Avi: jak mówisz prawdę, to nie musisz mieć dobrej pamięci (WYWIAD)

avi.jpg
Kacper "kadovsky" Dudziak

Avi i Louis Villain tworzą jeden z najciekawszych i najlepiej dobranych duetów w polskim rapie. Teraz ich wspólna muzyczna droga obejmie również nowo powstałą wytwórnię Moya. Uznaliśmy, że to dobry czas, by spotkać się z pierwszym ze wspomnianych i pogadać z nim nie tylko o rapie, ale i życiu. Ba, może nawet przede wszystkim o tym drugim.

Dziś rozmawiamy we dwóch, więc spytam – jak często zdarza ci się udzielać wywiadów bez Louisa Villaina? Traktuję się was trochę jak naczynia połączone.

Zdarza mi się sporadycznie, ale parę razy już tak było. Na nieszczęście zawsze wychodzi tak, że to ja jestem stroną gadającą, a Louis słuchającą, dlatego chyba mogę wypowiadać się w naszym wspólnym imieniu. Do branży weszliśmy razem i staramy się w niej trzymać razem.

Z SBM Label również odchodziliście w duecie. Trzeba było to przegadać?

Nie, taka była nasza umowa. Nie było problemów z lojalnością, wszystko wynikło z podstawowych wartości i etyki człowieka. Los był dla nas łaskawy – jestem zadowolony z etapu, na którym obecnie jesteśmy. Życzę sobie codziennie tylko tego, żeby nie było gorzej.

Wspominałeś już nie raz, że była to kwestia honorowa. Zrezygnowaliście jednak z – było, nie było – dużej szansy, by czuć się ze sobą w porządku.

Nawet będąc w tamtej wytwórni nie czułem, że złapałem Pana Boga za nogi. Było fajnie, dogadywaliśmy się, ale to nie był Everest moich marzeń. Nie wiedziałem, co będzie dalej w momencie odejścia, to naprawdę była jedna wielka niewiadoma. Czułem urazę, ale nie byłem bezsilny i bezradny, świat mi się nie zawalił. Gdybym miał, z całym szacunkiem, 17, czy 18 lat, to czułbym się na zasadzie: kurwa, chujowo wyszło, straciłem wielką szansę. Natomiast jako dorosły, ukształtowany mężczyzna i artysta z wizją - w ogóle tego nie czułem.

To jak wyglądały pierwsze dni po rozstaniu?

Byłem dojechany hejtem. Wyszło na to, że się obsraliśmy i ktoś się kogoś przestraszył, a wszyscy zainteresowani w tym beefie wiedzieli, że to nie jest prawda. Bolały mnie kłamstwa na nasz temat, próby ugrania czegoś na wizerunku. Summa summarum prawda się obroniła i nikt nie może nam niczego zarzucić. Jest taka fajna myśl: jeśli mówisz prawdę, nie musisz niczego pamiętać.

Co do hejtów – kiedy spytano o was Solara, to powiedział, że cieszy się, że ogarnąłeś demony, nie pracujesz już na recepcji i pijasz drogie alkohole. Niby sympatyczne, ale jak tak dłużej pomyśleć...

Dużo było w tym ironii, myślę, że zupełnie niepotrzebnej. Twórczość każdego artysty można w ten sposób spłycić.

Beef można za to spłycić do fizycznej agresji, np. grożenia klamką czy maczetą. Jak ostatnio w polskim rapie.

To są groźby karalne. Jeśli ktoś wyskakuje z takimi rzeczami do internetu, to bardziej pajacuje niż cokolwiek ogarnia. Ogarnięty człowiek załatwia sprawy po cichu, a nie nagrywa live'a na Instagramie, bo przecież wtedy jest pierwszy do zawinięcia, wystawia się jak na tacy. A co do innych konfliktów – jest zasada, że do domu się nie przychodzi, tylko spotyka się na neutralnym gruncie.

Skoro już weszliśmy w kontrowersje scenowe – co sądzisz o ostatnich wydarzeniach związanych z Kozą?

Wiesz co, bardzo go lubię i szanuję, ale zupełnie mi się to nie podoba. Wydaje mi się, że to performance, który nie wypadł najlepiej. Ja mam masę szacunku do starej szkoły i nie uważam, że trzeba gadać takie rzeczy. Koza ma dużo atutów, więc nie musiał uciekać się do kontrowersji, by przedstawić się światu.

Wydajesz się gościem z mocnym kręgosłupem moralnym. To zasługa wychowania?

Mama robiła wszystko, żeby niczego mi nie brakowało, więc nie będę narzekał na status materialny czy pierdolił, że w dzieciństwie nie miałem co jeść. Jako małolatowi brakowało mi wzoru ojca, moi dużo starsi koledzy pokazywali mi, co jest pięć.

Masz żal do ojca za odejście od rodziny?

Nie, bo go nawet nie pamiętam, to dla mnie obcy człowiek. Jak tracisz rodzica to czujesz szok i zaczynasz odczuwać dysfunkcję – my byliśmy od zawsze we dwoje. Męskim wzorcem był na pewno dziadek, który uczył mnie fajnych rzeczy. Doceniłem je po czasie, bo wtedy byłem zbuntowanym małolatem.

Czego nauczyła cię mama?

Lekcja pierwsza: robić swoje najlepiej jak się potrafi, nie wywyższać się i nie kłamać. To ostatnie jest szczególnie ważne, bo miałem problem z kokainą, a życie narkomana jest oparte na kłamstwie.

Jak wpadłeś?

Byłem młody, zarabiałem bardzo dużo pieniędzy jak na tamten czas, no i nie wiedziałem, co z nimi robić. Pojawiła się ona i ją polubiłem, bo bardzo uprzyjemniała mi czas wolny. W końcu czułem się kimś, nie robiąc nic. A przecież w życiu trzeba się ciężko napracować, żeby na trzeźwo czuć się kimś. To taka droga na skróty, przez którą dzieją się różne rzeczy: zanika ambicja, pojawia się problem z osiąganiem i wyznaczaniem celów, dużo się też kłamie. U mnie było jeszcze tak, że przez kokę przestałem rapować, sprzedałem też sprzęt, by mieć za co wąchać.

W jaki sposób trafiłeś na odwyk?

Wróciłem dojechany z jakiegoś maratonu, z myślami zmierzającymi ku końcowi życia. Wtedy, nad ranem, poczułem się jak syn marnotrawny, który przejebał wszystko, co mógł, i wraca do domu. Powiedziałem o tym wszystkim mamie i poprosiłem, żeby mi pomogła, wysyłając mnie na terapię. Pojechałem jeszcze tego samego dnia.

Pamiętasz jeszcze najtrudniejszy moment wspomnianej terapii?

Nie chcę za wiele zdradzać, bo jak człowiek ma tam trafić, to lepiej, żeby jechał tam nie wiedząc, czego się spodziewać. Było jednak takie zadanie, że mama napisała do mnie list i wspominała mnie sprzed używek, a ja musiałem przeczytać to przy grupie. Na początku trzymasz ten list przy sobie, by móc sobie pomóc, gdy pojawia się głód. Wyjmujesz, czytasz i się odechciewa.

Dalej go nosisz?

Jest u mnie w domu na honorowym miejscu. Od 11 lat jestem czysty. Teraz mnie nie ciągnie, za to po terapii pojawiają się bardziej skomplikowane rzeczy. Jesteś wkurwiony, bez humoru, ale nie wiesz o co chodzi. To nie są nigdy myśli wprost.

Gdy tak sobie gadamy, w ogóle nie wypadasz jak trzeźwy neofita. Mało w tobie z mentora.

Coaching zawsze uważałem za tandetny. Jestem empirykiem – obstaję przy tym, że każdy musi sam doświadczyć i wyciągnąć wnioski. Wynika to z tego, że najlepiej uczyłem się na własnej dupie. Można było mi powtarzać, że nie mogę zjeść tej kanapki, ale jak miałem na nią ochotę, to jadłem i się trułem. Musiałem zwyczajnie poczuć jej smak.

Mówiłeś wcześniej, że nałóg przystopował cię też w kwestii muzyki. Teraz tworzysz rozpoznawalny, jeden z najbarwniejszych duetów na scenie, ale jestem ciekaw, co rap ci zabrał.

Relaks, bo cały czas jestem w pracy. Nawet jak nie piszę, z tyłu głowy mam wersy i myśli, które chcę ubrać w słowa, czuję się do takiego stanu rzeczy zobligowany. Artysta się jest, nie bywa. Ludzie tego nie kumają, bo przecież nie pracuje od-do, jadę sobie na koncert, zbijam parę piątek i spływa mi hajs z YouTube'a. Nie mam zamiaru narzekać, ale powiem ci szczerze, że lepiej mi się funkcjonowało, gdy tworzyłem, wracając do domu po 12 godzinach na recepcji.

Będzie chyba tylko ciężej. W końcu założyliście własny label Moya.

Stało się tak, bo wreszcie mamy sporą moc sprawczą. Słuchacze nam zaufali i skupiliśmy wokół swojej twórczości duże grono fajnych ludzi. Dołączył do nas Medard, czyli Daniel Wardziński, który jest managerem wytwórni, a my możemy skupić się na robieniu muzyki, bo nie da się być artystą i organizatorem naraz. I bez tego mamy dużo na głowie, a wytwórnia jest dobrych w rękach.

Medard: A mi pozostaje podziękować za zaufanie i swobodę, jaką dostałem. Moya to pierwsza wytwórnia, która istniała bez nazwy, a w polskim rapie częściej było odwrotnie – jest nazwa i logo, ale nie ma komu robić ruchów (śmiech). Dwie płyty Avi & Louis i debiut Gruppo Tredici to w sumie jest już Moya Label, choć jeszcze nie pod tą nazwą. Przed nami debiut Przema DBM Kolizje i EP-ka Gruppo Tredici Progresso, a potem najprawdopodobniej trzecia część tryptyku sycylijskiego. Co dalej, zobaczymy. Ja jaram się, pracując w ekipie, w której licznik YouTube i miejsce na OLiS to nie jest jedyne kryterium.

A właśnie Kamil, co do kryteriów: wyobrażasz sobie sytuację, w której masz pod skrzydłami dobrze rokującego rapera, z ciekawym flow i uchem do bitów, ale bez dobrych tekstów. Napisałbyś mu coś?

Nie ma opcji, totalnie nie kumam takich rzeczy. Nawijanie nieswoich tekstów to nie jest rap. Co innego teksty dla wokalistki, której twórczość szanuję.

Tak w sumie – kiedy uznałeś, że jesteś raperem na pełen etat?

Jak puszczałem pierwszy numer.

Serio?

Wytłumaczę ci to. Przez lata robimy rzeczy, które nam narzuca społeczeństwo – i nie ma w tym nic złego. Czemu jednak, skoro poświęcamy 10 lat na naukę i x lat na małżeństwa i związki, nie możemy poświęcić pełnych trzech lat życia na samorealizacje i rozwój pasji? Jak rzuciłem wspomnianą wcześniej pracę, to zanim czegokolwiek zacząłem szukać, postanowiłem przez rok intensywnie rozwijać się w rapie. Nawet gdyby nie wyszło nie czułbym się stratny. Fajnie jest postawić wszystko na jedną kartę i zobaczyć, co się stanie.

Artystyczne, romantyczne podejście. Dopuszczasz do siebie myśl, że zdarzy się moment, w którym powiesz w rapie wszystko, co chciałeś powiedzieć?

Bardzo ważne jest, żeby wiedzieć, kiedy się pożegnać – napisać płytę, co do której wiesz, że będzie ostatnią i zagrać po niej pożegnalną trasę. Jeżeli dożyję, to będę chciał tak zrobić, nie mam zamiaru sztucznie respirować kariery. Wtedy przyjdzie czas na zmianę dziedziny.

Na jaką?

Eldo kiedyś nawinął: jestem artystą, a moją formą jest hip-hop. I ja też tak mam. Kiedyś będę chciał dać odbiorcom tekst w innej formie. Zbiór refleksji lub aforyzmów, może proza? Zobaczymy.

Podziel się lub zapisz