Matchplan zamiast filozofii. Dlaczego od trenerów trzeba wymagać elastyczności

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Raków Częstochowa
Łukasz Laskowski/Pressfocus

Na pytanie, czy chciałby grać ofensywnie, każdy odpowie, że tak. Choć odpowiedź powinna brzmieć: "to zależy". Jeśli Marek Papszun ma być w czymś wzorem dla środowiska trenerskiego, to właśnie tym.

Największą trudnością, jaka z perspektywy polskich drużyn wiąże się z udziałem w europejskich pucharach, jest konieczność ciągłego dostosowywania się. Do rywala, warunków, nowych okoliczności. Każdy przeciwnik, każdy etap rozgrywek, wiąże się często z zupełnie nowym wyzwaniem, któremu mało kto jest w stanie sprostać. W pierwszych rundach często jeszcze jest się zdecydowanym faworytem, znacznie przewyższającym rywala umiejętnościami indywidualnymi, jak było z Lechią Gdańsk w starciach z Akademiją Pandev, czy Pogonią Szczecin z KR-em Reykjavik, a już tydzień później samemu jest się w roli tego teoretycznie słabszego, jak było z Rapidem Wiedeń czy Broendby. A zespoły grające w pucharach w lidze rzadko mają okazję znaleźć się w takim położeniu. Lech Poznań przez cały poprzedni sezon w żadnym meczu nie musiał przez większość czasu ganiać za piłką. Lecz już w eliminacjach Ligi Mistrzów musiał. I praktycznie nie miał kiedy tego przetestować. Do tego dochodzi też szereg innych okoliczności jak konieczność zorganizowania dalekiej podróży, gry w innym klimacie, na sztucznej nawierzchni albo zatrzymania nieznanej gwiazdy przeciwnika. Na większość z nich polskie kluby są zwykle nieprzygotowane. Bo na co dzień wiele z nich żyje zgodnie z głupią zasadą: "nie interesuje nas rywal, skupiamy się tylko na sobie". W lidze jeszcze może to jakoś przejść, tutaj i tak każdy doskonale zna każdego. W Europie nie przejdzie nigdy.

Przynajmniej od czasu, gdy po świecie rozprzestrzeniły się barcelońskie idee Pepa Guardioli, popularyzowane także przez reprezentację Hiszpanii, każdy trener musi mieć swoją "filozofię". Obie drużyny były na tyle silne, że w ich wypadku było to jeszcze jakoś uprawnione, bo stać je było, by z każdym grać mniej więcej tak samo, czy w meczu towarzyskim, czy w finale mistrzostw świata. Od tego czasu futbol, a wraz z nim sam Guardiola, odszedł jednak oddogmatów, a poszedł w stronę elastyczności. Guardiola i Juergen Klopp dziesięć lat temu pod względem stylu gry byli trenerami z zupełnie różnych stron barykady. Obaj jednak systematycznie implementowali najlepsze elementy nauczania wielkiego rywala i z czasem wzajemnie się do siebie upodobnili. Guardiola to już nie tylko gra tysiącem krótkich podań, a Klopp to już nie 90 minut pressingu. Obaj zachowali dawny fundament, ale obecnie nadbudowują go czym innym niż dawniej. A trenerzy trochę młodszej generacji, by wspomnieć choćby Juliana Nagelsmanna czy Thomasa Tuchela, poszli dalej w tę stronę i obaj są hybrydami różnych myśli trenerskich. Widać to nawet w języku.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.