Tu nie ma pościgów i strzelanin. Des to historia, która wbija w fotel dlatego, że wydarzyła się naprawdę (RECENZJA)

des1.jpg
Kadr z serialu "Des" w reż. Lewisa Arnolda

Tylko trzy odcinki, ale emocji więcej, niż przy wielosezonowych crime stories. Ależ to jest mocny serial.

Des nie jest typowym kryminałem, w którym śledczy usiłują dowiedzieć się, kto zabił. Tym razem mamy do czynienia z dobrze znanym seryjnym mordercą, który na przełomie lat 70. i 80. terroryzował ulice Londynu, zabił co najmniej 12 młodych mężczyzn, a następnie - sorry, będzie przerażająco - ćwiartował je i gotował.

Fabuła zaczyna się od znalezienia ludzkich kości w kanalizacyjnych rurach. Szybko okazuje się, że pozbył się ich Dennis Nilsen, który natychmiast przyznaje się do morderstwa, a w trakcie pierwszego przesłuchania zapytany o to, dlaczego zabił, ze spokojem odpowiada: Myślałem, że wy mi powiecie. Wówczas zadaniem policji nie jest już ujęcie sprawcy, a ustalenie motywu jego działania i tożsamości ofiar.

I tu przechodzimy do mrożących krew w żyłach szczegółów kilkunastu morderstw, które są jeszcze bardziej wstrząsające, biorąc pod uwagę, że wydarzyły się naprawdę. W przeciwieństwie do seriali kryminalnych o podobnej tematyce, Des współpracuje z policją i dzieli się makabrycznymi wydarzeniami z ostatnich lat, a twórca produkcji, Lewis Arnold, skutecznie unika brutalnych scen, policyjnych pościgów i rozpaczliwych zeznań ofiar, stawiając na realistyczny i oszczędny w formie obraz mrocznej sprawy.

Des to David Tennant, jeden z najbardziej znanych brytyjskich aktorów, który wcielił się w pozbawionego emocji, przerażająco normalnego seryjnego zabójcę. Zabójcę, który z obojętnością opowiada o dokonanych przez siebie morderstwach i oczekuje, żeby za swoje czyny trafił na pierwsze strony gazet. Jego opanowanie, wrażenie kontrolowania całej sytuacji jest bez wątpienia najbardziej niepokojącym elementem fabuły; nie wiadomo, czy ogon ciągnie psem, czy pies ogonem. Patrząc na jego nastawienie, trudno dziwić się podejściu Davida Tennanta, który przyznał, że czuł ulgę w związku ze śmiercią prawdziwego Nilsena i tego, że nigdy nie zobaczy poświęconej mu produkcji.

Idealnym kontrastem do psychopaty wyglądającego na najzwyklejszego urzędnika jest Daniel Mays, który odegrał rolę zawziętego detektywa, Petera Jaya i Jason Watkins - odtwórca biografa Briana Mastersa, który wszedł z Desem w nietypową relację (a książka Killing for Company: The Case of Dennis Nilsen była podstawą scenariusza serialu).

nilsen.jpg
Television Stills/Enterprise News via The Telegraph

Wiarygodność fabuły nie wynika jedynie ze znakomitej gry aktorskiej, ale przede wszystkim z chłodnego klimatu produkcji. Od pierwszej do ostatniej minuty wsiąkamy w ten niemal dokumentalny charakter miniserii, nie mamy wrażenia efekciarstwa i zbytniej koloryzacji. Gdybyśmy jednak mieli się do czegoś przyczepić, to do długości serialu. Skrócenie tej przejmującej historii do jedynie trzech odcinków pozostawia sporo kluczowych pytań bez odpowiedzi - zwłaszcza tych dotyczących psychiki sprawcy czy odkrycia tożsamości kolejnych ofiar.

Pomimo tego Des, którego obejrzycie na HBO GO, wyróżnia się na tle produkcji typu true crime, stawiając na przedstawienie sylwetki psychopaty bez zbędnego romantyzowania jego zbrodni. Tym samym miniseria nie jest kolejną laurką dla seryjnego zabójcy, a gruboskórnym portretem historii, która - podkreślmy raz jeszcze - jest oparta na faktach. To ważna rzecz w erze mocno wątpliwego upopowienia seryjnych zabójców, czego nie uniknęli twórcy kinowej biografii Teda Bundy'ego. Warto mieć z tyłu głowy, że to nie żadne ikony popkultury, a zbrodniarze. Niech takie seriale jak Des odczarują ich mit.

Podziel się lub zapisz
Karina Lachmirowicz
Jedyna dziewczyna w redakcji newonce.net i najmłodszy członek niuansowej ekipy. Pisze o modzie i serialach, ale nie stroni też od zagranicznego rapu.