Koronawirus i co dalej? Zuza OK i Sapi Tha King opowiadają o swoim miesiącu na kwarantannie

Zuza Sapi.jpg

Po okresie gry pozorów karnawału postpandemicznego – weekend ponownie zastał nas w okolicznościach obostrzeń. Wraz z ekstremalnym skokiem dobowej liczby zakażeń coraz rzadziej można spotkać osoby, które nie znałyby nikogo dojechanego przez COVID-19. Nasi ludzie, Zuza i Karol, surfowali na pierwszej fali koronawirusa. Dzisiaj dzielą się tym, co ich wówczas spotkało w zetknięciu z sanitarno-epidemiologiczna machiną.

Pełzający lockdown nie będzie raczej powtórką z wiosny. Od tamtego czasu Ministerstwo Zdrowia wprowadziło choćby zmiany, dotyczące zasad kwarantanny i izolacji. Powiązanie ich z objawami klinicznymi było koniecznie ze względu na to, że wymóg dwukrotnego uzyskania negatywnego wyniku prowadził do hardcorowego przeciągania czasu przebywania w odosobnieniu. Rekordziści spędzili w zamknięciu nawet dwa miesiące.

W telegraficznym skrócie. Do września wyglądało to w ten sposób, że izolowany był poddawany testom w̶ ̶n̶i̶e̶s̶k̶o̶ń̶c̶z̶o̶n̶o̶ś̶ć̶ aż do wspomnianego negatywnego dubletu. Teraz – jeżeli lekarz nie zdecyduje inaczej – po 10 dniach od pierwszego jest wolny przy braku objawów. W innym przypadku – cytujemy oficjalne info – izolacja powinna kończyć się po 3 dniach bez gorączki oraz bez objawów infekcji ze strony układu oddechowego, ale nie wcześniej niż po 13 dniach od dnia wystąpienia objawów. Cofnijmy się jednak do poprzedniego stanu rzeczy, a właściwie – jego ostatniej prostej, bo mamy końcówkę lipca.

Backstory

Wyglądało to tak, że puściłem swoją dziewczynę do Krakowa, gdzie grała imprezę i oczywiście poszła w melanż. Dać kobiecie wyjść gdzieś samej i zaraz się zaczyna. Sapi rzuca opening joke, ale dalszy rozwój wypadków to nie był maraton uśmiechu.

Wróciłam do Warszawy i już źle się czułam, ale wydawało mi się, że to po prostu przeziębienie. Przespałam dwa albo trzy dni i niby wszystko było git, ale miałam jakieś dziwne stany. Kręciło mi się w głowie, jakbym była przemęczona. Po tygodniu koleżanka, z którą byłam na wyjeździe powiedziała mi, że straciła węch i smak. Dopiero wtedy zorientowałam się, że mam tak samo. Następnego dnia czułam się najgorzej na świecie, a nasz ziomek dostał pozytyw na teście. Zuza w żaden sposób nie może dodzwonić się do Sanepidu, więc jedzie z Karolem na oddział zakaźny, żeby się zbadać. Wcześniej – w ramach teleporady – lekarz mówi jej, żeby to przeleżała. Z tym, że wtedy nie miała jeszcze typowych objawów, towarzyszących COVID-19.

W szpitalu został jej zrobiony test. Jej chłopak nie miał już tego szczęścia, bo nie gorączkował, nie kasłał i nie miał trudności w oddychaniu, wiec został odpalony. Kilkanaście godzin później okazało się, że wynik Zuzy jest pozytywny, więc Karol – ze względów zawodowych – podejmuje kolejną próbę. Tym razem udaną, bo naściemniał w kwestionariuszu, żeby móc wrócić do pracodawcy z odpowiednim papierem. Wypada negatywnie. Co ciekawe – nie zmieni się to do samego końca choroby jego dziewczyny.

I w tym miejscu rozpoczyna się jednak ciąg zdarzeń, przypominający pamiętne zadanie urzędowe z Dwunastu prac Asteriksa.

Zaświadczenie A38

Dwa dni po wizycie w szpitalu dzwoni do mnie babka z Sanepidu. Pytała przez jaki kontakt się zaraziłam i czy z kimś mieszkam. Podałam jej Karola, ale potem okazało się, że i tak nie trafił do systemu. Moje dane zostały przekazane policji. Oni faktycznie przyjeżdżali codziennie i dzwonili – na domofon albo telefon. Praktycznie nigdy nie musiałam się im pokazywać. Niedługo później zostałam umówiona na badania, karetka zabrała mnie do szpitala o umówionej godzinie. Kiedy tam byłam, dostałam SMS-a o aplikacji Kwarantanna domowa, którą musiałam obowiązkowo zainstalować. Może dwa razy przyszło mi polecenie zrobienia sobie zdjęcia. Za trzecim razem spałam, jak wpadło zadanie i od tamtego momentu przestałam je otrzymywać.

Nasza redakcyjna koleżanka spędziła w mieszkaniu cały miesiąc. Pozytyw dostała drugiego sierpnia, z domu wyszła czwartego września. Co tydzień przechodziła testy. Pierwszy miałam w szpitalu, a potem co tydzień przyjeżdżał zespół wymazowy. Łącznie to pięć razy. Wynik był zazwyczaj w ciągu dwóch dni. Gdyby był negatywny – szybko miałaby wykonany następny, żeby zakończyć izolację według ówczesnych zasad.

Jak to wyglądało w przypadku Sapiego? Miałem trzy negatywne wyniki, ale ciągle byłem uziemiony, bo jej wychodziły pozytywne. No ale na początku września zmieniły się przepisy. Próbowałem się wtedy dowiedzieć, czy to oznacza dla mnie koniec kwarantanny. Na Telefonicznej Informacji Pacjenta powiedziano mi w końcu, że mogę wyjść następnego dnia, a Zuza – jeszcze dzień później. A dlaczego w ogóle tam zadzwoniłem? Żeby potwierdzić to, co znalazłem na portalu pacjenta. Załatwiałem tam sobie e-receptę na insulinę i zobaczyłem, że – poza archiwum wizyt i właśnie recept – na koncie są też informacje o kwarantannie i wynikach, których nie ma nigdzie indziej. Nikt nam też o tym nie powiedział.

Oddajemy głos Zuzie. Po pięciu tygodniach wolałam mieć dodatkowe potwierdzenie. Nie chciało mi się płacić trzydziestu koła kary. Udało mi się ostatecznie zrobić to w Sanepidzie. Dwa dni wcześniej przeszłam test, wyniku jeszcze nie było – potem okazał się nierozstrzygający, ale dzięki zmianie zasad – izolacja się zakończyła. Od dawna nie miałam już wtedy żadnych objawów. Trwały może przez tydzień, a przez kolejne cztery po prostu nudziłam się w mieszkaniu przez te pozytywne wyniki. Gdyby przepisy nie był takie jak teraz – pewnie trwałoby to jeszcze dłużej.

Czerwona strefa

Rytm dnia wyznaczała im praca zdalna, szama pod drzwi, zakupy dostarczane przez ziomków. Jestem jedynym informatykiem w firmie, więc musiałem zrobić sobie tutaj biuro, bo wszyscy i tak wydzwaniali z problemami. Nie mieliśmy źle, bo mieszkamy w Warszawie, gdzie jest dobry dostęp do wszystkiego na dowóz, ale u mnie w Wadowicach nie byłoby takiej opcji – mówi Sapi.

Zuza: Mnie policja pytała codziennie, czy czegoś nie potrzebuję, więc git z ich strony. Zakładam, że zrobiliby mi zakupy, ale nigdy nie próbowałam o to prosić.

Sapi: Dobrze, że się nie pozabijaliśmy.

Parafrazując słowa popularnej piosenki, można napisać, że nasz świat został pomalowany na żółto i na czerwono. Głównie na czerwono. To może czarny humor, ale jak pisał Kesey w Locie nad kukułczym gniazdemczłowiek traci grunt pod nogami, kiedy traci ochotę do śmiechu. Trwa próba sił, a tymczasem po kraju przetaczają się protesty antypandemiczne, a the one and only Jacek Sasin podważa zaangażowanie pracowników służby zdrowia. Jak opowiada Sapi – w chwili powstawania tego tekstu na rynku jego rodzinnego miasta właśnie rozkładana jest scena na koncert z okazji setnej rocznicy urodzin Jana Pawła II. Dla kilkuset osób zagrają m.in. Halina Mlynkova i Golec uOrkiestra. Jedynym remedium na ten absurd pozostaje więc chyba właśnie dowcip. W sieci znaleźć można na przykład bekową petycję o wprowadzenie w Polsce strefy wolnej od SARS-CoV-2. Tak – już ją podpisaliśmy.

Podziel się lub zapisz
Marek Fall
Senior editor w newonce.net. Jest związany z redakcją od 2015 roku i będzie stał na jej straży bezapelacyjnie do samego końca; swojego lub jej. Co czwartek o 18:00 prowadzi także autorską audycję The Fall na antenie newonce.radio. Ma na koncie publikacje m.in. w Machinie, Dzienniku, K Magu, Exklusivie i na Onecie.