Jak przestaliśmy się martwić o przyszłość White’a 2115

white1.png

Emo rap przegrywa wyścig na hip-hopowe przeszczepy z zagranicy z drillem, ale przynajmniej ma swojego króla na polskim tronie.

Kiedy opadł kurz po wydaniu Rockstar: Do zachodu słońca, można się przyjrzeć spokojnie dotychczasowej karierze White’a 2115. Samą płytą dość dogłębnie zajął się Kuba Skalski w naszej recenzji (a w międzyczasie podbiła szczyt OLiS-u), więc dzisiaj pominiemy np. kwestię gościnnych udziałów i wpiszemy album w szerszy kontekst. White mimo dość krótkiej kariery przeszedł niemałą ewolucję, zaczynając z potencjałem, potem ten potencjał trawiąc, by wreszcie stanąć pewniejszą stopą na gruncie swoich artystycznych zalet. Nie jest to bynajmniej artysta w pełni uformowany – o czym zaświadczą naprawdę złe momenty na Rockstar: Do zachodu słońca, jak katastrofalny i wręcz komiczny Johnny Knoxville. Ale o przyszłość White’a martwimy się mniej, niż wtedy, kiedy musieliśmy męczyć się przy Młodym Księciu.

Można z powodzeniem powiedzieć, że jest w Polsce trzech udanych emo raperów: Zdechły Osa, mlodyskiny i właśnie White 2115. Wydany w 2018 roku debiutancki Rockstar próbował przenieść amerykańskie patenty na grunt polski z różnym skutkiem, ale jedno mu raczej wychodziło dobrze: chwytliwe melodie. O przebojowości Californii powiedziano już chyba wszystko, po dwóch latach od premiery to dalej niesamowity banger, podobnie jak mocno lilpeepowy utwór tytułowy. To, z czym Rockstar miał największy problem, to autentyczność emocji. Łatwo było zarzucić artyście, że w jego emo brakuje trochę szczerych emocji, budowanych przez wiarygodne historie czy chociażby pogłębionej prezentacji charakteru w tekstach.

Również nie wszystkie gitarowe wycieczki były udane. Pseudorockowa balladyka spod znaku Kurt Cobain/Anioł Stróż, albo rywalizacja z LemONem czy innymi koszmarkami polskiego poprocka w Cry Baby wystawiały cierpliwość słuchaczy i słuchaczek na próbę. Przewijamy do Rockstar: Do zachodu słońca i wiele z tych niedoskonałości zostało poprawione. Jeden odsłuch Krzyków na blokach i już jesteśmy bliżej White’a i jego historii. Również maniera wokalna, wcześniej miejscami sprawiająca wrażenie sztucznej i wymuszonej, uległa znacznej poprawie. W krzykach i ochrypłym frazowaniu wreszcie czuć emocje, podobnie jak w melodyjnych zaśpiewach. Tak, było ich sporo już wcześniej, ale podszyte wiarygodną wczutą jeszcze bardziej przybierają na sile. Nawet przebiegający według schematu byłem biedny, teraz już jest lepiej Papieros dzięki wokalnym postępom artysty odbiega od bycia pustą wydmuszką. A przecież ten schemat jest już tak zużyty wśród raperów nowej szkoły, że można wręcz przewidywać, co usłyszymy zaraz i robić to w miarę trafnie. White wychodzi na artystyczną niepodległość i nawet w takie schematy może wlać swój charakter.

Właśnie, swój charakter. Największą porażką Młodego Księcia była jego generyczność, praktycznie pod każdym względem. White objawił się na tym krążku jako kolejny raper młodego pokolenia, którego łatwo i wręcz niezauważalnie wymienić z innymi. Tak, na Wixapolu jest fajnie, ale rzadko kto potrafi udanie przenieść klepanie cztery na cztery na grunt hip-hopu. Płyta była co prawda relatywnym komercyjnym sukcesem – dotarła na 2. miejsce OLiS-u, pokryła się złotem (chociaż debiut dochrapał się platyny) – ale pod względem artystycznym reprezentant 2115 zaliczył regres. Wiele utworów z Młodego Księcia brzmiało jak gorsze momenty Klubowych Tymka, a umówmy się – to już jest poprzeczka postawiona dość nisko. Wycieczka w krainę inspirowanych parkietowymi brzmieniami bitów wypadła nieudanie, a sam White wydawał się mocno pogubiony, niepewny swoich mocnych stron, za to chętnie podążający stroną słabości. Rockstar: Do zachodu słońca wraca do brzmień i tematów z debiutu, ale z dużo większym wyczuciem i artystyczną świadomością. Rockowe gitarki wreszcie porzuciły klątwę Piotra Roguckiego, a sam White wchodzi z nimi w ciekawe dialogi. Poznajemy go lepiej – jego historię, trudne dzieciństwo i drogę na szczyt, na którym nie czuje się wcale idealnie (akurat ten trop w rapie męczy już od dawna, przynajmniej od trzech ostatnich płyt Drake’a) Doczekaliśmy się emo rapu od popularnego artysty, którego nie trzeba się wcale wstydzić.

Kibicujemy White’owi, bo znalazł dobry pomysł na siebie. Tak, nie jest do końca oryginalny w emo rapowych patentach przywiezionych z USA pocztą ze znaczkiem Lil Peepa – chociaż na tle wielu innych wojowników nowej szkoły i tak wypada dość unikalnie (rozmawialibyśmy inaczej, gdyby dalej podążał śladem Młodego Księcia). Tak, zdarzają mu się grube stylistyczne wpadki. Ale to jeszcze młody artysta, który krzepnie i szuka swojego głosu. Trzymamy kciuki za jego przyszłość, bo wydaje nam się, że ma spory potencjał, żeby go znaleźć. Kto wie, może na następnej płycie będziemy mieli powody, żeby okrzyknąć go autorem nowego, oryginalnego stylu. Najlepsze momenty Rockstar: Do zachodu słońca zdradzają potencjał na taką kolej rzeczy.

Podziel się lub zapisz
Paweł Klimczak