„Joker”, nowy Batman... Czy kino superbohaterskie skręca w mroczną stronę?

batman.jpg
fot. kadr z trailera "The Batman"

Mówicie, że Człowiek - Nietoperz w interpretacji Christophera Nolana był brutalny? Batman Matta Reevesa może podnieść tę poprzeczkę.

Mając w pamięci to, co z Batmanem robił Joel Schumacher, może się wydawać, że skręciliśmy w stronę głębokiego mroku. Zamiast wielobarwnego Gotham - syf, brud i beznadzieja. Zamiast łobuzersko uroczego Nietoperza - ponury typ, napędzany koktajlem przybicia i wkurwienia. Ktoś może powiedzieć, że jakie czasy, takie kino superbohaterskie. Ale to uogólnienie. Na świecie bajkowo nie było nigdy, a i sprowadzanie dawnych historii o komiksowych bohaterach do infantylnych z dzisiejszego punktu widzenia opowiastek jest nieuczciwe.

Kojarzymy komiksowość lat 90. z nieudanych filmów Joela Schumachera. A przecież już wtedy kino o superbohaterach bywało brutalne. Groźny Spawn z 1997 roku, Blade, na którego nałożono kategorię R, a krew lała się na lewo i prawo - nawet Batman, który przecież wysadzał człowieka, wsadzając mu do majtek laskę dynamitu. Nie wydaje mi się, że nastąpiła zmiana w radykalności, to jest kwestia współczesnej perspektywy. Pamiętamy tylko część zjawisk z tamtego okresu - uważa Julian Jeliński, autor poświęconego kulturze popularnej kanału Brody z kosmosu.

blade wieczny lowca.jpg
fot. kadr z filmu "Blade. Wieczny łowca"

Przez lata świat filmu mozolnie uczył się przeszczepiania komiksowej estetyki. Gdy dziś oglądamy stareńkie Batman zbawia świat czy Supermana z Christopherem Reevem, nostalgia ugina się pod przygniatającym uczuciem cringe'u - to zestarzało się tak paskudnie, jak zmieniane po latach recenzje na Pitchforku. Wszystko dlatego, że producenci traktowali wówczas kino komiksowe dokładnie tak, jak komiksy - po macoszemu, odgórnie infantylizując ich przekaz. Przecież to jest dla dzieci. Małą rewolucję zrobił dopiero Christopher Nolan. Jego Człowiek-Nietoperz to był bohater na miarę rozedrganego, wciąż liżącego rany po atakach z 11 września ówczesnego świata. Ale to nie pierwsze dzieło kultury popularnej, które starało się być zwierciadłem swoich czasów, dominujących ideologii.

Z jednej strony treści popkultury odnoszą się do tego, co w danym momencie napędza świat. Z drugiej - kino mainstreamowe zawsze było konserwatywne. Jeśli spojrzy się na historię filmu hollywoodzkiego, na to, ile czasu zajęło im pokazanie pary mieszanej, ile pary homoseksualnej albo jednej kobiety, która robi coś ważnego... Nam się wydaje, ze czegoś jest dużo, ale potem przychodzi raport Netfliksa na temat różnorodności w ich produkcjach. I okazuje się, ze udział etnicznych mniejszości wcale nie jest na ekranie wysoki, co nie odzwierciedla zróżnicowania, jakie jest w USA. Pokutuje myślenie: realistyczne, czyli takie, jakie widzimy wokół siebie. Jeśli nigdy nie widziałem Chinki - to znaczy, że nie może jej być w filmie. Kino komiksowe próbuje się z tym pojęciem realizmu zmierzyć. Mroczny Rycerz brał się za temat inwigilacji, był element śledzenia każdego z Gotham, co odwoływało się do ustawy Patriot Act, podpisanej w październiku 2001 roku przez George'a Busha. Ale znów - masowe kino potrzebowało aż sześciu lat, by ją skrytykować - opowiada Jeliński.

joker.jpeg
fot. kadr z filmu "Joker"

Kino komiksowe nie skręca ani w poważną, ani w ponurą stronę. Owszem, nowy Batman zapowiada się na najbardziej surową i brutalną inkarnację z dotychczasowych, ale wciąż najpopularniejszy w gatunku pozostaje Marvel. Widzowie pokochali ich styl lżejszych superbohaterskich komedii akcji i ten kierunek dominuje nadal nad mroczniejszym, cięższym i poważniejszym kinem. I będzie dominować jeszcze przez lata. Marvel i jako firma, i jako zjawisko popkulturowe, od kilkunastu lat siedzi na tronie i nie zamierza go opuszczać. Joker i jego niesamowity wynik finansowy był chwilową anomalią, to zła prasa i dyskurs amerykańskich portali, przyklejających mu łatkę niebezpiecznego, wręcz wywrotowego dzieła. To sprawiło, że Joker stał się tym filmem, który chciał zobaczyć każdy, nawet ci, którzy normalnie nie chodzą do kina - mówi Andrzej Groch, krytyk publikujący w serwisie naekranie.pl

Większy mrok w kinie komiksowym to efekt kuli śnieżnej, która zaczęła turlać się po 2000 roku. Wtedy szereg filmowców wywodzących się z kina niezależnego został wchłonięty przez mainstreamowe Hollywood. A tam zaczęli realizować filmy wysokobudżetowe, masowe, ale z autorskim rysem. Przykłady? Choćby wspominany już Christopher Nolan, który na przełomie mileniów podbił festiwale eksperymentalnym Memento. Jego narracyjny talent dostrzegło Hollywood, co zaowocowało angażem do filmu Batman: Początek. Był kontrowersyjny - bo poruszający w kinie niezależnym odważne tematy - David O. Russell, którego znamy z American Hustle. A autor dwóch pierwszych Iron Manów czy nowego Króla Lwa, Jon Favreau? To w ogóle niesamowita historia - zaczynał w połowie lat 90. jako aktor i scenarzysta niszowych produkcji, skończył jako współproducent Avengers i Mandaloriana. Oni wszyscy starali się dodawać do kina masowego elementy autorskie, nierzadko mroczne i ponure. Kiedy okazało się, że widzowie i krytyka potrzebują ambitnych filmów dla mas - czyli powrotu do lat 60. i 70., gdy kino hollywoodzkie było wyjątkowo mocne - zapotrzebowanie na zdolnych twórców z niszy wzrosło. Zmianę obranego kursu najlepiej widać po tym, jakie filmy zdobywały Oscary w najważniejszych kategoriach. Lata 90. to między innymi Angielski pacjent czy Waleczne serce. Miniona dekada? Chociażby Birdman i Zjawa Alejandro Gonzaleza Inarritu.

strażnicy galaktyki.jpg
fot. kadr z filmu "Strażnicy Galaktyki"

Surowy mrok spowił też kino komiksowe. Ale nie na tyle, żeby - zdaniem naszych rozmówców - mówić o konkretnym trendzie.

Wydaje mi się, że mamy trochę mylne wrażenie odnośnie brudu. To panowało, kiedy Nolan zrobił dwa pierwsze filmy ze swojej trylogii. Wtedy większość producentów wierzyła, że tylko takie produkcje mogą przynieść sukces. Ale Marvel pokazał, że można też poszaleć - tu patrzę zwłaszcza na Strażników Galaktyki i gadającego szopa, więc szaleństwo brudu i realizmu jest... Nawet nie fanaberią, bo Joker, który taki się wydaje, to po prostu nieudany remake Taksówkarza. Nowy Batman zapowiada się przepięknie i brudno, ale czy realistycznie? Z drugiej strony dostaniemy Shazama i chłopaka, który rzuca w złoczyńcę maskotką Batmana. Zatem to jest trochę koncentrowanie się na tych tytułach, które nam się bardziej kojarzą - wyjaśnia Jeliński.

Nic nie zapowiada głoszonego od lat upadku i śmierci kina superbohaterskiego, widzowie wciąż chcą oglądać Marvel, DC i produkcje pochodne, wielu kompletnie nie przeszkadza fakt, że niemal każdy z tych filmów jest taki sam, bilety nadal sprzedają się dobrze, a armia fanów nigdzie się nie wybiera. Jedno, co może się zmienić, to przepływ lub odpływ tak zwanych widzów normalnych, których nie interesują komiksy i peleryny, tylko rozrywka. Oni pójdą tam, gdzie owa rozrywka będzie w danym momencie najlepsza, czy będzie to Marvel, DC, Star Wars czy James Bond, ponieważ normalni widzowie, nie będący fanami, nie noszą barw klubowych. Ten gatunek nie dokona jednak zwrotu w kierunku ciężkiego mroku, może jedynie nastąpić balans owych treści, wyrównanie się ciemnej i jasnej strony, pod warunkiem, że masowa publika będzie zainteresowana konsumpcją różnych smaków i stylistyk, pragnąć czegoś bardziej realistycznego, zamiast kolejnych festiwali efektów cyfrowych. Pamiętajmy, że to widzowie głosują portfelami, a wytwórnie filmowe nie są znane z radykalnych zmian kursu, dopóki ich skarbce są regularnie zapełniane dzięki herosom w pelerynach. Jeżeli coś działa, nie zmienia się tego - dodaje Groch.

Kino superbohaterskie jest w fajnym miejscu. Jest i realizm, mroczny Batman, który po trailerze wydaje się najbrutalniejszym w historii, ale mamy też Shazama, na Hawkeye, czyli udawanie Die Hard, ale serialowe... Mamy tak dużo wersji tego kina, że jest gdzie eksperymentować. Moja obawa? To, co wydarzyło się przy Suicide Squad, gdzie powszechnie krytykowana część pierwsza zarobiła więcej niż autorska, o wiele lepsza dwójka. Producenci mogli pomyśleć, że opłaca się robić mało ambitne, nudne rzeczy - podsumowuje Jeliński.

Sporo powiedzą wyniki finansowe wchodzących na ekrany kin w listopadzie Eternals Chloe Zhao, znanej dotąd z kina artystycznego (to ona zrealizowała oscarowe Nomadland). Nowi bohaterowie, nowa twórczyni za kamerą. Czy i nowy język kina komiksowego? Nie wydaje się, żeby Zhao chciała iść na zbyt duże kompromisy. Kwestia box office'u pozostaje jednak otwarta. To jeden z nielicznych przykładów blockbusterów, które mogą zaliczyć i spektakularny sukces, i nie mniej spektakularną wtopę. Co wskaże, czego pragną widzowie w erze popandemicznej odwilży.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję Nevermind w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej ze sprawami społecznymi.