Greentea Peng: psychodeliczny lot nad południowym Londynem

Greentea Peng
fot. Stef Pocket

Myślisz: psychodelia w muzyce - mówisz: rock lub elektronika. A co by było, gdyby skwaszoną atmosferę lata miłości przenieść do stolicy Wielkiej Brytanii i nadać jej rapowego sznytu?

A do tego wymieszać z soulowymi inspiracjami pokroju Amy Winehouse czy Eryki Badu. Wynikiem tego szalonego hipisiarskiego eksperymentu jest Aria Wells aka Greentea Peng. Pseudonim powstał podczas południowoamerykańskich wycieczek; Aria od lat dzieliła pasję muzyczną z podróżniczą. Mówimy o podróżach i dosłownych, i wewnętrznych, duchowych. Stąd tripy do Peru czy Meksyku. Stąd zamiłowanie do marihuany i inhibitorów odmiennych stanów świadomości. Travelling without moving, jak śpiewał niegdyś Jay Kay.

Greentea Peng

Greentea Peng

Zanim zawodowo zajęła się muzyką, pracowała na barze i w hotelach. By wygrać z nałogiem - Wells była uzależniona od xanaxu - uciekła do Tulum. W meksykańskim kurorcie zajarała się rozwojem osobistym i jego bardziej spirytualną odsłoną. A jak powszechnie wiadomo, joga i medytacja to gateway drugs do dzwonków koshi, magicznych kamieni i energetycznych wahadełek. Jednak po powrocie z Meksyku i uświadomieniu sobie życiowego celu, postanowiła w pełni skupić się na muzyce.

Kolejno w 2018 i 2019 roku ukazały się pierwsze minialbumy Greentea Peng. Sensi oraz Rising stanowią przystawkę przed daniem głównym, jakim jest debiutancki longplay artystki. Przy okazji drugiej EP-ki wystąpiła w berlińskim Colors, co okazało się trampoliną do międzynarodowego rozgłosu. Licznik wyświetleń show z udziałem Brytyjki zatrzymał się na 10 milionach odtworzeń. Pod koniec ubiegłego roku wydała utwór Revolution będący osobistym podsumowaniem burzliwego, pandemicznego okresu. Na kilka miesięcy przed premierą Man Made Brytyjka została nominowana do BBC Sound of 2021. Ostatecznie przyznano jej czwarte miejsce m.in. za charyzmatycznym Pa Salieu i raperką BERWYN, a przed Dutchavellim czy Girl in Red.

Po dwóch EP-kach, udziale w Colors i zwrotce na nowej płycie The Streets przyszedł czas oficjalnego debiutu. Album Man Made ukazał się 4 czerwca i zawiera godzinę świeżego materiału. Greentea Peng stawia na pełną wyluzkę, hipisowską psychodelię i jedność z planetą matką. Co ciekawe, płyta została nagrana w częstotliwości 432 Hz. Według szamanów i energetycznych zajawkowiczów oznacza to zdrową i zgodną z naturą wartość. Taka muzyka może obniżać ciśnienie, poprawiać nastrój i pobudzać wydzielanie serotoniny. W przeszłości z tej techniki korzystali m.in. Prince, Bob Marley czy zespół Pink Floyd. Jasne, pierwsze skojarzenia przywodzą na myśl fanklub magazynu Nieznany Świat, różdżkarzy wyznaczających idealne miejsce do wybudowania studni czy odmieniane na wszystkie sposoby horoskopy. Żyjemy w Erze Wodnika, ludzie potrzebują - czy to poważnych, czy memicznych - elementów astrologii lub magii w swoim życiu. Renesans spirytualizmu, psychodelii i newage’owości znajduje się właśnie w pełnym rozkwicie. I doskonale wie o tym londyńska artystka.

Man Made - poza kojącą częstotliwością - oferuje bowiem znacznie więcej dźwiękowej magii. Czerpie garściami z jamajskiej spuścizny i buja niczym karaibskie soundsystemy w Lovers Rocks - znakomitym odcinku antologii Small Axe Steve'a McQueena. Greentea Peng specjalizuje się w neosoulu, często zdarza się jej rapować - i melodeklamować - a fundamentami większości kompozycji są leniwy dub i organiczne bity.

Debiut 26-latki to świetny pretekst do organizacji stonerskiego popołudnia. To również wyborny soundtrack do niezobowiązujących, psychodelicznych wojaży. Sama zainteresowana podkreślała, że podczas nagrywania Man Made spożywała dużo łysiczek czy innych odmian psylocybinowych grzybów. Żadne bad tripy - tu liczy się medytacja, spokój ducha i umysł niezanieczyszczony problemami. W numerze Party Hard Interlude powtarza jak mantrę słowa free your mind, free yourself/free your mind, eat some magic shrooms. W błogim Meditation dodaje: sensimilia help me zone in/feel my heart and it's wide open. Mefedroniarzom mówimy stanowcze nie.

Do tego wielogatunkowego kotła - poza Jamajką i rapem - wpadły też rockowe i jazzowe składniki. Niech za przykład służą grooviaste Satta i This Sound, upbeatowy Jimtastic Blues czy zadziorny Sinner. Większość materiału to jednak nowoczesny soul przesiąknięty uliczną wrażliwością z nałożonym dubowo-reggaeowym filtrem. Stylówa Peng przypomina momentami niespieszne flow Noname. I podobnie jak raperka z Chicago, uduchowiona artystka dopełnia twórczość społeczno-politycznym komentarzem. Skoro bujające reggae i wolne konopie, to walka z bezwzględnym Babilonem. Ale nie tylko kontrolowany gniew i Hare Kryszna. Man Made to również album o indywidualizmie, poszukiwaniu własnej tożsamości i przyjaźni z samym sobą. Odstawienie ego na bok, umiłowanie natury, podtrzymywanie kontaktów z bliskimi, organizowanie wspierających się komun. I regularna - byle z głową - konsumpcja psychodelików. Jeśli słuchać Greentea Peng, to tylko z otwartym trzecim okiem.

Podziel się lub zapisz
Najbardziej jara go to, co odkrywcze i eksperymentalne, czy to w muzyce, czy w kinie, czy w gamingu. Redaktor newonce.net i prowadzący autorską audycję KOLEKCJE w newonce.radio.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.