkim, jak bardzo zależy mu na tym zespole - komplementował kolegę Keldon Johnson. Spurs na pewno czeka wiele zmian, być może nawet personalna rewolucja i budowanie wszystkiego od nowa, ale nawet w tej sytuacji White powinien być jednym z fundamentów.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
W jego sercu na zawsze pozostaje Los Angeles i drużyna Jeziorowców. Marcin Harasimowicz przesyła korespondencję z USA, gdzie opisuje najważniejsze wydarzenia ze świata NBA.