Piotr Cartman właśnie wydał Strefę Dyskomfortu. Dyskomfortu nie ma, ale... mogło być lepiej

piotrcartman.jpg

Kilka wnikliwych odsłuchów krążka tajemniczego newcomera przekonuje, że faktycznie mamy do czynienia z talentem czystej wody. Nie oznacza to jednak, że nie da się do niego przyczepić.

Przez ostatni rok zamaskowany raper pojawiał się na naszych łamach trzy razy. Po raz pierwszy wtedy, gdy mówiliśmy wam o tym, którzy młodzi MC's piszą naprawdę ciekawe teksty, drugi to już zapowiedź nowego materiału, a trzeci – włączenie do grona osób, które widzielibyśmy w polskiej odpowiedzi na Freshmanów.

Takie propsowanie nie wzięło się z niczego. Nie mieliśmy bowiem żadnych wątpliwości, że drugiego takiego nie ma na polskiej scenie – i zdania wcale nie zmieniamy. Sądziliśmy jednak, że Strefa dyskomfortu zrobi na nas nieco większe wrażenie. I pewnie by tak było, gdyby nie fakt, że to zbyt wydłużone LP, a nie skondensowana EP-ka.

Jedno musimy od razu przyznać – otwieracz w postaci Styxtho sprawdził się jak należy. Rzadko zdarza się, by kawałek trwający raptem dwie minuty z małym okładem tak dobrze wprowadził słuchacza w klimat całości. Od pierwszych dźwięków jest tu duszno i nieprzyjemnie, creeperskie głosy nakładają się na siebie, a chóralne śpiewy powodują ciarki na plecach.

Zbudowana uprzednio dramaturgia nie traci nic a nic na mocy także później. Ba, jest sumiennie wzbogacana mimo dość minimalistycznego podejścia do produkcji; Matthew Perry świdruje uszy, a gdy pohukiwania i zbasowania przejmują ogień, niosą go spokojnie do końca krążka. A raczej niemal końca, bo przecież taki Berserk, który jest dalej niż bliżej, brzmi jak wpuszczający nieco światła podkład z zupełnie innego materiału.

Najpoważniejszym zamachem na szczęście albumu stał się niestety sam gospodarz. Chociaż sprawnie operuje w obranej stylistyce, w pewnym momencie zaczyna nużyć przez monotonność flow. Jasne, to nie jest jeden z dukaczy, którzy ledwie trzymają się bitu, tylko ktoś, kto faktycznie umie się na nim odnaleźć – tyle że wprowadził do swojego warsztatu zbyt mało ciekawych zabiegów formalnych, przez co jego lekko nawiedzona nawijka brzmi jak wykuta w nienaruszalnej skale. W konwencji singlowej może być to uspójniającym wizerunek atutem, tutaj jest jednak sporym balastem.

Przewrotnie i jednak niesprawiedliwie można byłoby dodać, że po paru podejściach w głowie zostają nie osobiste linie o rzuceniu alkoholu czy proste i ujmujące porównania w stylu poprawie jak adwokat, lecz nasuwające się samo skojarzenie, że w tracku Dr. Hyde dokonuje się wyczekiwany powrót Guziora, tyle że w nieco rozdygotanej wersji.

Nie ma jednak sensu być złośliwym – bo to nie jest zły krążek, tylko przeciętny. Nie podważa on skilla. Każe tylko zastanowić się nad delikatnym liftingiem twórczości.

Podziel się lub zapisz