Na chwałę Świętowita: słowiańskość w nowej polskiej muzyce

Zobacz również:EABS i ciągła ewolucja jazzowej materii. Z okazji premiery nowego albumu podsumowujemy dotychczasową twórczość zespołu
Mala Herba
fot. Tina Bauer

Od premiery debiutu Donatana - Równonoc. Słowiańska dusza - minęło prawie osiem lat. Na całe szczęście w tym tekście nie pojawi się wątek tego hip-hopowego koszmaru, wykorzystującego elementy polskiej obyczajowości.

Bo, ku uciesze słuchaczy i słuchaczek, w naszym kraju powstaje coraz więcej współczesnej muzyki, czerpiącej z rodzimego folkloru. Powiedzenie, że słowiańszczyzna od zawsze inspirowała polskich twórców i twórczynie to utarty frazes. I jednocześnie faktyczny stan rzeczy. Kreatywne procesy napędzają: nieodkryta w pełni rytualność, aura tajemniczości i ciągota do tego, co pierwotne. I ekspozycja narodowej tożsamości w nieco innym wydaniu, niż przypałowe dożynki, chrześcijańskie procesje czy nacjonalistyczne marsze i martyrologiczne święta.

Neofolkowa psychodelia

Nie byłoby słowiańskiego revivalu w muzyce elektronicznej bez Księżyca czy Starej Rzeki. Zarówno oniryczny zespół, jak i najpopularniejszy projekt Kuby Ziołka wniosły do folkowego nurtu - opartego na bagiennych wyziewach i kosmicznej energii - niesamowity powiew świeżości. Magia Księżyca, chociaż po raz pierwszy ujawniła się pod koniec lat 90., trafiła do szerszego odbiorcy dopiero w drugiej dekadzie XX wieku.

Nie da się mówić o lokalnym foklorze bez wspomnienia o Kapeli ze Wsi Warszawa. Szczyt popularności zespołu przypadł na pierwsze lata nowego millenium. Grupa pojawiła się nawet na gdyńskim Open’erze, regularnie zdobywała Fryderyki i w pewnym stopniu ukonstytuowała modę na ludowe pieśni w bardziej przystępnym, przebojowym wydaniu.

Po słowiańską mitologię sięgnął również band EABS. Drugi studyjny album wrocławskiej formacji to spojrzenie na przeszłość w melancholijnym wydaniu. Muzycy wzięli na warsztat dziedzictwo przodków i osadzili je w kontekście jazzowych kompozycji. Zupełnie jak Shabaka Hutchings i jego The Ancestors w odniesieniu do kultury afrykańskiej. Tak o Slavic Spirits mówił lider zespołu, Marek Pędziwiatr: Slavic Spirits w podobny sposób obrazuje, jak przez wieki instytucje ponad nami ukształtowały nasze mózgi. Płyta o tym, że termin “słowiańska melancholia” nie wziął się znikąd i wynika z brutalnego wymazania naszej pradawnej kultury. Dziś to realizuje się w przestrzeni publicznej. Ta płyta dopiero dziś nabiera pełnej aktualności. Koniec płyty, czyli Przywitanie Słońca jest w pewnym stopniu wyczyszczeniem tej traumy i zaczęciem od zera. Zobaczymy czy przyjdzie nam grać ten utwór w nowym rozdaniu. Czyli znowu mamy wrażenie jakby świat się skończył, ale daje to nowy początek.

Wyspiański, Czarnek i demonologia

Tańce to label założony w listopadzie 2020 roku, za którego sterami siedzi Łukasz Warna-Wiesławski. Wytwórnia próbuje na nowo zdefiniować pojęcie polskiej muzyki klubowej. Jak? Akcentując słowiańską wrażliwość, nie uciekając przy tym od aktywizmu i ważnych tematów. Do tej pory sumptem Tańców ukazały się dwie EP-ki: Avtomata i Sempreya. W drodze trzecie wydawnictwo - Dom strawił autorstwa Naphty, czyli naszego redakcyjnego kumpla Pawła Klimczaka. Wszystkie trzy interpretują słowiański folklor na zupełnie inne sposoby. Ochoczo wplatają południowoamerykańskie brzmienia, polityczne statementy czy komentarz dotyczący stanu naszej rzeczywistości.

Założyciel wytwórni mówi wprost, że nie zamierza wozić drewna do lasu i dlatego postawił na soniczną oryginalność względem kopiowania europejskiej estetyki. Jest na świecie dużo artystów/-ek nagrywających fajną muzykę zachodnią wywodzącą się z interesujących, niszowych scen. Charakterystyczne brzmienie, które najbardziej mnie inspiruje to portugalski label Principe, królujący w Durbanie gqom czy shaabi z Kairu. Mikrogatunki, które łatwo przypisać konkretnym miejscom. (...) Dostrzegłem pewną lukę na polskiej scenie klubowej, na której większość gatunków została zapożyczona skądinąd. Tańce miały być próbą wykorzystania dźwięków, które są typowo polskie, ale nie nostalgiczne, jak w przypadku The Very Polish Cut Outs. W Tańcach artyści czerpią z muzyki folkowej, ale ich twórczość folkowa nie jest. Chciałbym, żeby zagraniczny odbiorca mógł posłuchać kilku EP-ek i powiedzieć, że to coś, czego nie słyszał nigdzie indziej - mówi Warna-Wiesławski.

Na Gusłach Avtomata otrzymujemy nie tylko dyskretną grę słowną w podtytule Human Rites. Czołowy przedstawiciel queerowej sceny propaguje wyraźne bassowe, melodyjne numery, w których ważną rolę odgrywają wszelakie odmiany perkusji i bębnów. Avtomat stawia na synkopowe, polirytmiczne konstrukcje, które przywołują na myśl popularne tańce: oberka i chodzonego. Cztery zawarte na EP-ce utwory poruszają tematy dyskryminacji i rządowej mowy nienawiści względem środowisk LGBTQ+. Odnoszą się do słów ministra Czarnka o zagrożeniach płynących ze strony ideologii i nieludzi, maszerujących pod tęczowym sztandarem. Potępiają homofobiczne i antyaborcyjne ciężarówki oraz inne formy propagandy. W numerze Stop Bzdurom (The Bad Gays) wykorzystany jest zresztą tradycyjny polski instrument suka. Bezpośrednia terminologia nie jest jedyną, posiadającą w tym przypadku sens. Tu nie ma miejsca na losowość - Gusła (Human Rites) to spójne konceptualnie i dowiezione pod względem artystycznym wydanictwo.

W grudniu 2020 roku - w epicentrum drugiej fali koronawirusa - ukazała się Balanga Sempreya. Skrajnie taneczna EP-ka, oferująca eksperymentalną feel-good muzykę klubową. I znowu - w oparach słowiańszczyzny znalazło się miejsce dla wsparcia społeczności LGBTQ+ przy wtórze ludowych instrumentów. W tym - kaszubskiego burczybasu. Z kolei nadchodzący minialbum Naphty Dom strawiło to klubowe petardy oparte na breakbeacie i wyrazistej stopie. Duża w tym zasługa znakomitego samplingu, który wykorzystuje zapętlone, ludowe zaśpiewy. Ponadczasowy amen break sąsiaduje tu z okaryną czy skrzypcami. Poza tym - EP-ka stanowi abstrakcyjny komentarz do katastrofy klimatycznej. Wyraża jednocześnie bezradność, jak i próbuje zachęcić do płaczliwego pląsania na zgliszczach świata. Czorta pląsy, a może Rejwach na kurhanach? Naphta dostarcza skoczne tracki, przy których trudno wysiedzieć w miejscu. Ludowe chóry i zaśpiewy nadają kompozycjom wigoru i rytualnego sznytu. Tak prezentuje się - przewrotnie optymistycznie brzmiący - soundtrack do opłakiwania płonącego domu. Gdyby Geralt z Jaskrem udawali się na potańcówki w Nilfgaardzie, prawdopodobnie hasaliby przy tego rodzaju dźwiękach.

Ale Tańce to nie tylko muzyka najwyższej próby i merytoryczne podejście do klubowości. Warna-Wiesławski postawił na spójny koncept również w warstwie wizualnej. Każda z EP-ek posiada piękną oprawę graficzną, która nawiązuje do folkloru Europy Wschodniej. Autorką wszystkich okładek jest Anna Kaźmierak. Zgodnie z podejściem Łukasza, który postanowił wydawać muzykę jedynie w digitalu, nie można postawić sobie winyla czy kasety na półce. A szkoda, bo te cuda pięknie prezentowałyby się nie tylko w odtwarzaczu, ale i jako elementy wystroju. Nie chcemy niczego sugerować, ale seria plakatów z pewnością uradowałaby miłośników Tańców.

Klubowo zorientowane Tańce kompletnie odświeżają folklorystyczny motyw w rodzimej muzyce. Podobnie jak Remek Hanaj (od lat kultywuje słowiańskość w zespole Księżyc) czy Mala Herba i Lutto Lento. Hanaj ma na koncie wybitne dokonania, które ociekają ludowością i magią. Wydane w 2018 roku Wysiadywanie góry to album ocierający się o perfekcję. Materiał oparty na białych głosach, rytualnych wokalizach i zaśpiewach. Płyta jest kolażem archiwalnych głosów, preparowanych i niepreparowanych instrumentów akustycznych oraz elektroniki; jest kilkuwątkową tkaniną muzyczną – opowieścią o wojnie i pokoju, miłości i nienawiści, sensie i bezsensie, o starości i samotności, a także, last but not least, o słuchaniu muzyki. Szczególnie wielbię śpiew. Zatem ta płyta jest też hołdem, który składam kilku ulubionym głosom, osobowościom i zjawiskom śpiewaczym, hołdem specyficznym, bo postanowiłem podzielić się swoim osobistym słyszeniem śpiewu, raz impresyjnym, raz esencjonalnym, wskutek którego tworzą się pieśni nowe. Przy czym skupiam się na strefie słyszenia, pozostającej trochę obok języka, choć nie obok treści. To słowa Hanaja z notki dołączonej do albumu. Na Wysiadywaniu góry usłyszycie nie tylko polskie, ale również ormiańskie, gruzińskie, ukraińskie czy rumuńskie języki. Słuchanie tej płyty to przeżycie mistyczne, warto więc zapoznać się z nim w odpowiednio komfortowych warunkach, wzbogacających doświadczenie.

Podobną drogą kroczy Zosia Hołubowska, która nie ukrywa fascynacji Hanajem. Co więcej - uczyła się śpiewu od Agaty Harz z Księżyca. W solowym projekcie Mala Herba eksploruje słowiańskość w queerowo-feministycznym wydaniu. Pełno u niej wiedźm, czarownic i szeptuch. Cała ta symbolika została zatopiona w synth-wave’owym, nowofalowym i sążniście EBM-owym amalgamacie. Demonologia kultywuje pogańskie rytuały, pierwotne instynkty i stawia na piedestale podstawowe prawa człowieka: wolność, równość i szacunek. Wszystkie utwory na płycie są inspirowane tradycyjnymi treściami. Zaśpiewkami, melodiami, tekstami i obrzędami, w których widzę feministyczny potencjał. Mimo, że ówczesna kultura nie była pro-queerowa, to funkcjonowały w niej odmienności. Osoby, które żyły na marginesie społeczności miały rację bytu: muzykanci, stare panny, wioskowe chłopki. Interesuje mnie animowanie muzyki ludowej z zachowaniem kulturotwórczej roli, a nie robienie rekonstrukcji 1:1 - mówi Hołubowska.

Uprawiam rodzaj śpiewu, który wymaga połączenia się z całym ciałem i z emocjami, które chce się przekazać. Inaczej nie zadziała. To proces uczenia się i odnajdywania treści poprzez pamięć mięśniową. Kiedy wykonuję pieśń tradycyjną i zagłębiam się w niej, wydaje mi się, że jestem w stanie zrozumieć uczucia i doświadczenia osób, które śpiewały ją setki lat przede mną. Jest pewna prawda zawarta w tych słowach i melodiach. Nie byłabym w stanie śpiewać w tej technice np. po angielsku - dodaje artystka.

Tajemnicza aura jest też wpisana w proces twórczy Lubomira Grzelaka (Lutto Lento). Artysta związany z Dunno Recordings czerpie garściami z karaibskiej mitologii i lokalnych, przetrąconych soundsystemów. Voodoo i obeah łączą się ze słowiańską delikatnością i ulotnością. Efektem - kompletnie dziwaczna, osobliwa i niepowtarzalna fantastyka. Jednocześnie groteskowa i śmiertelnie poważna. Potwierdzają to solowe albumy Lutto Lento: Dark Secret World, Fortuna oraz wydany w lutym tego roku Legendo. W tym ostatnim pojawiają się nawiązania m.in. do twórczości Stanisława Wyspiańskiego (Skarb Sezamu), pogańszczyzny Stanisława Szukalskiego (Iskiereczka) oraz dziewiętnastowiecznej pieśni Na Wojtusia z Popielnika. Nieoczywiste dzieło dopracowane na poziomie sonicznym i treściowym.

Ostatnie lata przyniosły zupełnie nowe rozdanie w muzyce undergroundowej, inspirowanej polskim folklorem. Dzięki Tańcom, zespołowi EABS czy Grzelakowi, Hołubowskiej i Hanajowi słowiańskość wkroczyła w kompletnie inny wymiar. Przez pryzmat dziedzictwa sprzed tysiącleci - interpretuje się na nowo szeroko pojętą ludowość. Filtruje ją przez zdigitalizowaną wrażliwość i aktywistyczną formułę. Osadzoną we współczesnym kontekście, niepozbawioną komentarza do otaczającej nas rzeczywistości i zaangażowaną społecznie. Miejmy nadzieję, że dzięki temu folklor przestanie kojarzyć się z Cepelią i Krupówkami, a popkulturowa słowiańskość z rubasznym Donatanem.

Podziel się lub zapisz
Najbardziej jara go to, co odkrywcze i eksperymentalne, czy to w muzyce, czy w kinie, czy w gamingu. Redaktor newonce.net i prowadzący autorską audycję KOLEKCJE w newonce.radio.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.