Od „Johna Wicka" do „Nikogo": nowe kino akcji wciąż podnosi ciśnienie

John Wick.jpg

Serwisy streamingowe i VOD są dla kina akcji tym, czym były kasety VHS przed dekadami. Można tam znaleźć filmy niezobowiązujące, stare klasyki, zapomniane obrazy czekające na drugie życie i produkcje zlecone przez same serwisy. Żyjemy w czasach względnego renesansu tego gatunku. Nie jest to może fala tak imponująca jak ta wywołana przez Szklaną pułapkę w 1988 roku, ale wykaraskaliśmy się z kreatywnego dołka pierwszej dekady nowego milenium.

Pojawiają się kombinacje z formą jak choćby Hardcore Henry, świetnie przeprowadzone realizacje znanych tropów jak Upgrade, czy kompletne game-changery. Takim kolosem był John Wick, którego wpływ jest odczuwalny po dziś dzień.

Żeby zrozumieć fenomen Johna Wicka, wystarczy kwadrans seansu. Stylowa choreografia, wyrazisty kod wizualny, bezwzględna brutalność. Czuć tu echa nowego azjatyckiego kina akcji - od Johna Woo po produkcje indonezyjskie. Jak The Raid: Redemption z 2011 roku, który dosłownie zgniótł mózgi koneserów i koneserek dobrej naparzanki. Pozostaje niezmiennie niekwestionowanym królem gatunku - kapitalny Judge Dredd z Karlem Urbanem to przecież poniekąd remake. Sposób zaaranżowania walki na ekraniu, w równym stopniu odsyła tu do baletu, co rzeźni. Tak samo inna indonezyjska produkcja, nakręcona już po Johnie Wicku - Przychodzi po nas noc z 2018 roku. Swoją drogą - dostępna na polskim Netfliksie.

Azjatyckie kino akcji jest odważniejsze pod względem brutalności, ale także tematów, niejednokrotnie ocierających się o kompletne szaleństwo i mocną subwersję społecznych kwestii. Taka fabularna wolność prowadzi do arcydzieł w rodzaju Oldboya. Szokująca historia z tego koreańskiego thrillera akcji zostaje z widzem na długo, jeśli nie na zawsze. Szkoda, że amerykański remake z Joshem Brollinem w roli głównej zupełnie spłycił wartość oryginału. Twórcy Johna Wicka wzięli sobie do serca azjatyckie lekcje absurdalnie doprecyzowanej choreografii, dodając wiele autorskich elementów. Nic dziwnego, że w ciągu pięciu lat dostaliśmy całą trylogię z zabójcą, granym przez Keanu Reevesa. Spragniona wrażeń publiczność doceniła doszlifowaną produkcję i pasję twórców. Za rogiem czai się już The Continental - serial, który będzie rozgrywał się w uniwersum Johna Wicka. I to kolejny ważny aspekt nowego kina akcji, nawiązujący do starej szkoły. Jeśli świat przedstawiony jest odpowiednio interesujący, idzie się za ciosem. John Wick doczekał się trzech filmów, serialu i gry wideo. Podobnie jest z Kingsman - serią filmów, które ogrywają tropy kina szpiegowskiego i stanowią swego rodzaju upgrade bondowskich klisz. Poza dwoma tytułami w reżyserii Matthew Vaughna - Tajne służby (2014) i Złoty krąg (2017) - nadchodzi trzeci, Blue Blood i spin- off The King’s Man. Co prawda Vaughn miał ułatwione zadanie, bo Kingsman ma świetny materiał źródłowy w postaci komiksu Marka Millara i Dave’a Gibbonsa, ale i tak dołożył sporo swojego stylu do kanonu współczesnego kina akcji.

Azjatyckie inspiracje i twórcze ogrywanie znanych klisz to jedno, ale pozostają jeszcze formalne eksperymenty. Hardcore Henry z 2015 roku to ciekawy film, choć raczej nie dla wszystkich. Łatwo przy nim o nudności lub zawroty głowy, jeśli ktoś jest wrażliwy na ostre ruchy kamerą. Ta oryginalna produkcja stara się przełożyć perspektywę strzelanek w pierwszej osobie na język kina. Efekt jest naprawdę porządny, choć fabuła odrobinę kuleje. Ale, jeśli lubicie FPS-y i chcecie zobaczyć coś świeżego, Hardcore Henry nie ma sobie równych pod tym względem. Mniej odważny, ale jeszcze lepszy jest Upgrade z 2018 roku. Niepozorna opowiastka o ziomku, który dostaje egzoszkielet - przy relatywnie niskim budżecie - dostarcza rozrywkę wysokiej klasy. Wiele scen tutaj to świadectwo niesamowitej kreatywności.

Kiedy jedni starają się robić coś nowego - inni pocieszają się mieleniem w miejscu. Netfliksowy Extraction to straszna nuda; przeprowadzona od linijki emulacja dawnego klimatu w nowszych, bardziej efektownych szatach. I to również oblicze współczesnych action movies - sztampowe zrzuty, często bez kinowej premiery. Wystarczy przejrzeć ostatnią filmografię Bruce’a Willisa. Streamingi i VOD to kasety VHS naszych czasów także w tym sensie, że stanowią przystań dla śmieciowego kina, które powstaje nie przez pasję przy braku kompetencji, a przez chciwość i pośpiech, które zazwyczaj kompetencję wykluczają. Wciąż - w tym zalewie średnich i kiepskich produkcji, można trafić na prawdziwe perły.

Taką perłą będzie w tym roku Nikt - świetnie przyjęty film, w którym Bob Odenkirk gra zwykłego zipka, duszącego się w nudnym życiu i niezbyt inspirującej pracy. Ewolucja normalsa w wymiatacza nie jest tu niczym nowym - znowu o uwagę dopomina się Die Hard - ale zarówno kapitalna rola Odenkirka, dobre sceny walk, jak i wyśmienite dialogi sprawiają, że Nikt to seans obowiązkowy.

Kino akcji to przyczółek dla ludzi, którzy chcą spróbować kreatywnych rozwiązań; pchnąć filmową sztukę w nieoczekiwane rejony; stworzyć udany spektakl, który będzie z powodzeniem rywalizował na bardzo konkurencyjnym rynku. I produkcje takie, jak Nikt, pokazują, że nie musimy się martwić o jego stan. Na ekranie zawsze ktoś dostanie w mordę w interesujący sposób.

Podziel się lub zapisz