„Mandalorian” to dowód, że Star Warsy dalej grzeją

Zobacz również:8 faktów o „Gwiezdnych Wojnach”, których możecie nie znać
Mandalorian Pedro Pascal Disney+ Lucasarts
fot. Disney+

Trudno omawiać kształt trzeciego sezonu Mandalorianina, kiedy jesteśmy dopiero po pierwszym odcinku, ale niewiele wskazuje na to, że twórcy zawrócą z raz obranej drogi.

Absolutnie się nie dziwię. Mandalorian jest w tej chwili, według ogromnej rzeszy fanów, marką i gwarancją jakości spinającą uniwersum Star Warsów, jest też kurą znoszącą złote jaja i maszynką do produkcji pieniędzy. Mówiąc najprościej, serial zdaje się godzić różne strony toczące zażartą dyskusję na temat tego, w jakim kierunku powinno się dążyć, by Disney postawił z powrotem na nogi dziedzictwo George’a Lucasa.

Droga do jego wskrzeszenia była wyboista. Kolejnym próbom towarzyszył niewątpliwy kryzys. Trylogia sequeli, zapoczątkowana i domknięta przez J.J. Abramsa, dobrze się rozpoczęła, ale przeważyło myślenie korporacyjne. Skończyło się na całkiem sprawnie opowiedzianym, ale trzymającym się utartych ram narracyjnych i odgrzewanych kawałków produkcie, który miał nie narazić studia na konflikt z purystami i ortodoksyjnymi fanami. Małe odstępstwa od tzw. żelaznego kanonu i odrobina ryzyka, miały pojawić się w serii filmowych spin-offów, choć i tu sukces jest co najwyżej połowiczny. Dostaliśmy świetne Rogue One i mniej udanego, wręcz przeciętnego Hana Solo. Był to niewątpliwy problem kryzysu zaufania. Zaczęło się mówić, że Star Warsy nikogo już ani ziębią, ani grzeją.

U Greków Odyseusz wyrusza w podróż. U Amerykanów – jeżeli przygody, to na Dzikim Zachodzie… A ostatnim miejscem, leżącym „gdzieś hen, za górami, za lasami” jest przestrzeń kosmiczna.

George Lucas

W 2019 r. powstał tytuł przełomowy dla Disney’a, czyli Mandalorian, pierwszy aktorski serial osadzony w świecie SW. I ten pomysł zażarł, natychmiast podbił serca publiczności. Badając ten fenomen liczni recenzenci posunęli się do twierdzenia, że u podstaw serii leży idea powrotu do korzeni. Lucas nigdy nie krył się ze swoimi inspiracjami. Sam mówił, że pracując nad scenariuszem Star Warsów studiował filmy dla dzieci. Przyglądał się, jak są one skonstruowane, na jakiej zasadzie działają w nich mity. Bardzo wnikliwie obserwowałem, które elementy z gatunku baśni sprawiają, że film jest udany. Stwierdziłem, że baśń zawsze dzieje się za górami, za lasami, w jakichś odległych stronach. U Greków Odyseusz wyrusza w podróż. U Amerykanów – jeżeli przygody, to na Dzikim Zachodzie… A ostatnim miejscem, leżącym „gdzieś hen, za górami, za lasami” jest przestrzeń kosmiczna.

Mandalorianin czerpie oczywiście z tych źródeł garściami. Jon Favreau, twórca serialu, powtarza, że chciał pokazać, czym Star Warsy miały być na początku. Lucas nazywał pomysł na gwiezdnowojenną sagę pomieszaniem z poplątaniem – włożył do jednego worka elementy zaczerpnięte z baśni, kina przygodowego w stylu Siódmej podróży Sindbada, samurajskich filmów Kurosawy i westernów Johna Forda, tworząc iście postmodernistyczną zbitkę. Favreau robi mniej więcej to samo, dorzucając do tej puli coś od siebie. Jako jeden z punktów odniesienia podaje również klasyczną mangę Samotny wilk i szczenię stworzoną przez duet Kazuo Koike i Gōseki Kojima. Nie trzeba chyba wyjaśniać, że w przypadku serialu tym tytułowym samotnikiem jest Din Djarin aka Mando – galaktyczny łowca nagród.

FDY-FF-000221.jpg
Mandalorian

Koncept stojący za komiksem Koike i Kojimy był dosyć prosty: w centrum miały stać dwie tytułowe postaci, to one miały wprawiać w ruch historię, to na ich relacji położony był cały ciężar. Ponadto każdy epizod miał opowiadać o jednej przygodzie z ich wspólnej podróży. Mandalorian wygląda podobnie, wykorzystuje ten sam oldschoolowy patent – co tydzień mamy do czynienia z osobną przygodą, która w pewnym sensie stanowi zamkniętą całość. Cały pomysł fabularny polega w zasadzie na tym, że samotny najemnik podróżuje z jednego miejsca do drugiego, przyjmuje i wykonuje kolejne zadania, z czasem zdobywając nowe wyposażenie. Ten sposób opowiadania przywodzi niektórym na myśl mechanikę gier wideo, i słusznie, choć można mieć z tą opowieścią pewien problem.

Dobra gra to bowiem równowaga pomiędzy mocnym głównym wątkiem a najrozmaitszymi side-questami, a więc pobocznymi zadaniami, które przede wszystkim wnoszą detale do świata przedstawionego. W wypadku Mandalorianina te proporcje są zaburzone. Favreau nie dba o wiodący wątek, można czekać tygodniami, a ten i tak stoi w miejscu. Zamiast posuwać akcję do przodu, kluczy, zbacza w dygresję i zdarzenia poboczne. Jakiś czas temu powiedział, że nie ma pomysłu na finał serialu i może tę przygodę ciągnąć w nieskończoność.

Swoją drogą, takie wrażenie można odnieść, gdy patrzy się na początek trzeciego sezonu. Trudno jest napisać cokolwiek poza tym, że wszystko zostało po staremu, twórcy trzymają się wytycznych, nie wprowadzają do sprawdzonej formuły szczypty awangardowego zamętu. Mando wraz z Grogu (czyt. Baby Yodą) przylatuje na kolejną planetę, zabija kolejnego potwora i przyjmuje kolejne zadanie – ma udać się na Mandalore, ojczyzny Mandalorian, i przejść próbę, która pozwoli mu ocalić reputację i zmyć plamę na honorze. W międzyczasie odwiedza dawnych znajomych, naraża się galaktycznym piratom, toczy walki na lądzie i w powietrzu, które mają, w trybie przyspieszonym, zawiązać akcję. Krótko mówiąc, Favreau uruchamia na raz wiele wątków i motywów, które zapewne pojawią się w kolejnych odcinkach. Najciekawszych z nich wydaje się ten dotyczący pochodzenia Djarina i majacząca na horyzoncie perspektywa wojny o zjednoczenie skłóconych Madnalorianinów.

Tę historię można faktycznie ciągnąć w nieskończoność, zresztą należy pamiętać, że seria jest pomyślana jako inwestycja i produkt. Lucas w takich kategoriach myślał zresztą od samego początku. Mówił o tym, że podczas pisania scenariusza Nowej nadziei, miał już przed oczami kubki z R2-D2 i małe nakręcane roboty. Na wczesnym etapie opowiadał o sumie, jaką ma szansę zgarnąć na handlu towarami licencjonowanymi. Chwalił się, tu cytat, że zarobi na zabawkach pięć razy tyle co w tym czasie zarobił Francis Ford Coppola. I wcale nie będzie musiał być twórcą Ojca Chrzestnego. Disney wychodzi z podobnego założenia – postać Grogu, nazywana Baby Yodą, jest maskotką i ozdobą nowego uniwersum SW, ale też gadżetem, na którym można robić furę pieniędzy. Praca nad powołaniem do życia Baby Yody na planie miała kosztować 5 milionów dolarów, ale w przyszłości inwestycja ma zwrócić się z gigantyczną nawiązką.

Jest jedna rzecz, która w kontekście tego serialu się zmieniła – chodzi o status Pedro Pascala, którego kariera w tym momencie orbituje już w zupełnie innej galaktyce. Disney nie spieszył się z odpowiedzią na pytanie, kto kryje się pod mandaloriańskim hełmem i przez długi czas nie pokazywał twarzy bohatera, ten jednak ostatecznie kilkukrotnie łamie jedną z głównych zasad kodeksu swojego plemienia. Eksponowanie aktora jest dzisiaj pożądane w kampaniach, może bardziej niż kiedykolwiek, biorąc pod uwagę, równoległy sukces serialu The Last of Us. Uderza zresztą podobieństwo między postaciami kreowanymi przez Pascala – zarówno Mando, jak i Joel spotykają na swojej drodze cudowne dziecko, które przyrzekają chronić i w przypadku obu odzywa się instynkt ojcowski.

Nie ma wątpliwości, co do tego, że Mando i Grogu to aktualnie najbardziej rozczulający duet w świecie SW, powstaje jednak pytanie, na jak długo starczy tego paliwa. Trzeci sezon Mandalorianina wchodzi też na ekrany w nowej epoce, której symbolicznym otwarciem stał się Andor, będący wszak odwrotnością serialu Favreau. W przypadku Andora otrzymaliśmy dowód na to, że w obrębie Star Warsów można jeszcze stworzyć spójną i wielowątkową opowieść, w którym gra idzie o dużą, jasno zdefiniowaną stawkę. Na tym tle wyraźnie widać, że Mandalorianin jest rzeczą z kategorii rozwleczonych, raczej dramaturgicznie niezbornych, które można oglądać do obiadu, będąc wolnym od większych oczekiwań. Nie ma co się czarować, to sympatyczna i niezobowiązująca rozrywka na wieczór, nic więcej się za tym nie kryje i może nic więcej nie potrzeba. Trafnie na łamach Dwutygodnika ujął to swego czasu Darek Arest: Gwiezdne wojny to bajka fantasy ze smokami, rycerzami, księżniczkami, zamkami i złymi imperatorami – tyle że umieszczona na tle „kosmicznej” scenerii. Tylko tyle i aż tyle.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Mateusz Demski – dziennikarz, krytyk, bywalec festiwali filmowych. Pisze dużo o kinie na papierze i w sieci, m.in. dla „Przekroju”, „Przeglądu”, „Czasu Kultury” i NOIZZ.pl. Ma na koncie masę wywiadów, w tym z Bong Joon-ho, Kristen Stewart, Gasparem Noé i swoją babcią.
Komentarze 0