Agnieszka Kobus-Zawojska: Nie wiem, jak zdobyłam medal olimpijski z depresją (WYWIAD)

Zobacz również:ACL – trzy litery bólu i walki. O kontuzji więzadeł krzyżowych sportowym okiem
Agnieszka Kobus_Zawojska.jpg
fot. Łukasz Wielec

Trochę ponad rok temu zdawało nam się, że nie ma szczęśliwszych kobiet od wioślarskiej czwórki podwójnej, która na igrzyskach olimpijskich w Tokio zdobyła pierwszy medal dla naszej reprezentacji. Dopiero długo potem jedna z pań, Agnieszka Kobus-Zawojska, przyznała, że w trakcie igrzysk zmagała się z depresją. W rozmowie z newonce.sport nasza dwukrotna medalistka olimpijska opowiada jednak nie tylko o chorobie – dowiemy się też o tymczasowym rozstaniu z reprezentacją Polski, kwestii uchodźców z Ukrainy, która dotknęła ją osobiście oraz o tym, co robi wciąż aktywna wioślarka, jeśli nie startuje w barwach narodowych.

Ta rozmowa miała być przede wszystkim na temat wioseł – słynnych nieolimpijskich regat, w których Agnieszka Kobus-Zawojska startuje w ostatnim czasie, wioślarstwa morskiego, którego próbuje oraz tego, czy jest jeszcze szansa na powrót do reprezentacji Polski w aktualnych wiosłach olimpijskich. W skrócie – co dalej?

Jednak trudno uciec od tak istotnych społecznie spraw, jak zmagania z depresją czy sprawa ukraińska, szczególnie jeśli obie te rzeczy wpływają zarówno na największy sukces w karierze, jak i to, co dzieje się aktualnie u jednej z nielicznych polskich multimedalistek olimpijskich.

*****

Jakub Kazula: Niby w reprezentacyjnych wiosłach cię nie ma, ale ciągle się coś dzieje, chociażby słynne królewskie regaty w Henley.

Agnieszka Kobus-Zawojska: Można tak powiedzieć. Spełniłam swoje drugie wioślarskie marzenie, czyli występ w Henley. Dostałyśmy zaproszenie przed igrzyskami w Rio, ale nie miałyśmy możliwości skorzystania, bo jak są przygotowania do igrzysk to skupiamy się głównie na tym. Szczerze? To były najlepsze zawody w moim życiu – pod względem emocji, doświadczenia i radości ze sportu. Brawa i owacje miałyśmy głośniejsze niż na igrzyskach olimpijskich, na których zdobyłyśmy medal.

Mimo tego, że samo Henley liczy sobie niewiele ponad dziesięć tysięcy mieszkańców, to na trybunach są dziesiątki tysięcy ludzi.

Nawet setki! Trzysta tysięcy ludzi potrafi się przewinąć na trybunach, a ludzie rezerwują bilety rok wcześniej. Widzę też tę różnicę w mentalności w kontekście tego typu zawodów. Zazwyczaj unikam wrzucania ludzi „do jednego wora” i generalizowania, ale faktycznie było tak, że przegrałyśmy w półfinale. Sportowo mnie to trochę wkurzyło, ale byłyśmy (z Ukrainką Ołeną Buriak – przyp. JK) tam po to, by się dobrze bawić i chłonąć atmosferę tego święta. I wtedy np. wiele osób z Polski pisało do mnie: „Aga, szkoda, nie martw się, następnym razem będzie lepiej”, a na miejscu tylko „Gratulacje! Cieszcie się regatami!”

Byłyśmy potem na kolacji, gdzie poznałam Steve’a Redgrave’a, pięciokrotnego mistrza olimpijskiego oraz jego partnera Matthew Pinsenta, czterokrotnego mistrza, który mi powiedział, że nawet lepiej, że odpadłyśmy w półfinale, bo najgorzej mają ci, którzy przegrają w finale – ani tytułu, ani imprezy. (śmiech) Pokazało mi to coś, czego w Polsce trudno doświadczyć, że z zawodów wioślarskich można zrobić naprawdę fantastyczne wydarzenie. Henley to zawody z piękną tradycją sięgającą 1839 roku.

I to jest też to samo miejsce, w którym odbywają się słynne na całym świecie regaty Oxford-Cambridge. Choć trzeba podkreślić, że jest to inny odcinek rzeki.

Były tam nawet regaty olimpijskie bardzo dawno temu. Jest też inna formuła rozgrywania zawodów – płyniesz jeden na jeden przeciwko innej łódce i jeśli przegrasz, to odpadasz, czyli system pucharowy. Maciek (mąż Agnieszki – przyp. JK) wylosował Amerykanina, medalistę Pucharu Świata i mimo, że popłynął świetnie i się go trzymał, to przegrał. A z drugiej strony zdarza się, że trafisz na kogoś, kto nie pojawi się na starcie i wtedy wystarczy „spłynąć” tor i przechodzisz dalej. Tak też bywa. Sport jest brutalny i trzeba sobie umieć z tym radzić i mieć trochę szczęścia.

Całe te regaty pokazały mi, jak można się cieszyć z takiego wydarzenia. Na przykład fajne było to, że był specjalny dresscode czy że na trybunach nie można było rozmawiać przez telefon, trochę tak jak w tenisie – nadaje to prestiżu tej dyscyplinie. W Polsce jak mówię, że trenuję wioślarstwo, to często słyszę: „też kiedyś pływałem na kajakach” (śmiech). Tam każdy miał szacunek do tej dyscypliny.

„Byłem kiedyś na spływie!”

Coś takiego. W ubiegłym roku była u mnie na treningu urodzinowym Ania Lewandowska, która dostała go w prezencie, żeby spróbować tej dyscypliny, a Pudelek napisał, że „Lewandowska była na spływie kajakowym”, co jest trochę żenujące, bo to jeden z najbardziej poczytnych portali w Polsce, więc dobrze by było uświadamiać (śmiech). Tam to jest z kolei tradycja i trenowanie wioseł to jest coś „wow”, więc dla mnie było to bardzo przyjemne. Maciek będąc naszym trenerem musiał przyjść na start w garniturze pod krawatem, bo inaczej by go nie wpuścili na trybuny. Mógł też płynąć motorówką za wyścigiem, co w życiu mi się w wioślarstwie nie zdarzyło, a na tej motorówce był jeszcze ze wspomnianym Pinsentem, legendą wioseł.

Wioślarski Wimbledon.

Tak! Było to mega przeżycie, bo poznałam też chociażby Katherine Grainger, pięciokrotną medalistkę olimpijską. Pokochałam tam sport na nowo. Po Tokio nie powiem, że się na niego obraziłam, ale to wszystko wyhamowało i zawody w Henley były idealnym bodźcem. U nas się tam nie jeździ – bo igrzyska, bo mistrzostwa świata, bo trzeba zdobywać punkty... A ja się nie do końca z tym zgadzam. Sama bym wysyłała właśnie na takie regaty, które na nowo rozkochałyby zawodników w wiosłach, dały im radość z pływania i wtedy dopiero jechać na Puchar Świata robić wyniki. Oczywiście ta wypracowana fizyczność musi być, ale czasem warto się po prostu pozbyć na chwilę tej presji i znów cieszyć się sportem – to pomaga mentalnie. Po prostu w tym wyścigu mam wrażenie, że nie liczy się tylko wynik, a doświadczanie tego całego wydarzenia.

Stamtąd jeszcze pojechaliśmy z Maćkiem do Irlandii, żeby popływać na morzu. U nas na razie nie jest to możliwe, ale my zawsze od razu szukamy planu B. Napisaliśmy do dystrybutora łodzi i zaprosili nas, żeby popływać. Chcemy razem startować, a wioślarstwo morskie będzie dyscypliną olimpijską od 2028 roku – mimo to u nas jest na razie zero klubów, a w Irlandii trzydzieści. Kto wie, skoro na razie u nas się nikt tym nie interesuje, to może pojadę do Los Angeles jako trener. Albo i zawodnik, nigdy nie wiadomo, bo wioślarstwo morskie jest trochę jak żeglarstwo - długowieczne.

*****

Skupmy się na chwilę na Ołenie Buriak, z którą pływałaś w Henley, bo to kolejne ogromne wydarzenie w twoim życiu. Miałem wrażenie, że wśród wszechobecnej pomocy ty i tak wyróżniłaś się tym, że jako jedna z pierwszych – szczególnie publicznie – przyjęłaś do domu ukraińską rodzinę już chwilę po wojnie.

Rzeczywiście, ja mam to do siebie, że jestem niecierpliwa i nie lubię czekać. Jechałam na rozdanie nagród Sportowca Roku w Warszawie i napisałam do niej w momencie, gdy parkowałam samochód. Jak się czuje, co się u niej dzieje, czy potrzebuje pomocy... Nie wiem szczerze mówiąc, jak do tego doszło, nie myślałam o tym – ona pierwsza przyszła mi do głowy. Nie znałyśmy się jakoś mocno wcześniej, ale znałyśmy się na „cześć, gratulacje, powodzenia” (Ołena to była mistrzyni Europy w czwórce podwójnej – przyp. JK), taka to była znajomość.

Przyjechała do nas na półtora miesiąca. Mieszkała w mieszkaniu siostry mojego męża – to jest dosłownie kilkaset metrów od naszego, więc widywałyśmy się ciągle. Teraz mieszka w domku u naszych znajomych pod Warszawą, bo w pewnym momencie w Warszawie była sytuacja, że nie było nic, ale jak obiecałam, że zajmę się tym, to musiałam to zrobić. Nawet ona mi mówiła, że spokojnie – że jak nic nie znajdziemy, to pojedzie do innego kraju. Jednak ja wiedziałam, że jej zależy, bo chce być bliżej, bo jej mąż walczy. Zapytałam moich bliskich znajomych i teraz mieszka u nich w domu. Polubiłam ją bardzo i ta znajomość to jedyny pozytywny aspekt tej wojny, o ile w ogóle można o takim mówić. Nie wiem czemu tak się stało. Po prostu wydawało mi się, że jak znam kogoś z Ukrainy, to muszę mu pomóc i zapytać, bo taki czułam wewnętrzny obowiązek.

Dzięki temu też doszło do tej waszej dwójki w Henley. Swoją drogą znakomite stroje miałyście zaprojektowane na start.

Tak, to przyjaciółka Ołeny, artystka Natasza, jest odpowiedzialna za to, i za m.in. nowy obraz w naszym domu, który dostaliśmy w ramach podziękowania. Po zawodach ludzie z wioślarskiego świata pisali do mnie, że chcieliby zamówić stroje. Wzbudziło to duże zainteresowanie też na torze. Nawet jak przegrywałyśmy z Australijkami w półfinale, to miałam wrażenie, że kibice nas jakoś głośniej oklaskują i zwracają uwagę na stroje i na nas. Pierwszy raz miałam wrażenie, że celem na torze nie jest tylko zwycięstwo. Głównym celem było pokazanie, że rywalizować powinnyśmy tylko w zdrowy sposób, a walczyć tylko na arenach sportowych.

Czyli tak jak mówiłem – od Tokio na wiosłach reprezentacyjnych nie pływasz, ale w twoim życiu dzieje się cała masa innych rzeczy, nie tylko wioślarskich.

Na razie muszę odpocząć od wioseł olimpijskich. Nie wyobrażam sobie na razie powrotu do tego otoczenia, nie wyobrażam sobie ponownej współpracy z trenerem (Jakubem Urbanem – przyp. JK).

No właśnie, przecież razem z Marią Sajdak odeszłyście przed tym sezonem z kadry i tak na dobrą sprawę nie wiadomo dlaczego.

Nie chcę mówić za Marię, bo to ona powinna o swoich planach powiedzieć, ale wzięłyśmy rok szkolenia indywidualnego i w tym czasie podjęłyśmy decyzję, co dalej. To częste po igrzyskach. Medaliści mają ten przywilej, że mogą sobie zrobić dwa lata odpoczynku. Ja jestem w kadrze od 2010 roku, a od 2014 regularnie zdobywam medale w imprezach mistrzowskich, więc naprawdę zawsze jestem mocno skupiona na celu, a niestety nie mogę powiedzieć, że ten ostatni rok przed igrzyskami w Tokio był dla mnie najlepszym. Dlatego potrzebuję odpocząć, ale mam wrażenie, że nigdy nie odpocznę od sportu, bo nie potrafię siedzieć w miejscu. W tym sezonie chcę wystartować w regatach Head of the Charles, bo to regaty w Stanach, największe na świecie. Będę w łódce z koleżanką ze Stanów, kilka dni temu zgłosiłyśmy naszą osadę. Nie mogę się doczekać.. Podobno jest tam nawet więcej kibiców niż w Henley, więc chciałabym to zobaczyć, bo aż trudno w to uwierzyć.

Czyli rok przerwy, ale na razie perspektywa olimpijskiego wioślarstwa jest i tak bardzo daleka?

Bardzo bym chciała wrócić i powalczyć o medale, ale nie wiem, czy byłyby dla mnie możliwości i mam takie spostrzeżenie, że jeśli trener wątpił we mnie jako zawodniczkę przed Tokio, a nie dałam mu do tego żadnych podstaw, to wątpiłby nadal. Odczułam po prostu chęć odstawienia. To się czuje, kiedy trener cię nie chce i nie mam już do trenera zaufania, po prostu. To jest smutne, bo razem osiągnęliśmy bardzo duży sukces, a nawet się nim razem nie cieszyliśmy jak bywało to wcześniej.

Czy to jest sytuacja, w której, jeśli trener będzie, to ciebie nie będzie, czy da się to jakoś jeszcze naprawić?

Nie wiem, czy bym umiała dojść do porozumienia. Muszę odpocząć trochę od tego środowiska. Przed Tokio czułam się bardzo źle i to był duży cios, że trener chciał mnie wymienić dlatego, że byłam słabsza fizycznie – konkretnie na ergometrze wioślarskim. Nigdy nie byłam mistrzem na tej maszynie, ale na wodzie nie dawałam tego odczuć i nie było żadnych podstaw. Na treningach w Portugalii czwórka zawsze szybciej ze mną płynęła. I smutno mi było, że ja całe swoje wioślarskie życie muszę wszystko wszystkim udowadniać.

Mam dwa medale olimpijskie, ale nadal czuję potrzebę udowadniania własnej wartości i muszę ciągle pokazywać, że jestem wystarczająca, bo na ergometrze nie mam takich wyników, jak ktoś by chciał. Przy czym te wyniki może nie były aż takie dobre w porównaniu do innych dziewczyn, ale były dobre w stosunku do moich wyników, co pokazywało, że ciągle robiłam progres. Dla mnie to był po prostu brak zaufania – miałam medal olimpijski i złoto mistrzostw świata z dziewczynami, a nagle ktoś wątpi w moje możliwości, kiedy nie dałam mu do tego podstaw. Poza tym ta drużyna świetnie się rozumiała i miała do siebie zaufanie.

Już pomijając fakt, że wrzucenie kogoś innego za ciebie do czwórki nie sprawdziło się na początku olimpijskiego sezonu i trudno byłoby o zgranie i zbudowanie formy nowej osady w kilka miesięcy.

Moje zdanie jest takie, że czwórka nie miałaby wtedy medalu w Tokio, a może nawet i finału. Dlatego bardzo mocno mnie to zabolało, ale zależało mi na tych igrzyskach, więc stwierdziłam, że cel uświęca środki, a atmosfera w grupie jest bardzo ważna, dlatego często gryzłam się w język. Po zdobyciu medalu nie byliśmy już takimi przyjaciółmi z trenerem, jak wcześniej. Po wpłynięciu na metę pomyślałam sobie po prostu „muszę odpocząć”. A druga sprawa, to przeczytałam w jakimś wywiadzie trenera coś w rodzaju: „Teraz pora na młodsze zawodniczki”. To bardzo bolesne, że mówi tak trener reprezentacji, kiedy np. Emma Twigg zdobyła swój pierwszy olimpijski medal – i to złoty, w jedynce w Tokio – mając 34 lata. To pokazuje, że wioślarstwo to sport, który można długo trenować, a wypływane kilometry wpływają na korzyść zawodnika. Nie można kogoś mierzyć wiekiem.

Doświadczenie potrafi zrobić ogromną różnicę...

Zwłaszcza w naszym sporcie. Olaf Tufte (medal olimpijski w Rio de Janeiro w wieku 40 lat – przyp. JK) to kolejny przykład. Mnie po prostu dziwi, że trener na najwyższym poziomie takie wnioski wysuwa. Jest zawodniczka z Irlandii, rocznik '82, która nadal startuje na niezłym poziomie. Urodziła dzieci, zrobiła przerwę i jest z powrotem. Mając 36 lat zdobyła pierwszy medal. Chciałabym, żeby ta mentalność polskich trenerów się zmieniła – można zrobić sobie przerwę, można urodzić dziecko i po roku czy dwóch wrócić. Ja mam 31 lat i naprawdę nie czuję się staro. Jeżeli masz energię, chęci i dobre wyniki na treningach, to nic innego nie powinno mieć znaczenia. Okej, w gimnastyce pewnie byłabym staruszką, ale nie w wioślarstwie (śmiech).

W przypadku twoich przygotowań do Tokio nałożyło się to jeszcze z depresją, o której poinformowałaś dość niedawno. Czy przez to połączenie było podwójnie trudno przechodzić i przez problemy zdrowotne, i przez sytuację w kadrze?

Wszystko się chyba na to nałożyło. Mam za sobą piętnaście lat w sporcie wyczynowym i to też moja wina, nie potrafię odpuszczać i nakładam na siebie dużą presję. Nawet dzisiaj powiedziałam do Maćka, że odczuwam niepokój, bo mam za mało obowiązków i przez to luźniejszy tydzień. On mi tłumaczy, że to przecież normalne i że dopiero co miałam miesiąc, gdzie nie miałam czasu kompletnie na nic i ciągle byłam zmęczona, a teraz narzekam na dni wolne. Ja to niby wiem, ale i tak chyba wolę jak padam ze zmęczenia niż jak mam wolne – to też coś, nad czym muszę pracować. Dodatkowo w kwietniu przed igrzyskami miałam koronawirusa i mimo to już trzeciego czy czwartego dnia pedałowałam na rowerze, bo wiedziałam, że nie mogę stracić dyspozycji. Dziewczyny startowały na mistrzostwach Europy, a ja z covidem... Ta presja, żeby zdążyć, też się do tego wszystkiego dołożyła, no i na pewno sytuacja z trenerem.

Był nawet moment po mistrzostwach Europy, na których wynik nie był satysfakcjonujący, gdzie trener nas wszystkie zebrał i powiedział: „Nie wiem dlaczego, ale łódka bez Agi nie płynie”. I z jednej strony to jest komplement, a z drugiej trener, który pracuje ze mną od 2017 roku, mówi, że nie wie, dlaczego tak się dzieje. Jakby przewidywał, że powinnam być słabsza. Ja wiem, że może się doszukuję, czy nadinterpretuje, ale odebrałam to tak pół na pół. Niby dobrze, ale nie do końca.

Trochę mnie to wszystko męczyło do tego stopnia, że o ile ja zawsze jestem optymistyczna i pozytywnie nastawiona na start, o tyle na Pucharze Świata w Lucernie, pierwszych zawodach po tym wszystkim, było mi to wszystko całkowicie obojętne. Czy wygramy, czy nie – wszystko jedno. Byłam tam jedynie dlatego, że dziewczyny mnie potrzebowały i nie chciałam ich zawieść. To też mi zresztą pomogło, że czułam się potrzebna, ale jednocześnie się bałam, bo ja nigdy taka nie byłam, jeśli chodzi o starty. Choćby nie wiadomo co się działo to ja zawsze byłam naładowana adrenaliną, że idziemy i walczymy, a tu nic. To nie byłam ja. Było mi ciężko, chciałam zmienić swoje nastawienie, ale w tamtym momencie nie umiałam. Na szczęście na kolejnych zawodach było już lepiej. Miałam też szczęście do specjalistów, którzy pomogli mi przejść przez ten okres i zdobyć medal olimpijski.

Ten medal to pierwsza rzecz, która mi przyszła do głowy po tym, jak ogłosiłaś, że te miesiące przed Tokio walczyłaś z tak poważną chorobą. Jakim cudem, ze świeżo stwierdzoną depresją, zdobywa się medal olimpijski?

Wiesz co… Nawet nie wiem. Startowałam na lekach i zresztą nadal je biorę, a w dodatku jestem w kontakcie z moim psychiatrą, który nawet jak ja się nie odezwę, to on sam się odezwie. Dopiero potem sobie uświadomiłam, jakie miałam szczęście. Mojego lekarza wyszukałam w Internecie i od razu trafiłam, kiedy niektórzy muszą miesiącami czy latami nie tylko wybierać odpowiedniego specjalistę, ale i dobierać leki. A tu los tak chciał, że trafiłam od razu i on jeszcze idealnie dobrał mi leki, bo przecież z jednej strony ja startując potrzebuję tej adrenaliny, nakręcenia i obudzenia w sobie drapieżnika tuż przed startem, a z drugiej potrzebowałam mocnego uspokojenia w życiu poza łódką. Nic, tylko się cieszyć, że mamy w Polsce takich specjalistów.

Kiedy czytałem jak opowiadasz o tych wszystkich problemach, przypomniałem sobie, że właśnie dokładnie w tamtym momencie robiłem z tobą wywiad…

Tak! Na obozie w Zakopanem.

I w życiu nie powiedziałbym, że gdzieś tam z tyłu zmagasz się z tym wszystkim. Jak sobie z tym radziłaś, kiedy jeszcze nie pokazywałaś tego na zewnątrz, a jednocześnie była presja igrzysk, był wysiłek zgrupowania i kilka innych rzeczy?

Trening mnie ratował. Wsiadałam do łódki i jedyne, o czym myślałam, to żeby wykonywać dobre ruchy wiosłami. Uwielbiałam wtedy te treningi, bo moja głowa była skupiona na zadaniu i nie myślałam o niczym innym. Najgorzej było w pokoju – to były najgorsze chwile w moim życiu. Znienawidziłam ten pokój w Wałczu i cały wolny czas spędzałam nad jeziorem, byle tylko tam nie wracać. Z tobą rozmawiałam w Zakopanem, więc tam już było trochę lepiej. To było po zawodach w Sabaudii, gdzie miałyśmy medal, więc pojawiła się w mojej głowie szansa, że może to dokądś zmierza. Ale pamiętam, że wtedy byłam też bardzo zmęczona, bo byłyśmy po szczepionce i jednocześnie jeździłyśmy takie trasy na rowerach, że mój organizm odmawiał posłuszeństwa ale byłam przyzwyczajona, że na tym polega obóz w Zakopanem i trzeba było zacisnąć zęby.

A czemu nie było po mnie widać? Tak jak powiedziałam wcześniej, cel uświęca środki. Nie chciałam innych obarczać swoimi problemami przed igrzyskami. Wiedział tak naprawdę Maciek i moi rodzice, a i im nie było łatwo powiedzieć, bo nie rozmawialiśmy zazwyczaj o takich sprawach. W dodatku mama od razu zaczęła mówić, że nie powinnam brać takich leków i jeszcze mnie bardziej zestresowała, więc musiał ją Maciek przekonać, że to decyzja specjalisty i z nią nie ma dyskusji. Wiem, że chciała dobrze, ale tak to jest z tym starszym pokoleniem. W ich czasach depresja to był wstyd, więc jeszcze nie do końca wszystko rozumieją. Cieszę się, że to się teraz zmienia, ale i tak mamy nadal bardzo daleką drogę do przejścia. Nawet ja sama zbierałam się cztery dni, żeby wziąć tabletkę, a jak ją wzięłam to nie mogłam spać, bo myślałam, że zaraz stanie mi się nie wiadomo co.

Po zawodach w Lucernie wiedziała jeszcze Maria Sajdak. Wtedy usiadłyśmy, powiedziałam jej i jeszcze mi się dostało, że nie powiedziałam wcześniej, ale ja nie chciałam obarczać załogi. Sama miałam już wtedy duży bagaż i gdybym go przerzuciła na resztę zespołu, to nie wiem, czy byśmy to wspólnie dociągnęły. Uznałam, że dziewczyny nie powinny myśleć w łódce, że „a ta to się musi zmagać z tym problemem, a ta z tym”, bo miały myśleć o czymś kompletnie innym. Miałam Maćka i swojego pana doktora i stwierdziłam, że to wystarczy. Szkoda, że ten kontakt z trenerem nie był już wtedy dobry, ponieważ w takich sytuacjach mogłoby to pomóc. Trener też jest swego rodzaju wsparciem, jeśli jest dobry kontakt między nim, a zawodnikiem. No ale wiadomo, że ja już wtedy nie miałam aż takiego zaufania. Za to świetnie zareagował dyrektor sportowy, do którego wtedy zadzwoniłam i poprosiłam, żeby przyjechał mój mąż, bo już nie wytrzymam. Mimo tego że z powodu epidemii były ograniczenia, to się zgodził, bo chyba wyczuł, że jest naprawdę źle.

Igrzyska olimpijskie Tokio - wioślarstwo. Agnieszka Kobus-Zawojska, Marta Wieliczko, Maria Sajdak, Katarzyna Zillmann
Fot. Julian Finney/Getty Images

Po tym wszystkim – po depresji, po sytuacji z trenerem, po całym sezonie problemów – wpływacie na metę w Tokio jako srebrne medalistki olimpijskie i… co się pojawia w głowie? Poza oczywiście potrzebą odpoczynku.

Na pewno wielka radość, bo bardzo długo się tego nie spodziewałam. I patrząc na te wszystkie miesiące i problemy, uświadomiłam sobie jeszcze bardziej, że w sporcie naprawdę nie liczy się tylko fizyczność. Ja mam dwa medale olimpijskie i kilkanaście medali mistrzostw świata i Europy, a do Tokio nadal miałam wątpliwości, czy jestem dobrą wioślarką. Przepłynęłam metę w Tokio i pomyślałam: „No dobra, chyba faktycznie jestem niezła”. Ale to też oczywiście wynika z tego, że gdzieś tam zawsze ktoś we mnie wątpił i mimo wszystko mówił, że się nie nadaję. Na pewno wpłynęło to bardzo na moją samoocenę i pomogło mi mentalnie. Pomyślałam, że właśnie zamknął się rozdział i projekt dobiegł końca.

Czy z perspektywy czasu jest ci lżej po tym, jak powiedziałaś o tych wszystkich problemach publicznie?

Generalnie uważam, że o rzeczach ważnych trzeba mówić. Tak jak byłam krytykowana, że przyjęłam do domu Ołenę, to na początku odpisywałam na te komentarze, ale też mi Maciek zwrócił uwagę, że po co ja w ogóle tracę energię na tych ludzi. Tutaj stwierdziłam, że trzeba o tym mówić i uświadamiać, że się da i że można. Potem zresztą rozmawiasz w swoim otoczeniu i widzisz, że prawie każdy ma tego typu problemy. Może nie każdy ma depresję, ale stany lękowe czy inne sprawy, bo świat tak teraz pędzi. Jak mówimy o tym to jest nam raźniej – takie jest moje zdanie. Poza tym dostałam dużo feedbacku od innych, nawet od młodych dziewczynek. Jeśli choć jedna osoba czytając moją historię zwróci się po pomoc, to wygraliśmy, po prostu. Chcę też odczarować trenerów w Polsce. Kiedyś usłyszałam, że jak ktoś potrzebuje psychologa, to nie nadaje się do wioślarstwa, bo to jest sport dla twardzieli. No i po prostu odczarujmy te słowa.

I to dotyczy wszystkich dyscyplin, bo niestety wszędzie są tacy trenerzy i stawiam, że w każdym sporcie na niższym lub wyższym poziomie się takie słowa pojawiają.

Dokładnie tak, dlatego trzeba obalić ten mit. Sportowiec często potrzebuje psychologa, czasem psychiatry. Wiele osób się dziwi, że mogłam startować na lekach, ale ja nie mogłam – ja musiałam. Musiałam, bo inaczej nie dojechałabym na te igrzyska, a teraz z bólem serca mogę nawet powiedzieć, że w pewnym momencie nie chciałam na nie jechać. Ciężko się to mówi, jestem w miarę szczęśliwą osobą i mam teraz ten medal i myślę sobie: „Jak można było nie chcieć jechać?”, ale dokładnie tak było. Pisałam pamiętnik, żeby zająć czymkolwiek myśli i tam cały czas było o tym, że chcę wracać. W dodatku akurat nagrywałyśmy reklamę dla naszego partnera i ciągle musiałam się uśmiechać, a to wyczerpujące w takiej sytuacji. Na szczęście jestem chyba dobrą aktorką i panie pracujące przy tym powiedziały, że nic nie było widać. Wielu sportowców, i to aktywnych, ma ten problem, bo to jest naprawdę bardzo duża presja. Nie powiem – warto to wszystko robić dla tych chwil radości, ale obciążenia są ogromne i warto sięgnąć po pomoc.

*****

Masz odpoczynek, przy czym w twoim przypadku tym odpoczynkiem są inne rodzaje wioślarstwa. Jakie są w takim razie dalsze wioślarskie plany?

Pojedziemy na mistrzostwa Irlandii w wioślarstwie morskim. Dostaliśmy taką propozycję, żeby się sprawdzić z najlepszymi, którzy mają w tym doświadczenie. Później chcemy pojechać na mistrzostwa Europy i świata. Tam będą dwie konkurencje – wyścig długodystansowy i sprint. Sprint jest fajniejszy i będzie olimpijski, ale do tego musi nas zgłosić Polski Związek Towarzystw Wioślarskich, a jeszcze nie wiemy, jak to będzie wyglądało. Mam nadzieję, że PZTW nam pomoże, ale tak jak mówiłam, mamy plan B, na pewno wystartujemy w tym długodystansowym.

Nie da się ukryć, że w tej dyscyplinie jesteście w Polsce pionierami.

No na to wygląda i też tak uważam. Śmieję się często do Maćka, że my na razie na ten temat wiemy w Polsce najwięcej, bo mamy najwięcej doświadczenia w startach, największe kontakty i największe zainteresowanie tematem. Potrafiliśmy wygrywać z Irlandczykami, ale to wszystko jednorazowe, bo na dłuższą metę potrzeba systemu. Najlepsi aktualnie są Hiszpanie i jeśli oni mają w tej konkurencji dziesięcioletni system, to już na starcie mają nad nami przewagę. Chciałabym zdobyć medal na tych mistrzostwach, ale tak jak mówię, jesteśmy trochę do tyłu. W Polsce jeszcze nikt nie przywiązuje do wioślarstwa morskiego takiej uwagi i nawet jeśli ciężko trenujemy, to łatwo nie będzie.

Słuchaj, Los Angeles dopiero za sześć lat. Czasu nie brakuje.

A my nawet kiedyś tam byliśmy, więc plażę już znamy! (śmiech) Jakby się tak potoczyło i byłaby szansa, to czemu nie, ale do tego jeszcze bardzo dużo czasu. Za to chciałabym kiedyś zrobić zawody w Polsce, żeby ludzie zobaczyli, jak to wygląda. Bo o ile w tradycyjnym wioślarstwie na jeziorze trening może być czasem trochę nużący, o tyle tu jeszcze mi się nie zdarzyło. Są fale, jest nieprzewidywalne morze - zawsze coś się dzieje. Nie ukrywam, że marzą mi się takie zawody w Polsce.

Po igrzyskach w Tokio rozmawialiśmy, że grono multimedalistów olimpijskich jest w Polsce niewielkie, a co dopiero, gdybyś dorzuciła do tego występ w innej dyscyplinie.

Byłoby na pewno fajnie, ale konkurencja rośnie. Widziałam, że i inni medaliści olimpijscy szykują się już do startów w tym roku, więc szykuje się poważne ściganie.

*****

Śledzisz w ogóle aktualne wyniki reprezentacyjnego wioślarstwa i naszej kadry?

Tak, tak, oczywiście, że śledzę, co się dzieje. Co prawda nie zawsze mam czas np. obejrzeć cały Puchar Świata, ale wyniki sprawdzam, bo jestem tego ciekawa i po prostu się tym interesuję, zresztą tak, jak innymi sportami.

I jak oceniasz chociażby najbliższą tobie czwórkę podwójną? Ciebie i Marię Sajdak zastąpiły Joanna Dittmann i Katarzyna Boruch, są też oczywiście medalistki z Tokio Katarzyna Zillmann i Marta Wieliczko. Łódka na razie nie pływa tak szybko, jak z wami – czy z twojej perspektywy to kwestia zgrania i początku wspólnego pływania? Bo widziałem już kilka zaniepokojonych głosów, że ta czwórka nie pływa tak, jak powinna.

Nie jest idealnie, ponieważ ja wychodzę z założenia, że czasem powinno to wszystko zaskoczyć niemal od razu, tak jak nam po igrzyskach w Rio – wsiadły do mnie i do Marii Kasia i Marta i od razu to się jakoś rozkręciło. W wioślarstwie trzeba trafić na odpowiednich ludzi i mam nadzieję, że dziewczyny się jeszcze rozkręcą. Też nie da się ukryć, że trener po Rio miał łatwiejsze zadanie, bo wcześniejszym trenerem był trener Witkowski, który stworzył kobiece wioślarstwo w Polsce i miał bardzo dużą grupę, bazującą nie tylko na seniorach, ale też na młodzieżówce.

Teraz w zasadzie w tej grupie są raptem cztery seniorki i to jest trochę problem. Mówi się o naszym medalu, bo my w zasadzie na każdych igrzyskach udowadniamy swoje, ale jakby tak to prześledzić to w Pekinie mieliśmy jeden finał – Julię Michalską w jedynce, trenowaną przez Witkowskiego. W Londynie dwie osady i jeden medal, w Rio trzy osady i dwa medale, wszystko od Witkowskiego. A w Tokio tylko nasz medal, przy czym dwójka podwójna nawet nie podeszła do kwalifikacji, a były dziewczyny, które trenowały. Ja się boję, że ta grupa się mocno zmniejszyła, a ja po sobie wiem, o ile lepiej trenuje się w sporej grupie. Wiem też, że dziewczyny (nowa czwórka - przyp. JK) są naprawdę mocne i powinny pływać lepiej. Może trzeba to jakoś inaczej poukładać, bo patrząc na warunki to może być czołowa łódka świata i one mogą pływać szybko.

Czy to mogą być rzeczy pokroju chociażby ustawienia kolejności w łódce?

Nie do końca. W tej naszej medalowej łódce inne ustawienie skutkowałoby różnicą… nie wiem, maksymalnie sekundy? Patrząc na wyniki z Tokio nawet nie zmieniłoby to naszej pozycji. Oczywiście liczy się to, co powie trener i nie ma nawet co dyskutować. Mam nadzieję, że poukłada dziewczyny, bo stać je na naprawdę sporo. W ogóle według mnie powinien być u nas większy nacisk na szkolenie kobiet, który był wcześniej i nie wiem, czemu zniknął. Przed Rio nasza czwórka powstała z rywalizacji. Kobiece wioślarstwo zaczęło się od jednej „jedynkarki”, a skończyło na medalowych czwórkach czy złotym „deblu”. Gdzieś tam ta myśl szkoleniowa się zmieniła - teraz jakby jedna z dziewczyn złapała kontuzję, to nie ma ciągłości, bo nie ma komu do tej czwórki wskoczyć. Za to panowie poszli teraz w drugim kierunku.

Miałem o to pytać. Skoro u pań jest w zasadzie mała grupa bez większej rotacji, to panowie są na drugim biegunie. Powstała dwójka Fabian Barański/Mirosław Ziętarski, która w Pucharze Świata zajęła drugie miejsce tuż za braćmi Sinkoviciami, legendami dwójek i dwukrotnymi mistrzami olimpijskimi. Potem Barański i Ziętarski są wrzuceni do czwórki i wygrywają z kolegami Puchar Świata. I mamy dyskusję, co z tego robić, dwójkę czy czwórkę?

Ja bym poszła w czwórkę. Bracia Sinković są z innej planety i wątpię, że ktoś będzie w stanie ich dogonić, za to ta czwórka ma naprawdę bardzo duży potencjał. Mirek Ziętarski z Mateuszem Biskupem (nasza dwójka na Tokio – przyp. JK) są bardzo mocni fizycznie. Jest Dominik Czaja, który uważam, że jest jednym z najlepszych technicznie wioślarzy. Jest oczywiście Fabian, są też Szymon Pośnik z bardzo młodym Piotrem Płomińskim, którzy pływają dwójkę, ale w razie czego są w stanie kogoś zastąpić. A i można nad tą dwójką popracować, żeby dobrze pływała. Tam jest teraz mocna i napędzająca się grupa. Z jednej strony już wcześniej taka była, ale też z drugiej na docelowych imprezach nie zawsze to wychodziło.

W Tokio była ta właśnie kwestia, że siły podzieliły się na dwie osady. Biskup i Ziętarski byli w dwójce, a czwórkę z Barańskim, Czają i Pośnikiem tworzył jeszcze Wiktor Chabel. Były dzięki temu dobre wyniki, ale nie było medalu.

No dokładnie tak, dlatego ja bym wszystkie siły włożyła w czwórkę, ale to oczywiście trener o wszystkim zdecyduje. Mają mądrego i doświadczonego, więc na pewno będą dobrze ustawieni. I myślę, że jak będą się nadal tak rozwijać, to możemy usłyszeć w tym roku Mazurka Dąbrowskiego na mistrzostwach świata.

I w Paryżu?

Aż tak daleko bym nie wybiegała, ale jak najbardziej mogą dociągnąć tym składem do igrzysk.

Hipotetyczna sytuacja – wracasz do olimpijskiego wioślarstwa. Czy to jest już tyle lat pływania w czwórce, że do innej osady byś nie wróciła, czy jest np. opcja dwójki z powracającą Marią Sajdak albo kimkolwiek innym?

Na jedynce na pewno nie, bo tam pływają cyborgi pokroju Sinkoviciów. Z dziewczyn to chyba tylko Marta Wieliczko byłaby w stanie spróbować, a też nie wiem, z jakim skutkiem. A co do dwójki to nie wiem - był taki sezon, kiedy na obozach pływałyśmy w dwójkach i z kim bym nie wsiadła, to szło to nawet dobrze. To było jakiś czas temu, ale gdyby to tak ładnie szło, to czemu nie. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że ja już naprawdę mam dużo i teraz mogę robić, co chcę i wszystko, co ponadto, to bardzo dobry dodatek. Więc czemu nie, ale muszą to być dwie osoby, które się ze sobą zgrają.

Jak to jest odczuwać właśnie takie lżejsze podejście, kiedy tyle lat goniło się za konkretnymi celami, za igrzyskami?

Na pewno nie jest łatwo. Obawiam się, że ja teraz tak mówię, a za kilka dni się z tym nie zgodzę i będę sobie to musiała przypominać, bo nie jest łatwo zmienić podejście. Nawet miałam taką sytuację w Henley – mieszkaliśmy u dwukrotnej medalistki olimpijskiej, co zresztą załatwiła nam Julia Michalska i jak się dowiedziałam, to mówię „wow, będziemy mieszkać u dwukrotnej olimpijki!”. A Maciek się tylko na mnie spojrzał: „Aga, przecież ty też jesteś olimpijką, a nawet dwukrotną medalistką olimpijską” (śmiech). Ja o tym zapominam, trzeba mi to czasem pokazać palcem.

To też wynika z tego, że przez te lata nie wierzyłam aż tak bardzo w swoje możliwości i ciągle ktoś we mnie wątpił. Nawet kiedyś jakiś pan od biomechaniki wioślarskiej powiedział, że nie ma opcji, żeby czwórka pływała ze mną w składzie i może też przez to niektórzy trenerzy na mnie krzywo patrzyli. Takie komentarze zawsze podcinają skrzydła. To jak z komentarzami w Internecie – niby wiesz, że nie powinno się słuchać i czytać, ale zawsze gdzieś zerkniesz i to też na ciebie może wpłynąć. Kryzys miałam też po igrzyskach w Londynie, kiedy trener Witkowski nie wybrał mnie do składu. Obraziłam się i na niego, i na wioślarstwo, i na wszystko, ale potem zacisnęłam zęby i zaczęłam wygrywać z tymi teoretycznie mocniejszymi dziewczynami z kadry. Ale tak już mam. Czasem potrafię wrócić do domu i powiedzieć do męża, że nic mi się nie udaje.

A na ścianie dwa medale olimpijskie.

No tak, ale już tak mam. Chyba taka praca (śmiech).

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Uniwersalny jak scyzoryk. MMA, sporty amerykańskie, tenis, lekkoatletyka - to wszystko (i wiele więcej) nie sprawia mu kłopotów. Pisze dla newonce.sport, a w newonce.radio odwiedza audycję NFL Po Godzinach.
Komentarze 0