POKAŻ WIĘCEJ
fot. materiały prasowe

Nie wiemy, kto zagra w nowym Bondzie, nie wiemy też, kto go nakręci, ale żeby umilić wam oczekiwanie na 25. część sagi o 007, obejrzeliśmy i oceniliśmy 24 poprzednie. Oto nasz bondowski ranking!

24. Moonraker (1979)

Bond w kosmosie. To w zasadzie wystarczy za uzasadnienie ostatniego miejsca, ale lista przewinień na tym się nie kończy. Era Rogera Moore’a (7 filmów, od 1973 do 1985) znana jest z lżejszego tonu i dużej ilości humoru, ale Moonraker poleciał za daleko, stając się autoparodią. Zły magnat finansowy posiadający stację kosmiczną, z planami unicestwienia całej ludzkości, który zamiast zabić Bonda za każdym razem wymyśla idiotyczne scenariusze (Bond oczywiście zawsze wychodzi cało) to pomysł rodem z Austina Powersa. Dodajmy do tego absurdy związane z Buźką (tym wielkoludem z metalowymi zębami), który w tej części odnajduje miłość oraz scenę z gołębiem i gondolą i mamy katastrofę. Zresztą zobaczcie sami. 

Największym problemem Moonrakera jest nieciekawa i nużąca fabuła, która stawia wszystkie karty na końcową walkę w kosmosie. Ta z kolei przypomina bardziej nieudaną zżynkę z Gwiezdnych Wojen niż film o brytyjskim szpiegu. Nie polecamy, chyba że po czterech piwach.

23. Śmierć nadejdzie jutro (2002)

Śmierć naprawdę nadeszła, ale dla kierunku, w którym poszła seria wraz z tą częścią. Twórcy Die Another Day po prostu przesadzili: niewidzialny samochód, walki pomiędzy wirującymi laserami, złoczyńca z diamentami w twarzy, Madonna z szablą i wisienka na torcie – Bond surfujący na fali tsunami, uciekający przed satelitarną bronią strzelającą promieniami słonecznymi w roztapiający się lodowiec. A wszystko to opakowane zbyt dużą ilością bardzo tandetnie wyglądających efektów cyfrowych, które nigdy nie były domeną staroszkolnych Bondów.

Nawet scenarzysta Szybkich i wściekłych schowałby ze wstydu głowę w kubeł popcornu, dlatego producenci postanowili zmienić aktora i zrestartować serię. Wszystko dzięki Die Another Day, które było jubileuszową, dwudziestą częścią i z tej okazji zawierało denerwującą ilość nawiązań do poprzednich Bondów. Nie możemy nie wspomnieć o tytułowym kawałku Madonny, który nigdy nie powinien znaleźć się w żadnym Bondzie. Jedynym plusem tej części jest Halle Berry w bikini. 

22. 007: Quantum of Solace (2008)

Tak, to oficjalny polski tytuł. Nawet bez tego 007 na przedzie to i tak najgłupszy tytuł Bonda wszechczasów, który na szczęście nie został przetłumaczony (Szczypta Ukojenia? What?). Pozornie to prosty i dynamiczny sensacyjniak, ale scenariusz i realizacja kładą Quantum of Solace na łopatki. Film powstawał w trudnym momencie strajku scenarzystów, przez co reżyser Marc Forster i Daniel Craig musieli sami napisać skrypt i dialogi na podstawie zarysu scenariusza. Wyszło jak wyszło. Najbardziej jednak kłuje w oczy montaż; otwierająca film scena pościgu przypomina patrzenie na stroboskop, a dalej wcale nie jest lepiej. Nudny, totalnie zwykły przeciwnik, kompletnie niewykorzystany talent przepięknej Olgi Kurylenko, brak płynności i niezrozumienie przez reżysera konwencji (widoczne bardzo podczas artystycznej strzelaniny w operze). W efekcie końcowym Quantum przypomina bardziej film z Jasonem Stathamem niż Jamesa Bonda i gdyby zamienić tych dwóch aktorów na potrzeby filmu, nikt nie poczułby różnicy. Podobno Marc Forster żalił się producentom, że nie czuje się dobrze w scenach akcji i nie wie, jak je kręcić – to powinno wystarczyć za końcowy komentarz. Na plus można odnotować ten hołd dla klasycznej sceny z Goldfingera.

21. Operacja Piorun (1965)

Sporo tu ikonicznych elementów, które będą w przyszłości kojarzone z Bondem – jetpack (ten rakietowy plecak, na którym lata na początku filmu Bond), przeciwnik pozbawiony oka, za to posiadający obrzydliwie drogi jacht, walki pod wodą; jednak jako kontynuacja rewelacyjnego Goldfingera Operacja Piorun nie sprawdza się za dobrze. Reżyser Terence Young podjął ryzyko, przenosząc wiele scen akcji pod wodę. Być może w roku 1965 było to nowatorskie i niesamowite, jednak dziś podwodny pojedynek na harpuny pomiędzy nurkami wygląda strasznie wolno i wywołuje raczej efekt ziewania, a mnogość scen morskich sprawia, że film się niemiłosiernie dłuży. Fabuła niestety też nie należy do najlepszych i sprowdza się do prostego schematu – zły gość chce ukraść wielką bombę i szantażem wyłudzić szmal. Film rzecz jasna ratuje Sean Connery, który jak zawsze jest charyzmatyczny. Ta krótka scena wyjaśni wam, dlaczego.

20. Świat to za mało (1999)

Tym, co najbardziej zapada w pamięć po seansie The World Is Not Enough jest wyborna piosenka tytułowa w wykonaniu Garbage. Reszta to taka bondowska średnia z tendencją zniżkową. Świat to za mało jest jak składanka The Best Of, która zawiera wszystkie sztandarowe utwory, ale brakuje spójności i stylu pełnoprawnego albumu. Jest piękna i niebezpieczna kobieta, jest dziwny, zły człowiek, są gadżety, pościgi i strzelaniny, ale jednak czegoś ważnego w tym miksie nie ma. Plus dla scenarzystów Neila Purvisa i Roberta Wade’a za liczne gry słowne, dwuznaczności i żarty z podtekstem seksualnym, które niestety giną w polskim tłumaczeniu (przynajmniej na wydaniu blu-ray). Największym atutem filmu jest posągowo piękna Sophie Marceau w bardzo przewrotnej roli – chociażby dla niej warto sięgnąć po Świat to za mało.

19. Żyje się tylko dwa razy (1967)

Japonia, składany helikopter i arcyzły łotr z kotem, mieszkający w wulkanie; jednym słowem bondowska klasyka. You Only Live Twice ma pozornie wszystko, by być świetnym Bondem, zamiast tego momentami mocno przynudza. Żyje się tylko dwa razy lubimy za świetne finałowe starcie z Blofeldem w głównej bazie organizacji Widmo; rozmach i wielkość tej scenografii robi wrażenie. Jednak nim do niej dotrzemy, musimy przebrnąć przez spore dłużyzny i, co gorsza, przez ucharakteryzowanego na Japończyka Seana Connery’ego.

Nie można nie wspomnieć o największym atucie filmu – jest nim oczywiście świetny Donald Pleasance jako szef organizacji Widmo, legendarny Ernst Stavro Blofeld. Sceny z nim to najlepsze momenty, szczególnie ta stanowiąca zwieńczenie i rozwiązanie zagadki tajemniczej postaci z kotem, która pojawiała się w poprzednich częściach.

Z plusów należy wymienić bardzo dobrą i klimatyczną piosenkę tytułową w wykonaniu Nancy Sinatry, którą w 1998 roku samplował Robbie Williams w hicie Millenium. Teledysk do tego numeru to czysty hołd dla Bondów z Seanem Connerym. Nie obrazilibyśmy się, gdyby ten pan nagrał kiedyś tytułową piosenkę do 007.

18. Ośmiorniczka (1983)

Tak, to ta część, w której Roger Moore z okrzykiem Tarzana skacze na lianach w dżungli, po czym poskramia tygrysa komendą siad!. Oprócz tego biega po cyrku przebrany za klauna (Bond, nie tygrys).

Pomijając te dwa osobliwe momenty, Ośmiorniczka daje sporo radości. Przede wszystkim mamy tu kilku barwnych złoczyńców, ciekawą, choć dość stereotypową intrygę i akcję przeniesioną do Indii, co daje dużo frajdy i pola manewru twórcom w dostarczaniu żartów związanych z tą częścią świata. Akcja jest wartka, humoru tu sporo; Octopussy to idealny Bond na relaks, gdy mamy ochotę pośmiać się i dobrze bawić w luźnej atmosferze. Ciekawostka: wcielająca się w tytułową Ośmiorniczkę Maud Adams wystąpiła 9 lat wcześniej w Człowieku ze złotym pistoletem w roli dziewczyny granego przez Christophera Lee Francisco Scaramangi.

 

17. Spectre (2015)

Spectre to jeden z najdziwniejszych Bondów, którego sprowadzając do jednego słowa można nazwać niezdecydowanym. Film nie wie, czy chce być kontynuacją poważnego i dekonstruktywnego Skyfall, czy też hołdem złożonym erze Seana Connery’ego. W efekcie pozostaje w rozkroku pomiędzy dwoma stylami, co samo w sobie nie byłoby złe, gdyby film był bardziej dynamiczny. Imponująca sekwencja otwierająca i następujący po niej teledysk to najmocniejszy punkt, po którym następuje nagły spadek i spowolnienie akcji. Intryga jest ciekawa, ale dla każdego, kto jest obcykany w Bondach, twisty fabularne jak i tożsamość głównego złoczyńcy Spectre nie będą zaskoczeniem, bo tak naprawdę spoiler znajduje się już w tytule. Sam Mendes, reżyser Spectre i Skyfall, to bardzo dobry twórca dramatyczny, ale oglądając Spectre gołym okiem widać, że sceny akcji nie są jego mocną stroną; praktycznie każda sekwencja, czy to pościg, czy strzelanina, kończy się, nim dobrze się zacznie, zupełnie jakby reżyser chciał ją mieć jak najszybciej z głowy. Wątek miłosny wypada dość blado, bo pomiędzy Craigiem a Seydoux nie ma chemii. W efekcie Spectre to dobry film, ale po kontynuacji Skyfall oczekiwaliśmy więcej, szczególnie, gdy ma się w obsadzie dwukrotnego laureata Oscara Christopha Waltza, który jako złoczyńca wypada bardzo sztampowo i nieciekawie.

16. Tylko dla twoich oczu (1981)

Tylko dla Twoich oczu to najbardziej surowa, brutalna i pozbawiona humoru część z Rogerem Moore’em, a zarazem pierwszy Bond Johna Glena, który nakręci jeszcze cztery odsłony przygód zero zero siedem. Na klimat For Your Eyes Only wpłynęła zbyt duża ilość głupot w poprzedzającym go Moonrakerze; producenci uznali, że potrzebny jest powrót do bardziej przyziemnych Bondów, stąd też większy realizm tej części i mniejsza ilość wspomagających agenta zabawek. Dzięki tym zabiegom For Your Eyes Only to sprawny i trzymający momentami mocno w napięciu film sensacyjny (świetna scena górskiej wspinaczki na linach). Warto nadmienić, że podczas kręcenia zmarł wcielający się od pierwszego Bonda w rolę M Bernard Lee, który został zastąpiony przez Roberta Browna. Mamy tu też dość mocną scenę gdy Bond z kopniaka posyła chybotający się na krawędzi skarpy samochód, w którym siedzi jeden ze złoczyńców. Moore nie chciał zagrać tej sceny, tłumacząc reżyserowi, że jego Bond nigdy nie postąpiłby tak brutalnie, ale ostatecznie dał się przekonać.

15. W obliczu śmierci (1987)

Znany też pod starszym tytułem Żywe światło dnia pierwszy z dwóch Bondów z Timothym Daltonem. Patrząc z perspektywy czasu na krótki epizod Daltona z rolą agenta 007 można dostrzec, że twórcy i aktor próbowali zrobić dokładnie to, co rozpoczął Daniel Craig w Casino Royale – Bond bardziej brutalny, fizyczny, dynamiczny i mocno osadzony w realizmie. Z dwóch Bondów z Daltonem, Living Daylights to ta bardziej zabawna i lżejsza część; Bond dostaje od Q sporo gadżetów, w tym pięknego Astona Martina V8 Vantage Volante, wyposażonego standardowo w lasery i napęd rakietowy.

Dalton jako Bond jest solidny i wiarygodny, dzięki czemu nie tylko sceny akcji zyskują na jakości, ale i bardziej dramatyczne momenty, gdy wymagana jest gra aktorska i pokazanie gamy emocji. W obliczu śmierci jest spełnionym filmem szpiegowskim z dobrym scenariuszem, ale jeśli wam to nie wystarcza, mamy tu jeszcze scenę ucieczki po śniegu na futerale od wiolonczeli.

14. Człowiek ze złotym pistoletem (1974)

Klimatyczna scena początkowa przedstawia nam głównego antagonistę filmu, który w przeciwieństwie do wielu innych przeciwników Bonda nie ma demonicznego planu zniszczenia świata, tylko prywatny zatarg z zero zero siedem, powodowany chorą ambicją. Wcielający się we Francisco Scaramangę, tytułowego człowieka ze złotym pistoletem Christopher Lee jest obsadowym strzałem w dziesiątkę. Aktor był już przymierzany do roli Doktora No w pierwszej odsłonie przygód brytyjskiego szpiega, która ostatecznie trafiła do Josepha Wisemana. Co się odwlecze, to nie uciecze. Prócz kilku typowych dla ery Rogera Moore’a komediowych momentów, Człowiek ze złotym pistoletem ma mocną drugoplanową ekipę w postaci Nick Nacka, osobistego kamerdynera Scaramangi, oraz szeryfa J.W. Peppera, granego przez zmarłego niedawno Cliftona Jamesa. Spójrzcie tylko na tę fantastyczną scenę z jego udziałem:

13. Diamenty są wieczne (1971)

Diamonds Are Forever ogląda się jak miszmasz dziwnych pomysłów; akcja rozpoczyna się od przemytu diamentów, a kończy na platformie wiertniczej, po drodze zahaczając o pustynie i makietę księżyca. Do tego para złoczyńców, którzy są, hm… osobliwi i zaskakujący powrót łotra, którego uznaliśmy za zmarłego. Wszystko to razem mogłoby zgrzytać w rękach innego reżysera, ale na szczęście za Diamenty są wieczne odpowiada Guy Hamilton, a ten typ wie, jak nakręcić dobrego Bonda. Warto nadmienić, że Sean Connery powraca tu po raz ostatni do roli, po niezbyt dobrym przyjęciu jednorazowego występu George’a Lazenby’ego i robi to z przytupem: już w pierwszej minucie filmu dusi kobietę stanikiem, po czym wrzuca Blofelda do zbiornika wrzącej brunatnej mazi. Tytułowy utwór muzyczny w wykonaniu Shirley Bassey to prawdziwa perełka, z której Kanye zrobił bardzo fajny kawałek.

12. Jutro nie umiera nigdy (1997)

To jeden z tych Bondów, który jest naprawdę solidny i gwarantuje za każdym seansem dobrą zabawę. Nic nie wykracza tu poza standard, a jednocześnie nic nie sprawia, że można mieć do tej części jakiekolwiek zarzuty – interesujący  i inteligentny złoczyńca z charyzmatycznym pomagierem, piękna dziewczyna, zabawne sceny z Q, multum zabawek i bardzo fajne sterowane zdalnie BMW gadające po niemiecku. Intryga jest sprytnie uknuta i bardzo daleka od typowych motywów kradzieży wielkiej bomby, która ma zniszczyć świat, a wcielający się w antagonistę Jonathan Pryce gra wybornie. Co więcej, tytułowa piosenka Sheryl Crow jest super klimatyczna i należy do naszych ulubionych w serii. 

11. Zabójczy widok (1985)

Roger Moore miał 57 lat, kiedy zagrał po raz ostatni Bonda. I to niestety widać. Był o 27 lat starszy od swojej filmowej partnerki Tanyi Roberts, ale jeżeli nie przeszkadzają wam takie niuanse, Zabójczy widok to dobra rozrywka. Lwią część spektaklu kradnie Christopher Walken, jeden z najciekawszych bondowskich złoczyńców – rozchwiany emocjonalnie, niebezpiecznie inteligentny psychopata. Walkenowi towarzyszy piosenkarka, modelka i aktorka w jednym – Grace Jones, która jest bardzo fajnym dodatkiem do tego dziwnego koktajlu osobowości. W filmie na moment pojawia się nawet Dolph Lundgren, ówczesny chłopak Jones, ale łatwo go przeoczyć. Tytułowy utwór wykonuje zespół Duran Duran i być może jest to mało bondowski kawałek, ale my go uwielbiamy. 

10. Pozdrowienia z Rosji (1963)

James Bond powraca! krzyczały w 1963 roku plakaty, zapowiadające drugi film bondowskiej franczyzy. Kontynuator zawsze ma gorzej, bo na jego barkach stoi sukces pierwszego filmu, ale na szczęście Pozdrowienia z Rosji spełniły oczekiwania i być może właśnie dzięki temu seria może trwać przez tyle lat. From Russia With Love kontynuuje wątek tajemniczej organizacji Widmo, podjęty już w Doktorze No. Oczywiście zero zero siedem nie jedzie na misję z gołymi rękoma; to w tej części po raz pierwszy dostaje od Q swoje nieśmiertelne (i często śmiertelne) zabawki, tym razem w postaci walizki zawierającej takie atrakcje, jak ukryty nóż, amunicja, gaz paraliżujący i zestaw złotych monet (nie wychodźcie bez nich z domu). Pozdrowienia z Rosji miały dwa razy większy budżet od poprzednika, dzięki czemu akcja jest bardziej wartka, szczególnie pościg motorówkami, zakończony kilkoma cieszącymi oko eksplozjami oraz fantastyczna scena w Orient Expressie.

9. W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości (1969)

Jedyny Bond, w którym wystąpił nieznany przedtem australijski aktor George Lazenby, po tym, jak Sean Connery zrezygnował z roli (by później jeszcze raz powrócić). Producenci odkryli Lazenby’ego w reklamie czekolady i po castingu zaproponowali mu kontrakt na siedem filmów, jednak ówczesny agent aktora wmówił mu, że w latach 70-tych nikt już nie będzie oglądał Bondów, dlatego też Lazenby odszedł już po jednym występie. Nie ma tego złego, bo Lazenby jako Bond był trochę drewniany i gdyby nie on, W tajnej służbie J.K.M. mogłoby być jednym z najlepszych Bondów. Kręcony w śnieżnej scenerii szwajcarskich gór i zawierający wiele fantastycznych scen pościgów na nartach, do tego mamy tu Telly’ego Savalasa jako Blofelda i bardzo ważny wątek fabularny, dotyczący śmierci żony Bonda, który przewija się przez wiele kolejnych części, aż do Licencji na zabijanie. No i ten rewelacyjny motyw muzyczny Johna Barry’ego!

 

8. Żyj i pozwól umrzeć (1973)

Pierwszy występ Rogera Moore’a w roli brytyjskiego superszpiega, co wiązało się z nowym, bardziej luźnym tonem całej serii. Live and Let Die to mocny początek ery Moore’a i początek eksplorowania przez Bonda nowych zakątków świata oraz odmiennych kultur. W Żyj i pozwól umrzeć mamy klimat niemal jak z filmu blaxploitation; Harlem, wielkie amerykańskie Cadillaki, niemal całą czarnoskórą obsadę i tematykę voodoo (węże, uroki i trupy powstające z grobów). Live and Let Die to także pierwszy Bond, w którym obiektem miłosnego zainteresowania agenta staje się Afroamerykanka. Po raz pierwszy Bond dostaje od Q swój słynny, wielofunkcyjny (i to jak) zegarek Omega – w tej części potrafił emitować pole magnetyczne i przyciągać metalowe przedmioty. Nie mogło też zabraknąć wielkiego kolesia z metalową ręką, który tresuje aligatory.

Dużo tu dobra, a tytułowy kawałek nagrany przez Paula McCartneya z zespołem The Wings to absolutny, nieśmiertelny klasyk.

7. Szpieg, który mnie kochał (1977)

Ta część wprost ocieka wszystkim, co w Bondach najlepsze. Scenografie, które zbudowano na potrzeby filmu, były tak imponujące, że reżyser i operator zdjęciowy mieli problem z odpowiednim oświetleniem całości; na szczęście z pomocą przybył sam Stanley Kubrick, który potajemnie został ich doradcą technicznym, dzięki czemu sceny kręcone w podwodnym mieście i nocne zdjęcia na tle piramid robią wrażenie do dziś. Szpieg, który mnie kochał to pierwszy Bond, w którym ekranowa partnerka 007 nie jest traktowana jako ładny ozdobnik, a pełnoprawna, umiejąca zadbać o siebie agentka, żeński odpowiednik Bonda, do tego wyjątkowo piękna – rzućcie tylko okiem na to zdjęcie (swoją drogą Moore ma tu minę jak niezły perwers).

The Spy Who Loved Me to również debiut ikonicznego bondowskiego łotra, znanego jako Buźka; ten mający dwa metry i osiemnaście centymetrów gigant z metalowymi zębami gra tu kilka naprawdę świetnych scen, gdy np. własnoręcznie dewastuje półciężarówkę lub zagryza rekina. Bardzo dużo tu dobra, ale najlepsze zachowaliśmy na koniec – przepchany bajerami i totalnie zajebisty biały Lotus Esprit S1, którym można pływać. To było marzenie każdego, kto za dzieciaka oglądał Szpiega, który mnie kochał. Spójrzcie tylko na to cudo.

6. Doktor No (1962)

Niektórzy mówią, że jest archaiczny, inni, że kolejne części były lepsze, ale to nie zmienia faktu, że Doktor No był pierwszy. To tu usłyszeliśmy po raz pierwszy klasyczne My name is Bond. James Bond wypowiedziane z gracją i nonszalancją przez Seana Connery’ego. To dzięki temu filmowi poznaliśmy tego wspaniałego szkockiego aktora, którego seria Bonda wyniosła na wyżyny popularności. To tu usłyszeliśmy po raz pierwszy ten genialny motyw muzyczny Johna Barry’ego i zobaczyliśmy widzianego okiem lufy pistoletu faceta w kapeluszu, który strzela w naszym kierunku, nie wiedząc jeszcze, że właśnie tworzy historię, ikoniczną sekwencję, która na zawsze będzie kojarzona z marką 007.

Doktor No nie tylko stworzył podwaliny pod wszystkie kolejne części – stworzył przede wszystkim wizerunek Jamesa Bonda rękoma reżysera Terence’a Younga: to on nauczył Seana Conery’ego jak ma chodzić, mówić, wyglądać i zachowywać się jako Bond, co ma pić i jak ma się ubierać, nauczył go stylu, klasy i stworzył jego ekranową tożsamość. Wszystko to stało się matrycą, standardem dla przyszłych aktorów i twórców. Niewątpliwie film się zestarzał, niektóre sceny akcji i pościgów wyglądają dziś śmiesznie, ale to cały jego urok i żadna z jego wad nie zmienia faktu, że Doktor No nadal jest i będzie nieśmiertelnym klasykiem kina. No i oczywiście była tam Ursula Andress.

5. Skyfall (2012)

Nakręcony przez Sama Mendesa Skyfall to dekonstrukcja Bonda; metaforyczne uśmiercenie bohatera, by wykuć go na nowo. Skyfall to poniekąd nowy początek dla całej serii, film, który przywraca ikoniczne postaci i elementy, robi przetasowanie obsady i wyjaśnia, dlaczego analogowy szpieg jest potrzebny w cyfrowym świecie. Reżyser znany z takich filmów jak American Beauty czy Droga do zatracenia wniósł do świata Bonda elementy dramatyczne znane z innych jego obrazów, tworząc nową jakość i jednocześnie najbardziej kasową część w historii marki (ponad miliard dolarów zysku). Daniel Craig daje w Skyfall prawdziwy popis aktorstwa, udowadniając, że pod względem talentu i przekazywania emocji jest najlepszym aktorem wcielającym się w Bonda i naturalnym następcą dziedzictwa Seana Connery’ego. Skyfall to Bond zachwycający wizualnie, od miejskich ujęć surowego Londynu, przez piękne Macau, aż po cudowne plenery w Szkocji; wszystko wygląda wspaniale, gdy za kamerą stoi Roger Deakins. Skyfall dostał dwa Oscary, w tym za najlepszą piosenkę Adele. Nie wiem jak wy, ale my mamy zawsze ciarki na tej czołówce.

4. Licencja na zabijanie (1989)

Reżyser John Glen nakręcił w sumie pięć Bondów, z czego Licencja na zabijanie, jego ostatni, pozostaje tym najlepszym. Licence To Kill to najbardziej odmienny i zarazem najbardziej surowy i brutalny Bond w całej serii. Tym razem nie mamy do czynienia ze słuchającym rozkazów szefostwa brytyjskim agentem, tylko napędzanym złością człowiekiem, który chce wyrównać prywatne porachunki z narkotykowym baronem. Bond działa na własną rękę, bez wsparcia i poparcia swojej agencji, z listem gończym na plecach i niewielką ilością gadżetów wspomagających. To Bond, który nie ma czasu na popijanie Martini na plaży i romansowanie z przygodnymi kobietami; wszystko, co robi, przybliża go do celu jego wendetty. Bond w interpretacji Daltona to bardziej człowiek z krwi i kości niż komiksowy bohater z czasów Rogera Moore’a, znacznie mroczniejszy, co nie spodobało się wszystkim fanom i krytykom. Licencja na zabijanie jako film z 1989 roku, to nie tylko koniec pewnej epoki w postaci daty, to także ostani film dla Roberta Browna, wcielającego się w postać M od 1977 roku, Maurice’a Bindera, twórcy czternastu bondowskich czołówek i Alberta R. Broccoli, producenta związanego z serią od samego początku. Był to także ostatni Bond dla Timothy’ego Daltona, który w związku z sześcioletnią przerwą pomiędzy kolejną częścią zrezygnował z roli. Szkoda, bo w kolejnej części z Daltonem głównego złego miał zagrać sam Anthony Hopkins – to by było coś! 

3. Goldeneye (1995)

Goldeneye można uznać za nowy początek serii, nawet w pewnym sensie jej restart; nowym Bondem zostaje Pierce Brosnan, nowym… wróć, nową M Judi Dench, nową Moneypenny Samantha Bond (przypadek? Nie sądzę), w zasadzie ze starej obsady pozostał tylko Desmond Llewelyn jako Q. Powrócił cięty humor i szalone zabawki, zaś Brosnan okazał się idealnym połączeniem uroku i lekkości w dostarczaniu żartów. Goldeneye to także pierwszy Bond, który bazował na oryginalnym scenariuszu, nie czerpiąc ani nie adaptując Iana Fleminga. Efekt – wybuchowa mieszanka akcji, humoru i romansu, z najciekawszym zestawem barwnych złoczyńców, jakich widzieliśmy w filmach o Bondzie. Sean Bean, Alan Cumming i Gottfried John są świetni, ale prym wiedzie tu Famke Janssen jako totalnie przegięta i szalona femme fatale Xenia Onatopp. Oczywiście nie możemy nie wspomnieć o naszej dziewczynie Bonda, pięknej Izabelli Scorupco, która wciela się w inteligentną i zaradną programistkę komputerową, żadną tam stereotypową damę w opałach. O czołówce do tej części pisaliśmy już w ramach rankingu najlepszych wejściówek filmowych, ale o takich sekwencjach z takimi piosenkami Tiny Turner nigdy za wiele.

2. Goldfinger (1964)

Bardzo mało brakowało, żeby Goldfinger zajął pierwszą lokatę. W zasadzie można potraktować miejsca dwa i jeden ex aequo, bo gdyby ktoś, kto nigdy nie oglądał żadnego Bonda, zapytał nas o jedną, jedyną rekomendację, byłby to Goldfinger. Film który zawiera w sobie wszystko to, za co pokochaliśmy tę serię: styl, klasę, intrygę, interesujących antagonistów, cięty, brytyjski humor, piękne kobiety i wspaniałą ścieżkę dźwiękową. Goldfinger wprowadził mnóstwo elementów, które w postaci klisz wyświetlają nam się przed oczami, gdy myślimy o Bondzie – początkowa scena akcji przed napisami, niemająca związku z wydarzeniami w filmie, srebrny Aston Martin DB5  z ponadstandardowym wyposażeniem, Bond przerzucający się sarkastycznymi uwagami ze swoim kwatermistrzem Q, niebezpiecznie inteligentny przeciwnik ze skomplikowanym planem i jego dziwny, jeszcze bardziej niebezpieczny pomagier, najczęściej z jakimś fizycznym defektem lub wynaturzeniem, wreszcie piosenkarka z silnym głosem wykonująca tytułowy utwór – wszystko to miało swój początek w Goldfingerze. To klasa sama w sobie i film ponadczasowy, za którego rekomandację wystarczy choćby ta krótka scenka.

 

1. Casino Royale (2006)

Dziesięć lat po miękkim zrestartowaniu serii Martin Campbell powraca do Bonda, by ponownie stać się jego reformatorem. Pierce Brosnan po wypełnieniu kontraktu na cztery filmy miał 50 lat, postanowił więc nie obierać drogi Rogera Moore’a i w 2004 roku zrezygnował z roli. Rozpoczęły się potężne i bardzo nagłośnione medialnie poszukiwania nowego aktora; brani byli chyba pod uwagę wszyscy wysocy, przystojni bruneci z brytyjskim akcentem, a rolę zgarnął blondyn o niebieskich oczach. Craig. Daniel Craig. Lawinę ówczesnego hejtu sami bardzo dobrze pamiętamy, Craig był nazywany za brzydkim i za niskim, by grać Bonda, fani byli oburzeni, kobiety zatroskane, brukowce miały używanie, aż do czasu premiery Casino Royale, gdy okazało się, że ten facet to objawienie. Od czasu Seana Connery’ego nie było tak charyzmatycznego wcielenia Jamesa Bonda. Craig nadał postaci realności, dał jej ludzkie emocje, jednocześnie tworząc autentyczny wizerunek agenta, na którym zabijanie nie robi żadnego wrażenia. Razem z ekranową partnerką Evą Green tworzą duet, od którego chemię czuć na kilometr, a gdy bohaterowie w końcu zakochują się w sobie, wierzymy w to, bo iskrzące pomiędzy nimi uczucie było namacalne. Duński aktor Mads Mikkelsen jako Le Chifre stworzył niezapomnianą kreację i z miejsca wskoczył na podium najlepiej napisanych i zagranych przeciwników Bonda. Reżyser Martin Campbell wraz ze scenarzystami wykreował zaś nowy standard dla przygód agenta 007, wprowadzając go ponownie w nowe czasy i nową jakość. Warto wspomnieć też o fantastycznym utworze początkowym w wykonaniu Chrisa Cornella i absolutnie przepięknym Astonie Martinie DBS V12, którym Bond niestety długo się w filmie nie nacieszył; aż serce krwawi przy oglądaniu tej sceny.

#007 Quantum of Solace
#Casino Royale
#Człowiek ze złotym pistoletem
#Diamenty są wieczne
#Dr. No
#Goldeneye
#Goldfinger
#James Bond
#Jutro nie umiera nigdy
#Licencja na zabijanie
#Moonraker
#Operacja Piorun
#Ośmiorniczka
#Pozdrowienia z Rosji
#Skyfall
#Śmierć nadejdzie jutro
#Spectre
#Świat to za mało
#Szpieg który mnie kochał
#Tylko dla twoich oczu
#W obliczu śmierci
#W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości
#Zabójczy widok
#Żyj i pozwól umrzeć
#Żyje się tylko dwa razy
POKAŻ KOMENTARZE
  • Paweł F. Madison

    Świetny ranking, mam tylkondwie uwagi. Moonraker na pewno nie jest gorszy od DAD. Skyfall trochę za wysoko.

  • Jacek

    Serio??? Jakiś absurd! Jak można porównywać klasykę do współczesności? Na jakiej podstawie? 50 lat temu język filmowy kierował się innymi założeniami, inna technologią, inny spojrzeniem, inną estetyką. Dlaczego zakładać że gorszą niż obecna? To trochę jakbym miał ocenić że stary Ford Mustang I jest słabszy od współczesnego wypasionego MustangavI generacji. Bez sensu. Pozdrawiam Jacek

Najnowsze

10 naszych ulubionych nierapowych płyt z 2017 roku

Pytacie nas czasem, czy słuchamy tylko rapu. My odpowiadamy - no pewnie, że nie tylko. Wtedy wy pytacie o to, co moglibyśmy wam polecić. A my układamy takie oto zestawienie.

Run Colors zaprasza was na otwarcie nowej miejscówki we Wrocławiu

Czy są z nami obywatele Dolnego Śląska? Po Warszawie i Poznaniu przyszedł czas na Wrocław - Run Colors Old Town będzie nową miejscówką na sneaker-mapie Polski, a jej wielkie ot ...

#Instabaks
#Run Colors

10 rapowych soundcloudów, na które warto mieć oko

Kto ma szansę pójść w ślady NAV-a, NBA YoungBoya czy A Boogie Wit Da Hoodie i z sieci wyjść na sceny klubów czy festiwali? Odpowiedzi szukamy na Soundcloudzie. Choć jeden z niż ...

#SoundCloud

Będzie gorąco: Kodak Black uważa się za lepszego od Jay’a-Z i wyśmiewa rap z lat 90.

Czy skrajny podział na oldskul i niuskul kiedykolwiek się skończy? Z jednej strony mamy już tego dosyć, ale patrząc na to trochę ina ...

#Jay Z
#Kodak Black

Frank Ocean, Kendrick Lamar i Pharrell Williams nagrali wspólny kawałek

Zanim usłyszymy całą płytę, musimy zadowolić się kolejnym singlem. Kawałek Don't Don't Do It! promuje najnowszy album N.E.R.D. i rac ...

#Frank Ocean
#Kendrick Lamar
#muzyka

Nowy numer magazynu newonce.paper możecie już kupić w preorderze!

Fakty są takie, że newonce.paper #2 może pojawić się na waszych biurkach wcześniej niż na sklepowych półkach – w tym akurat przypadku pierwsi wygrywają i na nic tu się zdadzą p ...

#newonce.paper

Wy tu o Star Wars, a Patryk Vega właśnie wypuścił trailer swojego nowego filmu

Ten człowiek jest jak taran. Jeszcze z kinowych ekranów nie zszedł Botoks, a pan Patryk już zapowiada swój nowy film Kobiety mafii. ...

#Kobiety mafii
#Patryk Vega

Dlaczego obawiamy się o jakość nowego albumu Eminema

W najbliższy piątek Eminem wydaje nowy krążek Revival. Pytanie jest jedno, krótkie ale treściwe: czy kogoś to jeszcze w ogóle grzeje?

#Eminem

Legenda grime’u główną gwiazdą SnowFest 2018!

Być może wielu osobom hasło białe szaleństwo kojarzy się z serialem Narcos, my jednak jako fani sportów zimowych ostrzymy zęby i deski na luty. Wtedy bowiem w Szczyrku odbędzie ...

#Snowfest
#Wiley

Frank Ocean wchodzi na antenę GTA V

Znane z platformy Apple Music blonded RADIO można już sobie odpalić w którejś ukradzionej furze, pędząc na złamanie karku pod ostrzałem policji.

#Frank Ocean
#GTA
POKAŻ WIĘCEJ