Aminé w krainie hyperpopu, czyli hip-hop owiany odświeżającą bryzą

Aminé
Scott Dudelson/Getty Images for Coachella

Płyta Aminé może być jaskółką zmian, ale jest przede wszystkim sporą przyjemnością.

Hip-hop ma cykliczną naturę, jest istotą, która idzie przez świat i pożera różne inspiracje, czasami grzebie we własnych trzewiach i znaleziska wypycha na zewnątrz jako obowiązujące wzorce. Tak było z trapem, który po latach bycia hymnami południa Stanów Zjednoczonych wyruszył na podbój całego świata. Podobnie było z drillem, który, choć nie tak popularny jak trap, wciąż zasila produkcyjne pomysły również i w mainstreamie. A stało się to po fascynującym, międzyoceanicznym ping-pongu na linii Chicago-Londyn-Nowy Jork. Hip-hop jest dumny ze swojej opinii jako gatunku nowoczesnego, zawsze poszukującego świeżych rozwiązań i rześkich patentów brzmieniowych. Pogłoski o śmierci trapu są mocno przesadzone, ale nie da się ukryć, że ta stylistyka łapie poważną, kreatywną zadyszkę i warto się rozglądać za kolejnymi kreatywnymi bryzami. Nieoczekiwanie, może w tym pomóc ostatni materiał Aminé, wydany przed tygodniem TWOPOINTFIVE.

Kontynuacja mixtape’u ONEPOINTFIVE to kolejny interesujący przypadek wydawniczy. Niby mixtape, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby nazwać ten rilis albumem. Poprzednia długogrająca płyta Aminé, Limbo, ukazała się w zeszłym roku. Mimo, że było tam sporo naprawdę świetnych numerów (z singlowymi Compensating i Riri na czele), to samemu raperowi nie starczyło stylistycznego skupienia i charakteru brzmieniowego, żeby odróżnić się od innych przyjemniackich artystów. Osobowość Aminé jest zapraszająco miła, energia jego muzyki przytulna i na odpowiednim vibie. Ale nie sposób było się opędzić od wrażenia, że muzyka rapera z Portland była zbyt generyczna, żeby przebić się przez gąszcz bardzo podobnych, lekkich brzmień. Hip-hopowy rynek jest konkurencyjny jak nigdy przedtem i dopiero konfiguracja osobowości, unikalnego stylu i dużego szczęścia daje jakieś efekty i szansę na udaną karierę. U Aminé tego pierwszego jest w miarę dużo, z tym drugim bywało różnie, a co do szczęścia – na pewno ma wsparcie labelu, który pchał jego muzykę, jak się dało. Z różnym skutkiem. Compensating i Riri nie podbiły szczyt list przebojów, a Limbo, mimo tracklisty naszpikowanej gwiazdami, nie zrobiło zbyt wiele, poza lekkim podbiciem statusu rapera. Można nawet powiedzieć, że Aminé znalazł się… W artystycznym limbo! Wybaczcie, musiałem. Zresztą, na muzykę średniego kalibru – a chyba w tych terytoriach należy sytuować przyjemniaka z Portland na poziomie Limbo – powinno być miejsce. Łatwo dać się oszołomić ogromnym liczbom, wykręcanym przez rapowe gwiazdy z nawyższego świecznika, ale w tym wszystkim nie można pogubić tych mniejszych wydawnictw, które wciąż są przyjemne i warte selektywnych powrotów. A dla mnie Limbo jest dokładnie taką płytą. Może nie czymś, co wstrząsnęło posadami wszechświata, ale zestawem miłych piosenek, których przyjemność słuchania jest większa dzięki osobowości artysty. Aminé zdołał zaznaczyć się tu i ówdzie i z niecierpliwością czekałem na jego dalsze ruchy.

A te przyszły relatywnie szybko. TWOPOINTFIVE pojawia się po kilkunastu miesiącach od Limbo. Singiel Charmander z miejsca stał się moim ulubionym kawałkiem Aminé i jest duża szansa, że wespnie się dosyć wysoko na listach przebojów. Raper z Oregonu odświeżył swój styl i wyruszył w stylistyczną stronę, która pasuje niemal idealnie pod jego pozytywną osobowość. Nazywanie TWOPOINTFIVE płytą hyperpopową jest grubym nadużyciem, ale nie da się ukryć, że ta cukierkowo-cyfrowa stylówa mocno zasiliła kreatywne soki Aminé. Charmander jest rzecz jasna najbardziej hyperpopowy i szkoda, że wydawnictwo nie podąża konsekwentnie po linii tego singla. Ale barwne ścinki hyperpopu słychać w utworze otwierającym (YiPiYaY), Colors, Sh!t2Luz i w zamykającym całość meant2b. Charakterystyczna modulacja głosu, absolutnie barwne syntezatory, czasem także i skoczny, taneczny bicik – Aminé korzysta z tych narzędzi bardzo sprawnie. Co najważniejsze, jego wyluzowany, pozytywny styl jest wręcz stworzony do takiej palety brzmień. Gdyby tylko zamiast przyjemnych, choć lekko generycznych utworów kontynuujących to, co znamy z Limbo, na TWOPOINTFIVE znalazło się więcej takich odświeżających koktajli energetycznych, to mielibyśmy do czynienia z materiałem o potencjale na płytę roku. Tak się niestety nie stało, co również rozumiem, bo kalkulacja z rapowymi playlistami na serwisach streamingowych w tle jest dzisiaj naturalną częścią procesu twórczego. Tak czy owak, Aminé odnalazł wreszcie swój unikalny, autorski język, coś, co wyróżnia go z oceanu innych artystów proponujących wyluzowany, niezobowiązujący rap. Natomiast mam również obawy, że TWOPOINTFIVE jest tylko pobocznym przystankiem na drodze rapera, mixtapem, na którym może sobie pozwolić na jednorazowe eksperymenty. Niewykluczone, że właśnie powstaje coś w stylu Limbo 2, po bardziej zachowawczej linii. Byłaby to wielka szkoda – również dla samego artysty, który ponownie wtopiłby się w trudny do policzenia tłum luzaków z mikrofonem na łagodnych, nowoczesnych bitach. Oby kapitalny wynik Charmandera był dla niego lepszą wskazówką, niż diabelskie podszepty managementu ze środka branży.

Warto wrócić do pytania zadanego na początku: czy hyperpop rzeczywiście odmieni oblicze rapu? Na pewno nie wprost i raczej nie w najbliższej przyszłości. Hip-hop potrzebuje produkcyjnej ascezy, miejsca na rapowanie, aranżacyjne sztuczki wokalne i rozamite featuringi. Hyperpop potrafi być gęsty, absorbujący, narzucający swoją energię wprost – co jest przeciwieństwem vibe rapu, muzyki tła, która dzisiaj dominuje na playlistach. Z drugiej strony, Aminé nie jest odosobniony w swoich wycieczkach do krainy barwnych syntezatorów. Lil Uzi Vert od wielu lat jest na granicy hyperpopu, a Trippie Redd na swoim ostatnim albumie, kapitalnym, choć miejscami monotonnym Trip at Knight, zalewa publikę cukrowym potopem cyfrowych melodii ubranych w nasycone syntezatorami bity. Rico Nasty eksplorowała podobne brzmienia już dobrych kilka lat temu. Hyperpopowemu przechyłowi hip-hopu sprzyja również dywersyfikacja tego, kim może być raper. Uzi i Trippie mogą gangsterzyć, ale relatywnie blisko im do kolorowych awatarów, czy postaci z anime. Kiedy uliczna napinka, która prowadzi do kolejnych śmierci – jak ostatnio np. Young Dolpha – zelżeje w głównym nurcie rapu, otworzy się pole dla postaci znacząco wychodzących poza obowiązujący paradygmat. Raperki już teraz radzą sobie znakomicie w mainstreamie, a i coraz częściej myślę, że główny nurt jest gotowy na queerowe osoby w hip-hopie. Zresztą Lil Nas X już tu jest i jeśli ktoś z najwyższej półki popularności sięgnie po dosłowny hyperpop, to jest duża szansa, że będzie to właśnie autor Montero (na którym przecież już zdarzają się barwne pasaże). Całą muzykę popularną, wciąż suto nażartą trapowymi patentami wkładanymi gdzie się da, zgodnie z zasadą cykliczności czeka odświeżenie. Najczęściej odbywa się to dzięki wykopaniu jakiejś stylistyki z undergroundu. A hyperpop jest już jedną nogą w mainstreamie, a do tego jest odpowiednio skrojony pod świat wyobrażeń pokolenia Z, w całości wychowanego na internecie.

Wracając do Aminé, to ciężko stwierdzić, czy TWOPOINTFIVE będzie dla niego komercyjnym przełomem. Na pewno jest artystycznym sukcesem wartym odtrąbienia i bardzo potrzebnym głosem wyróżnienia z tłumu. Czy kapitalny i zabawny klip do „Charmandera” trafi też na wystarczającą ilość biurek producentów wykonawczych i A&R-owców, żeby zacząć jakąś falę zmian? Nie wiadomo, chociaż stawiam, że raczej nie. Ale jest duża szansa, że hyperpop znajdzie inne drogi, żeby zabarwić hip-hop. Aminé będzie musiał pocieszyć się statusem pioniera, co też jest czymś wartościowym. My za to możemy cieszyć się TWOPOINTFIVE, krążkiem idealnym na ponurą, polską jesień.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz, muzyk, producent, DJ. Od lat pisze o muzyce i kulturze, tworzy barwne brzmienia o elektronicznym rodowodzie i sieje opinie niewyparzonym jęzorem. Prowadzi podcast Draka Klimczaka. Bezwstydny nerd, w toksycznym związku z miastem Wrocławiem.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.