Przewodnik po NFL. Obszerna zapowiedź sezonu 2022 i analiza drużyna po drużynie

Zobacz również:Gdy legenda szokuje cały świat sportu. Co jeszcze chce udowodnić Tom Brady?
Przewodnik po NFL 2022
Natan Sabatowicz/newonce

Odliczanie do sezonu NFL 2022 można powoli kończyć. Oczekiwanie kibiców na powrót najpopularniejszej ligi w Stanach Zjednoczonych zakończy się w nocy z czwartku na piątek (8/9 września), kiedy broniący tytułu Los Angeles Rams zmierzą się na własnym stadionie z Buffalo Bills. Tym samym rozpocznie się walka o Super Bowl LVII, które odbędzie się 12 lutego 2023 roku. Co trzeba wiedzieć przed sezonem? Na co stać każdą z drużyn? Mamy nadzieję, że jak co roku pomoże wam w tym nasz Przewodnik po NFL.

Żadna z amerykańskich lig nie każe czekać na siebie tak długo jak NFL, ale żadna później nie przynosi tak intensywnych doznań w trakcie sezonu. Nawet wydłużenie fazy zasadniczej do 17 meczów nie rozwodniło akcji, a doliczając do tego poszerzoną stawkę ekip w play-offach, liga znów odtrąbiła sukces i pochwaliła się zyskami.

Przed sezonem 2022 znów słychać, że to będzie rok, jakiego jeszcze nie było. Szczególnie, że drużyn, które mają na celowniku zdobycie Super Bowl nie brakuje, a do tego dochodzi plejada zespołów, któe wiosną starały się zmaksymalizować swoją szansę na sukcesy w przyszłych latach, obudowując swoich rozgrywających.

To ta pozycja nadal wyznacza kierunek w NFL i wkraczamy w rodzaj złotej ery. Nadal możemy cieszyć oczy grą weteranów jak Tom Brady, Aaron Rodgers czy Russell Wilson, ale z hukiem do ligi weszło młode pokolenie. Od 2017 roku pojawili się Patrick Mahomes, Lamar Jackson, Josh Allen, Deshaun Watson (mimo skandalu poza boiskiem, to nadal świetny gracz), Joe Burrow, Kyler Murray czy Justin Herbert, niewiele starszy jest Dak Prescott, a na rozkwit czeka m.in. Trevor Lawrence.

Takie bogactwo przekłada się na wysoki, wyrównany poziom i zwiększającą się atrakcyjność NFL, która buduje popularność na całym świecie. I tylko u nas nie będzie znów opcji oglądać transmisji w sezonie zasadniczym, więc z pomocą przychodzi NFL Game Pass. Ale już Super Bowl dwukrotnie z rzędu pokazała TVP Sport, a ptaszki ćwierkają, że jest szansa na większą liczbę meczów w fazie play-off...

Co trzeba wiedzieć przed sezonem 2022? Jak zwykle staramy się przeprowadzić was przez 32 drużyny NFL i przeanalizować ich sytuację przed startem rozgrywek.

Kolejność dywizji – północ, południe, wschód, zachód. Kolejność wewnątrz dywizji – alfabetyczna.

*****

KONFERENCJA AFC

Zgodnie uznawana za lepszą część ligi. W AFC można wskazać pewnie 6-7 drużyn z potencjałem na zdobycie Super Bowl i kolejne 4-5, dla których brak awansu do play-offów byłby uznawany za fatalny wynik. To w największej mierze sprawka tego, że młodzi rozgrywający, jacy w ostatnich latach podbijali NFL, w dużej części trafili do zespołów z AFC. Rywalizacja w sezonie zasadniczym i w play-offach po tej stronie drabinki powinna rozpalać emocje.

AFC NORTH

Baltimore Ravens

W poprzednim sezonie zupełnie wykoleiły ich kontuzje. Jeszcze w ostatni weekend listopada Ravens mieli bilans 8-3, by następnie przegrać sześć z rzędu meczów. Pięć z nich przegrali łączną różnicą ośmiu punktów, więc mimo ciągłych ubytków w składzie, i tak byli zespołem, z którym trudno było rywalizować, ale nie dało się awansować do play-offów, gdy nie mogą grać liderzy. W pewnym momencie nie było zdrowych biegaczy, cztery ostatnie spotkania przez uraz kostki opuścił rozgrywający Lamar Jackson, a gwiazdy pokroju Ronniego Stanleya i Marlona Humphreya wypadły w trakcie rozgrywek i już nie wróciły do gry.

Taki pech jest praktycznie nie do powtórzenia. Serwis Football Outsiders wyliczył, że Ravens 2021 byli drużyną, której zawodnicy w sumie opuścili najwięcej meczów w jednym sezonie odkąd prowadzone są pomiary. Aż 19 futbolistów skończyło sezon na liście IR, oznaczającej tych, którzy do gry już nie wrócą. To przełożyło się na zaledwie drugi raz z ujemnym bilansem za kadencji Johna Harbaugh. A nadchodzące rozgrywki będą jego piętnastym na stanowisku.

Wiosną Ravens w swoim stylu mądrze się wzmocnili. To już niemal tradycja w offseason, że chwali się ich za draft i ruchy na rynku. Para graczy z pozycji safety Marcus Williams pozyskany jako wolny agent i Kyle Hamilton z pierwszej rundy draftu powinna wzmocnić i tak silne secondary, a do tego doszły solidne nabytki jak Morgan Moses do linii ofensywnej czy Michael Pierce do liniie defensywnej. Ale i tak największymi wzmocnieniami będą ci, którzy są już zdrowi.

Historią tego sezonu będzie kwestia umowy Jacksona. Niedawny MVP ligi to unikalny rozgrywający i wbrew obiegowej opinii, nie tylko świetnie biega, ale potrafi też dobrze podawać. Wkracza w ostatni sezon debiutanckiego kontraktu i wiele wskazuje na to, że jest gotowy grać na nim do końca, postawić na siebie i mieć jak najmocniejszą kartę przetargową w negocjacjach. Pytanie tylko, jak będzie wyglądała ofensywa wokół niego. Nadal podstawą będzie gra biegowa, ale przydałoby się, by w grze podaniowej obok tight enda Marka Andrewsa pojawiła się druga mocna opcja. Tu wszystkie oczy skierowane będą na drugoroczniaka Rashoda Batemana.

Cincinnati Bengals

Sezon 2019 zakończyli z bilansem 2-14 i numerem 1 w drafcie. Sezon 2021 skończyli w Super Bowl i byli o kilka minut od triumfu, którego absolutnie nikt nie przewidział. Ostatecznie Bengals zostali wicemistrzami NFL, ale mimo niedosytu, drużynie towarzyszy niewidziany od lat optymizm. Teraz trzeba „tylko” udowodnić, że poprzedni sezon nie był przypadkiem.

Joe Burrow
Fot. Andy Lyons/Getty Images

Siłą Bengals był dynamiczny duet Joe Burrow i Ja'Marr Chase. Zrozumienie między rozgrywającym i skrzydłowym, którzy grali już razem na uczelni LSU, sprawiło, że atak ekipy z Ohio wszedł na wyższy poziom. Piętą achillesową była jednak linia ofensywna i to na jej wzmocnieniu Bengals skupili się wiosną. Może i La'el Collins, Ted Karras i Alex Cappa nie są najlepszymi blokującymi w NFL, ale są ponadprzeciętni. A ponadprzeciętność to jakieś dwie półki wyżej od tego, co prezentowała linia Bengals nawet w drodze do Super Bowl. Burrow był regularnie obijany, a mimo tego zachowywał spokój, jednak w samym finale nie było już odpowiedzi na doskonałego Aarona Donalda. Jeśli więc teraz Burrow dostanie więcej czasu, to atak z Chase'em, Tee Higginsem, Tylerem Boydem, Joe Mixonem i nowym tight endem Haydenem Hurtsem może należeć do najlepszych w lidze.

W obronie Bengals to zbiór solidnych graczy. Próżno tu szukać gwiazd, choć coraz bliżej tego statusu są Trey Hendrickson i Jessie Bates. Problem w tym, że ten drugi całe lato chciał otrzymać nową umowę, ale władze klubu nie chciały mu jej dać i wiele wskazuje na to, że nadchodzący sezon będzie jego ostatnim w Cincinnati. To duża strata, jednak Bengals muszą powoli być na nie gotowi.

Burrow niebawem będzie mógł podpisać nowy kontrakt i jeśli to zrobi, dostanie jedną z największych umów w NFL. To typowe dla ekip, które trafią na świetnego QB w drafcie i muszą go zachować – po prostu gdy przychodzi czas do związania się na dłużej, brakuje środków w salary cap na innych graczy. Burrow to jednak ten typ zawodnika, który niemal samodzielnie może odmienić wizerunek Bengals. Do tej pory zespół był pośmiewiskiem ligi, a dziś należy do kandydatów do występu w Super Bowl z konferencji AFC. Konkurencja jednak nie śpi, a kac po poażce w finale dopadał już nie takie ekipy, dlatego ta jesień będzie czasem mocnej weryfikacji.

Cleveland Browns

Przez całą wiosnę i lato za drużyną ciągnął się smród po tym, jak Browns najpierw pozyskali Deshauna Watsona, nad którym wisiał proces cywilny o molestowanie przeszło 20 masażystek, a potem wręczyli mu najwyższą umowę w NFL. W dodatku jej konstrukcja jest taka, że mimo tego, że Watson zarabia średnio 46 mln dolarów rocznie, to na sezon 2022 kwotą „bazową” jest milion, a reszta wpisana jest w bonusy. W efekcie zawieszenie na 11 meczów, jakie otrzymał Watson, uszczupli jego zarobek w tym sezonie o niecałe 650 tysięcy dolarów. 45 mln dostał w formie premie i jej liga nie może tknąć.

Sprawa Watsona pozostawia wielki niesmak i Browns wiele stracili w oczach neutralnych widzów. Zawsze byli „lovable losers”, drużyną tak słabą, że wszyscy trzymali kciuki za to, by w końcu się podnieśli. W ostatnich latach im się to udawało, wygrali nawet mecz w play-offach, aż tu nagle na własne życzenie sprowadzili na siebie kryzys wizerunkowy.

Watson, pomijając wszystkie kwestie pozaboiskowe, to czołowy rozgrywający ligi. Z nim Browns mają większe szanse na zdobycie mistrzostwa i wygląda na to, że zależy im wyłącznie na osiągnięciu tego celu. W tym sezonie to się raczej nie uda, skoro nie zagra przez 2/3 części zasadniczej, ale poza nim w Cleveland zbudowali bardzo silny skład. Defensywą dowodzi Myles Garrett, jeden z największych postrachów rozgrywających w NFL. Po drugiej stronie ustawi się Jadeveon Clowney, zawodnik, który nie spełnił oczekiwań jako dawny nr 1 draftu, ale wciąż dobry liniowy. Do tego dochodzi być może najlepsze secondary w lidze – Denzel Ward, Greedy Williams i Greg Newsome to czołowy tercet cornerbacków, a Grant Delpit, Ronnie Harrison, John Johnson i uniwersalny drugoroczniak Jeremiah Owusu-Koramoah też potrafią świetnie kryć.

W ofensywie Browns mają kilka pozycji, które mogliby jeszcze wzmocnić, szczególnie skrzydła, gdzie pojawił się wiosną Amari Cooper, ale jest za to znakomita linia i gra biegowa oparta na duecie Nick Chubb i Kareem Hunt. Jeśli zmiennik Watsona, Jacoby Brissett, zdoła wygrać większość z 11 meczów pod jego nieobecność, Browns mogą zaatakować jeszcze w tym roku. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne.

Pittsburgh Steelers

Po raz pierwszy od 2004 roku w kadrze Steelers nie ma Bena Roethlisbergera. Rozgrywający i symbol drużyny zakończył karierę i w jego miejsce pojawili się Mitch Trubisky i Kenny Pickett. Pierwszy to niewypał draftowy Chicago Bears, którzy wzięli go przed Deshaunem Watsonem i Patrickiem Mahomesem w 2017 roku, a drugi to debiutant, który na uczelni grał po sąsiedzku w barwach Pittsburgh Panthers. Pytanie brzmi więc, czy trener Mike Tomlin woli oddać początkowo stery w ręce Trubisky'ego, który chce odbudować swoją karierę w NFL, czy przyspieszyć cały proces i postawić na Picketta, skoro Steelers wybrali go w pierwszej rundzie.

Niezależnie od tego, kto będzie rozgrywającym, będzie musiał radzić sobie z bardzo słabą linią ofensywną. To największy mankament Steelers. W ataku gwiazdą ma być biegacz Najee Harris, a na skrzydłach zestaw Diontae Johnson, Chase Claypool i George Pickens to młoda mieszanka z potencjałem. Ale co, jeśli nie będzie nawet czasu, aby dostarczyć im piłkę?

To dlatego drużyną ma dowodzić obrona. Tam roi się od gwiazd. T.J. Watt już dawno wyszedł z cienia starszego brata i to on jest dziś lepszym futbolistą i corocznym kandydatem do nagrody obrońcy sezonu. Minkah Fitzpatrick przedłużył kontrakt, bo jako czołowy safety ligi po prostu na to zasłużył. Cam Hayward to doświadczony lider linii, który po cichu zbiera argumenty, by po zakończeniu kariery znaleźć się w Hall of Fame. Dodatkowo pozyskano linebackera Mylesa Jacka, który w Jacksonville parę lat temu wyglądał jak gwiazda, a potem nieco obniżył loty, ale w Pittsburghu powinien błyszczeć. Właściwie tylko do pozycji cornerbacka można mieć pewne zastrzeżenia.

T.J. Watt
Fot. Nathan Ray Seebeck/USA Today Sports/SIPA USA via PressFocus

Steelers najrzadziej wymienia się w kontekście wygrania AFC North czy w ogóle walki o awans do play-offów z tej dywizji, ale Mike Tomlin to gwarancja wysokiego poziomu. Prowadzi Steelers od 2007 roku i nigdy nie osiągnął z nimi ujemnego bilansu. Teraz po raz pierwszy w karierze ma do czynienia z debiutantem na rozegraniu i nie wiadomo, jak będzie traktował Picketta i kiedy da mu szansę, ale warto zastanowić się dwa razy, zanim ktoś skreśli Steelers i umieści ich na ostatnim miejscu w dywizji.

AFC SOUTH

Houston Texans

Deshaun Watson odszedł, stał się problemem kogoś innego, a w wymianie za niego Texans dostali potężną paczkę wyborów i może dzięki nim uda się nakreślić nowy kierunek i dokonać rewolucji. Bo w obecnym kształcie drużyna z Houston to czołowy kandydat do tego, by wiosną wybierać z numerem 1 draftu 2023.

Tu właściwie nie ma na kim zawiesić oka i dłużej się przy nim zatrzymać. Rozgrywającym będzie Davis Mills, który dobrze zaprezentował się rok temu, ale był wyborem z trzeciej rundy i „dobrze” jest tu poniekąd pojęciem względnym – raczej trzeba napisać „dobrze jak na rozgrywającego z trzeciej rundy”, bo to nie było nic szalonego. Ale przynajmniej Texans mają taniego w utrzymaniu QB i będą nim grać. W ataku wspomóc ma go doświadczony skrzydłowy Brandin Cooks i debiutant na pozycji biegacza Dameon Pierce oraz wspomagający go weterani Rex Burkhead i Marlon Mack.

Defensywa przypomina zadanie „ułóż z rozsypanki”. Wybrany wysoko w drafcie Derek Stingley ma być przyszłą gwiazdą NFL na pozycji cornerbacka, a poza nim przeciętni fan ligi rozpozna linebackera Christiana Kirkseya i liniowego Jerry'ego Hughesa. Ale to celowe podejście. Dla Texans ten sezon ma być przejściowy i nikt nie będzie się tu „napinał” na zwycięstwa. Wydaje się, że jeśli przegapicie w tym sezonie ich mecze, to nic was nie ominie.

Indianapolis Colts

Żegnamy Carsona Wentza, witamy Matta Ryana. Władze Colts były tak zniesmaczone końcówką poprzedniego sezonu, że bez żalu pożegnano się z dotychczasowym rozgrywającym. Wystarczyło w ostatniej kolejce pokonać pewnych już najgorszego bilansu w NFL Jacksonville Jaguars, ale Colts nie tylko przegrali, a jeszcze zrobili to w okropnym, demoralizującym stylu. Nie ma więc popełniającego błędy Wentza, a jest MVP ligi z sezonu 2016 Ryan, czyli jego zupełne przeciwieństwo – gracz opanowany, celnie podający i rzadko improwizujący w ofensywie.

Matt Ryan
Fot. Trevor Ruszkowski/USA Today Sports/SIPA USA via PressFocus

O Colts od lat słyszy się, że mają kadrę nawet na miarę walki o Super Bowl, ale coś ich wstrzymuje. W zeszłym roku był to Wentz, dlatego przyjściu Ryana towarzyszy tak duży optymizm. W Atlancie, którą opuszcza, zostawia zespół pełen dziur, a w Indianapolis zastanie bardzo dobrą linię, czołowego biegacza NFL Jonathana Taylora i zestaw skrzydłowych, z których musi wydobyć potencjał. Przede wszystkim jednak będzie wykonywał „łatwe” podania, których Wentz wydawał się nie widzieć. Skrzydłowy Michael Pittman i biegacz Nyheim Hines, który lubi łapać piłki, już zacierają ręce.

Obrona straciła swojego koordynatora. Matt Eberflus objął stanowisko trenera głównego w Chicago Bears i zastąpi go doświadczony Gus Bradley. Bazował będzie na mocnej linii z DeForestem Bucknerem i nowym nabytkiem Yannickiem Ngakoue, za którym pole czyści jeden z najlepszych linebackerów ligi Shaq Leonard – do niedawna Darius, ale lider obrony Colts poprosił, by zwracać się do niego drugim imieniem, Shaquille, którego używa na co dzień. Para cornerbacków Kenny Moore i Stephon Gilmore też może należeć do czołówki NFL, a już na pewno, jeśli ten drugi nawiąże do formy z sezonu 2019, gdy był obrońcą roku w lidze.

Od Colts wymagać się będzie awansu do play-offów, a tam najlepiej byłoby wygrać choć jeden mecz. W XXI wieku niewiele ekip ma lepszy bilans od nich, ale odniosła tylko jedno zwycięstwo w postseason w ciągu ostatnich siedmiu lat. Ryan był już kiedyś w Super Bowl i o tym marzy szef klubu Jim Irsay, jednak w napakowanej AFC Colts mogą mieć za mało atutów na aż taki sukces.

Jacksonville Jaguars

Amerykanie mają określenie „addition by substraction” – luźno tłumacząc, dodatek poprzez ubytek. To określenie idealnie pasuje do sytuacji na ławce trenerskiej Jaguars. Urban Meyer został zwolniony pod koniec jedynego sezonu pracy w NFL w oparach konfliktów i absurdów, a w jego miejsce zatrudniono Douga Pedersona, który odpoczywał po zwolnieniu z Philadelphia Eagles i po roku wraca na karuzelę.

Pederson ma kilka atutów. Wygrał już Super Bowl, zna się na ofensywie i... nie nazywa się Urban Meyer. To wszystko ma spore znaczenie. Obejmuje młody zespół z Trevorem Lawrence'em na rozegraniu i dopiero teraz można mieć nadzieję na prawdziwy rozwój tego zawodnika. Zmieni się system gry w ataku, tradycyjnie też w Jacksonville pojawiło się wielu wolnych agentów, którym zapłacono niemałe pieniądze, ale Lawrence obudowany takimi graczami jak Christian Kirk, Marvin Jones, Evan Engram i duet biegaczy James Robinson oraz wracający do zdrowia Travis Etienne powinien zrobić krok w przód. Szczególnie, że wzmocniono też środek linii ofensywnej, m.in. Brandonem Scherffem, czołowym guardem NFL, który jednak za często ma problemy zdrowotne.

W obronie jest kilka nazwisk z potencjałem, na których można budować ciekawą formację. Josh Allen i wybrany w tym roku z numerem 1 w drafcie Travon Walker mają siać popłoch ze skrajów linii i naciskać rozgrywających rywali. Devin Lloyd i Foye Oluokun pozyskani zostali kolejno poprzez draft i rynek wolnych agentów i będą patrolować środek jako duet linebackerów. Ciekawie może wyglądać też tercet cornerbacków wzmocniony nabytkiem Dariousa Williamsa, świeżo upieczonego zdobywcy Super Bowl z Los Angeles Rams.

Na co stać Jaguars Pedersona? Bilans w okolicach 7-10 będzie uznawany za naprawdę dobry wynik. Ale jeśli kilka rzeczy w szybki sposób ułoży się po myśli tego zespołu, stać ich na niespodziankę. AFC South to najsłabsza dywizja w konferencji i bilans rzędu 9-8 może wystarczyć do jej wygrania. Tylko czy to nie są jak na razie zbyt wysokie progi? Tak czy siak Jaguars powinni być średniakiem, który urwie parę niespodziewanych zwycięstw silniejszym od siebie z uwagi na lepszego trenera.

Tennessee Titans

Patrząc na nastroje, jakie towarzyszą Titans przed tym sezonem, aż trudno przypomnieć sobie, że mowa przecież o drużynie, która rok temu zajęła pierwsze miejsce w AFC. Łatwiej sobie za to przypomnieć porażkę z Bengals w play-offach po słabej grze rozgrywającego Ryana Tannehilla i fakt, że lider ataku Derrick Henry szybko wrócił na boisko po urazie stopy, by pomóc drużynie, co nie wyszło dobrze.

Ryan Tannehill i Derrick Henry - Tennessee Titans
Fot. George Walker IV/USA Today Sports/SIPA USA via PressFocus

Titans, podobnie jak Ravens, mieli rok temu prawdziwy szpital. Pobili rekord NFL, korzystając w trakcie sezonu z 86 zawodników – niech to świadczy o tym, jaki był tam przemiał. Trener Mike Vrabel zasłużył na duże słowa uznania, jednak teraz wielu traktuje Titans jako zespół z niższej półki niż najsilniejsze drużyny w AFC. Na to składa się m.in. oddanie skrzydłowego A.J.'a Browna do Eagles. Czy debiutant Treylon Burks i pozyskany z Rams rekonwalescent Robert Woods wystarczą do tego, by go zastąpić?

Główne pytanie dotyczy jednak Henry'ego. Przed urazem był bestią i miał do połowy sezonu tempo, które pozwoliłoby mu pobić rekord NFL w liczbie jardów. Kontuzje stopy to jednak dla futbolistów zmora i nie brakuje głosów, że na Henrym odbiły się lata częstego wykorzystywania przez Titans. Jeśli wyzdrowiał i latem solidnie odpoczął, w Tennessee nadal będą mieli zespół nieprzyjemny dla wszystkich rywali. Jeśli nie, mogą nie wejść do play-offów.

Nadzieją na podtrzymanie poziomu może być obrona. Vrabel stworzył solidną formację, gdzie na gwiazdy wyrastają safety Kevin Byard i środkowy linii defensywnej Jeffery Simmons. Gorzej, że Harold Landry, 25-letni pass-rusher, który miał przełomowy poprzedni sezon, zerwał więzadła krzyżowe i straci cały rok. Defensywa musi pomagać, bo atak raczej spuści z tonu, a Tannehill będzie na musiku i musi uważać na konkurenta. Wybrany w trzeciej rundzie Malik Willis nie jest wprawdzie traktowany jak zbawca, jednak jeżeli Tannehill będzie grał tak słabo jak w play-offach przeciwko Bengals, fani zaczną domagać się zmiany rozgrywającego.

AFC EAST

Buffalo Bills

Czy da się przegrać w bardziej łamiący serce sposób? Na 13 sekund przed końcem meczu drugiej rundy play-offów przeciwko Kansas City Chiefs Bills prowadzili różnicą jednego przyłożenia. Rywale znaleźli jednak czas na wyrównanie, doszło do dogrywki, a w niej Bills nawet nie byli przy piłce. Chiefs wygrali rzut monetą i Patrick Mahomes poprowadził serię zakończoną przyłożeniem. A według zasad NFL, przyłożenie kończy dogrywkę. Josh Allen nie mógł więc odpowiedzieć swojemu rywalowi w meczu, który przeszedł do historii ligi i to zmusiło ligę do korekty zasad dogrywki. Od teraz obie drużyny choć raz muszą być przy piłce.

Taka porażka tylko podrażniła Bills i nie dość, że to zespół głodny, to w dodatku ze wszech miar gotowy na Super Bowl. Nie ma chyba w NFL drugiej takiej kadry – jest tu czołowy rozgrywający, świetny skrzydłowy Stefon Diggs, obrona naszpikowana gwiazdami i przede wszystkim duża głębia. Na każdej pozycji Bills mają po 2-3 kompetentnych zmienników, a ich rezerwowa linia defensywna mogłaby być podstawową w pewnie 10-12 klubach NFL. Zespół opuścił ofensywny koordynator Brian Daboll, który odpowiadał w największej mierze za rozwój Allena, ale zastępuje go dotychczasowy trener rozgrywających Ken Dorsey, więc jest zachowana ciągłość. Jeśli Bills poradzą sobie z odejściem Dabolla, wszystko będzie dobrze.

NFL: Buffalo Bills - Josh Allen
Fot. Michael Reaves/Getty Images

„Dobrze” to jednak za mało. W Buffalo liczy się tylko Super Bowl. Allen to dziś gwiazda NFL i atak podaniowy z Diggsem, gwiazdą wspomnianego meczu z Chiefs Gabe'em Davisem, Isaiahem McKenziem, Jamisonem Crowderem i tight endem Dawsonem Knoxem w dowolnym meczu może zdobyć 40 punktów. Jeśli linia ofensywna utrzyma przyzwoity poziom, a debiutant James Cook dołoży inny wymiar do gry biegowej, to będziemy świadkami ofensywny kompletnej.

Obrona? Pozycja po pozycji to może być najsilniejsza tego typu formacja w lidze. Teraz jeszcze doświadczenie wniesie Von Miller świeżo po drugim w karierze Super Bowl, tym razem z Rams. Duet linebackerów Matt Milano i Tremaine Edmunds jest chyba najlepszy w NFL. Zdrowy Tre White to jeden z czołowych cornerbacków, a duet safety Micah Hyde i Jordan Poyer stać na to, by co roku był wybierany do drużyny sezonu. Naprawdę trudno dostrzec w tej defensywie słabe punkty. Do tego trener Sean McDermott dba o nią jak o własne dziecko i można być spokojny o poziom gry.

Bills przyświeca hasło „Super Bowl albo nic”. Liga też wie, co robi, umieszczając ich w meczu otwarcia na stadionie broniących tytułu Rams. Dla wielu to zapowiedź tegorocznego finału.

Miami Dolphins

Choć Tua Tagovailoa doznał kontuzji jeszcze na uczelni Alabama, to jest ona jednym z najbardziej intrygujących momentów z cyklu „co by było gdyby” w ostatnich latach w NFL. Rozgrywający był wtedy typowany do wyboru z numerem 1 w drafcie 2020 i obowiązywało hasło „Tank for Tua”. Uraz i rozwój Joe Burrowa w LSU sprawił jednak, że to nie absolwent Alabamy poszedł z jedynką, którą mieli Cincinnati Bengals, a zsunął się do piątki do Dolphins. Tyle że dwa lata później widać wyraźnie, że szóstka tamtego draftu, Justin Herbert, którego wzięli Los Angeles Chargers, ma większe papiery na granie.

Co gdyby Tua był zdrowy? Poszedłby z numerem 1 do Bengals? Czy wtedy w Dolphins grałby Burrow, czy może Herbert? Czy Bengals z Tuą stać byłoby na awans do Super Bowl, a Dolphins z którymś z pozostałej dwójki byliby dziś materiałem na mistrzostwo?

Miami Dolphins - Tua Tagovailoa i Mike McDaniel
Fot. Michael Reaves/Getty Images

To wszystko scenariusze do rozpisywania dla dziennikarzy i kibiców, bo fakty są takie, że Tua jest w Miami i trzeba z niego wydobyć to, co najlepsze. Zadbać ma o to Mike McDaniel. Młody trener „zerwał się” z drzewka Kyle'a Shanahana, którego ofensywny system jest dziś w modzie w NFL i dzięki niemu Tua ma rozwinąć skrzydła w trzecim sezonie. Pomóc ma też pozyskanie doświadczonego left tackle Terrona Armsteada oraz Tyreeka Hilla, który do pary z Jaylenem Waddlem stworzy bodaj najszybszy duet skrzydłowych w lidze.

Obrona to pozostałość po Brianie Floresie. Poprzedni trener został zwolniony w atmosferze skandalu, a na odchodne wyciągnął brudy na właściciela klubu Stephena Rossa, przez co ten został zawieszony, a Dolphins stracili przyszłoroczny wybór w pierwszej rundzie draftu. Flores pozostawił jednak po sobie skuteczny system i McDaniel nie zamierza go porzucać, dlatego jeśli atak z Tuą będzie buksował, to agresywna obrona w połączeniu z silnym secondary może być dodatkowym atutem.

W NFL A.D. 2022 wszystko jednak rozbija się o rozgrywającego. Jeśli Tagovailoa zrobi choćby krok w przód, Dolphins mogą być czarnym koniem. Jeśli nie, za rok będą mieli na tej pozycji kogoś innego.

New England Patriots

Można odnieść wrażenie, że choć liga jest już w 2022 roku, to New England Patriots tkwią w jakimś 2005. Bill Belichick ma bardzo oldschoolowe podejście do prowadzenia drużyny, co w trakcie tej przerwy między sezonami objawia się tym, że po ubytkach w sztabie trenerskim nadal nie wiadomo, kto zastąpi Josha McDanielsa w roli trenera zgłaszającego zagrywki ofensywne. Zwykle można tu Belichickowi ufać i pewnie nadal wymyśli coś, co będzie jakoś funkcjonowało, ale niecierpliwość fanów rośnie, podobnie jak obawy o to, że rozwój drugorocznego rozgrywającego Maca Jonesa przez to wszystko wyhamuje.

Jones zagrał bardzo dobrze jak na debiutanta. Pokazał, że jest życie po Tomie Bradym, choć wydaje się, że to nie jest zawodnik, który w przyszłości podbije ligę. Ot, solidny rozgrywający, ale to żaden zarzut. To jednak każe Patriots go mocno obudować, a z tym są pewne problemy. Nikt w NFL nie wydaje tak dużych pieniędzy na skrzydłowych i tight endów, ale nie ma tu gwiazd, a co najwyżej wyrobnicy. Każdy w tej grupie ma inne atuty, więc Patriots jak to Patriots – rozłożą akcenty na wiele postaci, wszystko wesprze gra biegowa i jakoś to będzie działać. O ile osłabiona linia ofensywna się nie posypie.

Spokojnym można być o obronę. Belichick potrafi stworzyć świetny system i ma tutaj kilka ważnych postaci, jak chociażby Matthew Judon, który poprzedni sezon po przyjściu do New England miał znakomity. Gorzej jest za to z ostatnią linią. Secondary straciła rok temu Stephona Gilmore'a, a teraz J.C. Jacksona i nagle Patriots już nie mają najlepszego duetu cornerbacków w lidze, tylko muszą łatać luki przeciętniakami. Wszystko mają spinać safety – doświadczony Devin McCourty, a za nim Kyle Dugger, Adrian Phillips i Jabrill Peppers to chyba najmocniej obsadzona pozycja w zespole.

Ogólnie rzecz biorąc Patriots są zlepkiem, który wyglądałby przypadkowo, gdyby nie osoba Belichicka. Najbardziej utytułowany trener w erze Super Bowl wyrobił sobie wiarygodność i nikt zdecydowanie nie skreśli jego drużyny, ale w Nowej Anglii minęły już czasy, kiedy upatrywaliśmy w tej drużynie co roku kandydata do zdobycia mistrzostwa.

New York Jets

Nowy rok, starzy Jets? Fani z zielonej części Nowego Jorku mają nadzieję, że w końcu los się odmieni, bo nikt w NFL nie czeka na awans do play-offów tak długo jak oni. Po raz ostatni grali w tej fazie w sezonie 2010 i gdy kończyli wówczas drugi z rzędu rok w finale konferencji, nikt nie przypuszczał, że nadejdzie tak długa posucha.

Jets mają bardzo trudny terminarz w pierwszej części sezonu, więc ich bilans nadal może być kiepski, ale liczyć się będą przede wszystkim dwie rzeczy. Po pierwsze to, czy Zach Wilson zrobi krok w przód w rozwoju. Po drugie to, czy defensywa przestanie należeć do najgorszych w lidze. Brzmi to jak zestaw grozy, skoro chodzi o rozgrywającego i całą formację obronną, czyli być może dwie najważniejsze składowe w drodze po ewentualne sukcesy w NFL, ale Jets stopniowo budują ciekawą drużynę.

Trener Robert Saleh i generalny menedżer Joe Douglas mają za sobą draft, po którym byli bardzo chwaleni. Wybrani w nim w pierwszej rundzie skrzydłowy Garrett Wilson, cornerback Sauce Gardner i defensywny liniowy Jermaine Johnson mogą od pierwszej kolejki być podstawowymi graczami Jets. Podobnie zresztą jak wybrany w drugiej rundzie biegacz Breece Hall. Wokół Wilsona budowana jest też coraz lepsza linia ofensywna i na skrzydłach poza Wilsonem są Corey Davis, Braxton Berrios i Elijah Moore, a do tego duet tight endów C.J. Uzomah pozyskany z Bengals i Tyler Conklin, który przyszedł z Vikings.

Drugorocznemu rozgrywającemu kończą się powoli wymówki. Wilson musi pokazać, dlaczego wybrano go z numerem 2 draftu, bo choć mało kto oczekuje od Jets play-offów czy nawet bilansu w okolicach 8 zwycięstw, to wszyscy liczą na to, że absolwent BYU zasłynie czymś więcej niż tym, że miał rzekomo zdradzać swoją dziewczynę z koleżanką... własnej matki. Na razie jednak Wilson leczy uraz kolana, jakiego nabawił się w meczu preseason i może nie zdążyć na start sezonu, a każdy stracony tydzień treningów sprawia, że wejście w nowe rozgrywki może mieć spowolnione.

AFC WEST

Denver Broncos

Odkąd Peyton Manning wzniósł w górę trofeum imienia Vince'a Lombardiego po zdobyciu mistrzostwa na koniec sezonu 2015, w Denver ani nie widzieli play-offów, ani dobrej gry rozgrywającego. Obie te rzeczy mają się zmienić wraz z przyjściem Russella Wilsona. Legenda Seattle Seahawks (nie bójmy się tego określenia) i zdobywca mistrzostwa z tą drużyną po dekadzie zmienia otoczenia i z nowymi siłami chce osiągnąć wielkie rzeczy z Broncos.

Russell Wilson - Denver Broncos
Fot. Ron Chenoy/USA Today Sports/SIPA USA via PressFocus

Tuż po tym transferze, gadające głowy w USA rozpoczęły narrację, że Wilson zastaje wszystko to, czego potrzeba do zdobycia mistrzostwa. Ale warto wstrzymać konie. Owszem, Broncos przez ostatnie lata uchodzili ze zespół z dość mocną kadrą, ale z fatalnymi rozgrywającymi, przez których nie dało się niczego osiągnąć. Ale jeśli rozejrzymy się po konferencji AFC, a nawet po samej dywizji AFC West, to zdamy sobie sprawę, że można wskazać spokojnie kilka ekip o większych szansach na tytuł.

Na pewno Wilson z miejsca poprawia grę w ataku, w którym drzemie potencjał. Skrzydłowy Tim Patrick zerwał więzadła i opuści cały sezon, ale są Courtland Sutton, Jerry Jeudy, K.J. Hamler, tight end Albert Okwuegbunam oraz duet biegaczy Javonte Williams i Melvin Gordon. To naprawdę solidny zestaw, a do tego dochodzi linia, w której nie ma może zawodników z ligowej czołówki, ale też brak wyraźnych słabych punktów.

W obronie Broncos zmienią się po odejściu dotychczasowego trenera Vica Fangio. Zastępuje go Nathaniel Hackett, który odpowiada za atak, a koordynatorem defensywy został Ejiro Evero. 41-latek rzeźbił będzie z grupy, w której na pierwszy plan wysuwają się Bradley Chubb i Randy Gregory, mający stworzyć groźny duet pass-rusherów, oraz świetna secondary. Patrick Surtain II może przebić swojego ojca i za rok uczestniczyć w dyskusji o najlepszych cornerbackach ligi. Pomaga mu para safety Kareem Jackson i Justin Simmons, czyli siła doświadczenia. Jeśli więc Hackett i Wilson wypalą, a gwiazdy pociągną obronę, to Broncos mogą wrócić do play-offów.

Kansas City Chiefs

Strata Tyreeka Hilla rozpatrywana jest na dwa sposoby. Po pierwsze, Chiefs tracą gracza, który „rozciągał boisko”. Mało które zagrania były w ostatnich latach w NFL tak charakterystyczne jak dalekie podanie Patricka Mahomesa do Hilla, który dzięki swojej szybkości dystansował rywali. To sprawiało, że Chiefs nawet będąc 75 jardów od pola punktowego rywali mogli ukłuć jednym podaniem. Po drugie jednak, teraz atak będzie opierał się na większej liczbie graczy i przestanie być tak schematyczny. I jeśli ktoś ma poradzić sobie ze stratą takiego sprintera, to właśnie Mahomes, któremu zagrywki tworzy Andy Reid.

Andy Reid i Patrick Mahomes
Fot. Scott Winters/Icon Sportswire via Getty Images

Wokół Chiefs pojawia się nutka pesymizmu, a przecież mowa o drużynie, która z Mahomesem u sterów w każdym sezonie była gospodarzem finału konferencji. Zawsze docierała minimum do final four play-offów, dwa razy weszła do Super Bowl i raz je wygrała. Tom Brady i dynastia Patriots tak wysoko podniosła poprzeczkę, że słychać głosy, że to, co robią Chiefs, to jest nic, ale naprawdę warto wrócić na ziemię. To nadal jest zespół zdolny do zdobycia Super Bowl i choć gra w najmocniejszej dywizji w NFL, to powinien być w niej faworytem.

Mahomes ma do dyspozycji wciąż mocny wachlarz zawodników łapiących piłki. Tight end Travis Kelce skończy w Hall of Fame, a skrzydłowi JuJu Smith-Schuster, Mecole Hardman, Marquez Valdes-Scantling i debiutant Skyy Moore to grupa dająca różne możliwości. Chiefs mają też jedną z najlepiej obsadzonych linii ofensywnych w NFL i jeśli dołożą skuteczne bieganie, to wszyscy powinni się ich bać. Nawet jeśli cyferki Mahomesa faktycznie nie będą tak imponujące jak wcześniej.

Problemem przed rokiem była obrona, przynajmniej do pewnego momentu. Potem udało się ją naprawić, ale teraz następuje wyrwa, bo odchodzi jeden z najważniejszych liderów drużyny w ostatnich latach, czyli Tyrann Mathieu. Dość młoda secondary to duży znak zapytania, jednak koordynator Steve Spagnuolo powinien zamaskować ją, w swoim stylu opracowując agresywny plan oparty na blitzowaniu rywali. A ma kim to robić, bo do linii z Chrisem Jonesem i Frankiem Clarkiem doszli doświadczony Carlos Dunlap i debiutant George Karlaftis.

Gdy więc spojrzymy na Chiefs z dystansu, dostrzeżemy drużynę, która nadal ma papiery na tytuł. Odejście Hilla nie powinno nagle tego wywrócić, choć to oczywiście wymaga na Reidzie zmianę podejścia. Ale jeśli typujecie, że w Kansas City nadejdzie kryzys, to robicie to wyłącznie na własne ryzyko.

Las Vegas Raiders

Przez to, że grają w mocnej AFC West mówi się o nich mniej niż o innych zespołach z tej dywizji, dlatego m.in. rozgrywający Derek Carr już zaczął grać kartą z hasłem „nikt w nas nie wierzy”. Chyba nie do końca tak jest, bo Raiders to solidna drużyna, która mimo przeróżnych afer weszła rok temu do play-offów, a teraz przychodzi nowy trener Josh McDaniels i najlepszy skrzydłowy NFL Davante Adams. Naprawdę nikt miałby nie wierzyć w taki zespół?

Raiders stać na to, by w tym sezonie wystawiać atak z top 5-10 ligi. Carr ma swoje limity, ale w ostatnich latach zyskał mnóstwo szacunku i to po prostu dobry QB. Adams wzmacnia atak podaniowy, gdzie już wcześniej tight end Darren Waller i skrzydłowy Hunter Renfrow robili liczby. Jeśli linia da Carrowi czas, można spodziewać się fajerwerków.

McDaniels zna się na tym, jak opracować skuteczny system, ale w przeszłości w roli trenera głównego zawiódł jako lider i przywódca emocjonalny. Tyle że to było 13-14 lat temu i sam dziś mówi, że wtedy nie był gotowy, a mimo tego myślał, że wie wszystko. Dziś jest po kilku kolejnych mistrzostwach i nabrał pokory, a w Las Vegas będzie miał coś do udowodnienia. Tym bardziej, że zaczął od porządków po poprzednich władzach. Z wysokich wyborów poprzedniego GM-a Mike'a Mayocka nie ostał się już prawie nikt.

Przed awansem do play-offów drużynę może powstrzymywać defensywa, gdzie poza parą Maxx Crosby i Chandler Jones na pozycji pass-rusherów roi się od przeciętności. Musi objawić się jakiś kolejny lider, bo Raiders grożą mecze z wynikami rzędu 37:35, a nie zawsze da się tak w NFL wygrywać. Szczególnie, jeśli od Carra znaleźlibyśmy mimo wszystko 10-12 lepszych rozgrywających. Jeśli jednak obronę uda się uporządkować nowemu koordynatorowi Patrickowi Grahamowi, potencjał Raiders jest spory.

Los Angeles Chargers

Ulubiony czarny koń wszystkich ekspertów od jakichś 15 lat znów nim jest. Chargers wzmocnili się dużymi nazwiskami w defensywie, ściągając Khalila Macka i J.C. Jacksona, licząc, że dopóki Justin Herbert na debiutanckiej umowie stanowi jedną z największych promocji w NFL, to trzeba dokładać gwiazdy i mierzyć w gwiazdy.

Justin Herbert - Los Angeles Chargers
Fot. Gary A. Vasquez/USA Today Sports/SIPA USA via PressFocus

Herbert to fenomen. Gdy dwa lata temu wchodził do draftu, było wokół niego sporo znaków zapytania. Teraz jednak większość wskazuje go jako rozgrywającego nawet z top 5 ligi i Chargers trafił się skarb. O ofensywę z nim, parą skrzydłowych Keenan Allen i Mike Williams oraz biegaczem Austinem Ekelerem można być spokojnym, szczególnie po poprawkach w linii. Presja będzie towarzyszyć za to trenerowi Brandonowi Staleyowi.

Staley w pierwszym roku pracy jako trener główny zasłynął ryzykownym podejściem. Lubi analitykę i na jej podstawie podejmuje nieraz decyzje, od których starej szkole NFL włosy stają dęba. Przede wszystkim jednak przychodził jako architekt świetnej obrony Rams i na razie zupełnie tego nie przełożył na Chargers. Jego defensywa była w poprzednim sezonie najgorszą pod względem bronienia biegów i męczyła się, długo przebywając na boisku. Chargers wygrali np. mecze wynikami 47:42, 41:37 czy 41:22, ale też przegrywali 28:34, 29:41 (z Texans!) czy 32:35 po dogrywce w ostatniej kolejce z Raiders, przez co nie weszli do play-offów.

Teraz awans do nich to minimum. Obok Macka i Jacksona w obronie pojawił się Sebastian Joseph-Day, który ma kontrolować biegi rywali. Liderami będą Joey Bosa oraz Derwin James, pod warunkiem, że znów nie dozna kontuzji. Jeśli obrona z jednej z najgorszych w NFL stanie się choćby średnią, a Herbertowi nie przytrafi się nic pechowego, Chargers mogą wreszcie wywiązać się z łatki czarnego konia i zajść daleko w play-offach. Oglądanie ich meczów powinno być dużą przyjemnością, niezależnie od rozstrzygnięć.

*****

KONFERENCJA NFC

Większość zgodzi się, że widać w NFC trzy wybijające się drużyny – Los Angeles Rams, Tampa Bay Buccaneers i Green Bay Packers. Kwestią sporną pozostaje ewentualnie to, w jakiej kolejności je umieścimy. Poza tym to w tej konferencji widać większą liczbę drużyn, które wiosną powinny być w top 10 draftu, a resztę stanowią średniacy z ambicjami. Owszem, to jest ta słabsza konferencja, jednak walka powinna być wyrównana, bo poza wielką trójką, poziom pozostałych ekip aspirujących do play-offów jest dość zbliżony.

NFC NORTH

Chicago Bears

W Wietrznym Mieście (nie mylić z „Wiecznym”, bo to Rzym) nastały nowe porządki. Ale jak to często w sporcie ma miejsce, zanim nowy zarząd i trener zaczną coś budować, najpierw następuje rozbiórka. W efekcie Bears mają jedną z najgorszych kadrowo drużyn w lidze z Justinem Fieldsem na rozegraniu, dla którego to będzie drugi sezon w NFL.

W zasadzie jednak trzeba napisać, że dopiero teraz Fields czeka rok debiutancki. W poprzednim wszedł do składu w trakcie rozgrywek i prowadził go trener Matt Nagy, o którym każdy przed sezonem wiedział, że uratuje go tylko cud. Cudu nie było, Bears jeszcze bardziej obniżyli loty i zamiast Nagy'ego jest już Matt Eberflus, a do tego generalny menedżer Ryan Poles. I choć każdy spodziewał się wzmocnień dla Fieldsa, to takie nie nastąpiły i młody QB musi radzić sobie z jedną z najgorszych linii w lidze i korpusem skrzydłowych, w których poza Darnellem Mooneyem nikt się nie wyróżnia.

Eberflus ma zająć się obroną, ale wiele wskazuje na to, że jej dwaj najlepsi zawodnicy – Roquan Smith i Robert Quinn – po sezonie odejdą z klubu. Nadzieją może być młoda secondary budowana wokół Jaylona Johnsona i Eddiego Jacksona, którzy już byli w Chicago, oraz dwóch debiutantów Jaquana Briskera i Kylera Gordona. To jednak mało, by wzbudzić optymizm, więc ten sezon Bears rozbije się o to, jak poradzi sobie Fields. Dopiero w 2023 roku, gdy zwolni się sporo pieniędzy w salary cap, można będzie ruszyć po wzmocnienia.

Detroit Lions

Tego lata Lwom towarzyszyły kamery HBO w produkcji „Hard Knocks” (to takie coś jak „All or Nothing” z Amazona, tylko produkowane od dłuższego czasu i nie wygładzone PR-owo jak w przypadku piłki), co zawsze powoduje, że notowania takiej drużyny idą bardziej w górę, bo widzowie zaczynają lepiej ją poznawać i znajdują swoich faworytów.

W Detroit nie jest o to trudno. Lions mają twarz Dana Campbella. Trener zespołu swoją postawą przypomina bardziej wrestlera z WWE – lubi płomienne przemowy, jest nieco egzaltowany, uderza w patetyczne tony i wygląda jak ktoś, kogo hobby jest łamanie krzeseł na kolanie i jedzenie szkła. Prawdziwy futbolowy „meathead”, którego szatnia Lions kupiła z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Dan Campbell - Detroit Lions
Fot. Kirthmon F. Dozier/USA Today Sports/SIPA USA via PressFocus

Taka postawa sprawia, że zespół – choć kadrowo nadal nie porywa – może urwać parę niespodziewanych wygranych samym zaangażowaniem. Już rok temu bilans 3-14-1 wyglądał gorzej niż gra Lions w wielu meczach. Campbell uczy zawodników, że skoro nikt na nich nie stawia, to nie mają oni nic do stracenia, a w tle tworzy ciekawą drużynę. Obie linie są bardzo dobre (ofensywna to czołówka ligi), pojawił się talent na pozostałych pozycjach i atak został zupełnie odświeżony i nie brakuje tam talentów na kolejne lata.

Rzecz rozbija się o rozgrywającego. Nim jest Jared Goff, czyli typowy ligowy średniak. Docelowo, gdy w Detroit zaczną stawiać sobie wyższe cele, Goff pójdzie w odstawkę, ale póki co jest opcją, która gwarantuje jakiś poziom. Lions nie spieszą się i nie szukają QB na siłę, a przy okazji na razie finansowo nie opłaca się Goffa zwalniać. Jednak jeśli cała drużyna zacznie się rozwijać, to może się okazać, że on zostanie na dłużej. Umowę ma do sezonu 2024 włącznie i po tym roku nie jest drogi w utrzymaniu. Jeżeli Lions pokażą potencjał i wygrają z 7-8 meczów, mogą postanowić, że nie potrzebują (jeszcze) zmiany.

Green Bay Packers

Dwa ostatnie sezony Aaron Rodgers kończył z nagrodą MVP sezonu zasadniczego i z rozczarowującą porażką w play-offach. Tak wybitny rozgrywający nadal ma „tylko” jedno Super Bowl w dorobku i w dodatku odkąd sięgnął po nie w sezonie 2010, ani razu nie wszedł już do wielkiego finału. Teraz zadanie utrudnia mu brak Davante Adamsa, ale dopóki on jest za sterami Packers, dopóty trzeba traktować ich poważnie w kontekście walki o tytuł.

Celem minimum Packers jest wygranie dywizji. W NFC North są o klasę lub dwie lepsi od konkurencji, więc nawet jeżeli odczują brak Adamsa, to 10-11 zwycięstw jest w zasięgu, a to powinno dać wygraną nad Bears, Lions i Vikings. Pytanie, co dalej. W play-offach nagle dopadał ich kryzys i to nie może się powtórzyć, a bez swojej głównej broni mają mniejszą siłę rażenia. Choć uczciwie trzeba przyznać, że Rodgers w play-offach za często forsował podania do Adamsa, więc może uniezależnienie się od niego pomoże, a do stycznia drużyna się dotrze.

Aaron Rodgers
Fot. Dylan Buell/Getty Images

Poza Rodgersem atak opierał się będzie na biegach duetu Aaron Jones i A.J. Dillion, bo na skrzydłach jest masa niewiadomych. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że choć w ataku gra wybitny QB, to w Packers mocniejszą formacją jest defensywa. Ta ma wszelkie predyspozycje do tego, by być w ścisłej ligowej czołówce. Liniowy Kenny Clark to jeden z bardziej niedocenianych obrońców NFL. Para pass-rusherów Rashan Gary i Preston Smith w środku wspomagana będzie duetem Quay Walker i De'Vondre Campbell, który był jedną z najbardziej zaskakujących gwiazd minionego sezonu. Secondary? Jedno z najlepszych w lidze, głównie za sprawą tercetu cornerbacków Jaire Alexander, Eric Stokes i Rasul Douglas.

Drużynę nadal prowadzi też Matt LaFleur, pod wodzą którego Packers zawsze wygrywali 13 meczów w sezonie zasadniczym. Teraz ta liczba może nieco spaść, ale nadal wszyscy żyją tam według hasła „Super Bowl albo nic”.

Minnesota Vikings

Bodaj jedna z największych zagadek przed sezonem 2022, a już na pewno w konferencji NFC. Vikings w ostatnich latach dopadła stagnacja – udany sezon wyznaczał awans do play-offów, a tam może udawało się wygrać jeden mecz, a nieudany to bilans rzędu 8-9. Słowem: dobry sezon był za słaby, żeby bić się o tytuł, a słaby był za dobry, żeby zatankować, wziąć kogoś wysoko w drafcie i zacząć przebudowę.

Taki marazm miało zmienić zwolnienie trenera Mike'a Zimmera i generalnego menedżera Ricka Spielmana, którzy początkowo świetnie ze sobą współpracowali, ale w ciągu ostatniego roku popadli w konflikt. Za nich weszła młoda krew – trener Kevin O'Connell i GM Kwesi Adofo-Mensah – jednak ruchy Vikings dopiero na ostatniej prostej pokazały, że nowy zarząd robi porządki. Pozbyto się wielu zawodników wybranych w zeszłorocznym drafcie przez poprzedniego GM-a, do tego kilku innych zawodników z niedługim stażem w zespole. Jednoczesnie dokonano kilku wymian m.in. po skrzydłowego Jalena Reagora oraz defensywnego liniowego Rossa Blacklocka. Słowem: wyraźnie zasugerowano, że pod koniec dawnych rządów zupełnie przestrzelono z zasilaniem drużyny talentami.

Zmiany nastąpiły głównie w obronie. Zimmer długo utrzymywał ją na najwyższym ligowym poziomie, aż w końcu spadła z klifu. Teraz może się okazać, że w systemie nowego koordynatora Eda Donatella znajdzie się 5-6 nowych starterów. O atak ma zadbać O'Connell, uczeń Seana McVaya z Rams, i przejmuje formację z naprawdę dużym potnecjałem. Skrzydłowi Justin Jefferson i Adam Thielen tworzą jedną z najlepszych par w lidze, a zdrowy Dalvin Cook to biegacz z top 5 w NFL. Poprawiła się też linia i tylko ten nieszczęsny Kirk Cousins...

Minnesota Vikings, NFL, Kirk Cousins
Fot. Andy Lyons/Getty Images

Cousins to wyznacznik ligowej średniej. Jeśli masz rozgrywającego lepszego niż on, raczej jesteś zadowolony i myślisz o najwyższych celach. Jeśli masz słabszego, prędzej lub później go wymienisz. Pozostawanie z Cousinsem to więc tkwienie w futbolowym czyśćcu i w Minnesocie wierzą, że O'Connell wsadzi go na nowe tory.

Liczbowo to nigdy nie był słaby QB, ale nikt nie zaufa mu raczej w wielkich meczach. Vikings z nim nadal stać w tym sezonie na awans do play-offów, ale w nich rywale będą już mieli znacznie lepszych rozgrywajacych. Tyle że nadal będzie obciążał budżet na ponad 48 mln dolarów, jeśli zostanie zwolniony. Fani mogą się więc frustrować jego grą jeszcze przez 2-3 lata.

NFC SOUTH

Atlanta Falcons

W poprzednim sezonie wygrali 7 meczów, ale bilans był nieco przekłamany. Poziom gry Falcons zawyżał Matt Ryan na rozegraniu, a zwycięstwa przyszły z bardzo słabymi drużynami. Teraz jednak Ryana już nie ma i w Atlancie początkowo chcieli zastąpić go Deshaunem Watsonem, ale gdy ten wybrał Browns, postawili na powolną przebudowę. Jeśli w tym sezonie zakończy się ona wyborem w top 3 draftu, większość fanów przyjmie to wręcz z optymizmem.

Falcons to przykład zespołu, który nie potrafił pozbierać się po porażce w Super Bowl. Traumatyczna przegrana z Patriots, gdy prowadzili już 28:3, napisała setki memów, a na samej drużynie odbiła się tak, że sześć lat później nie został z niej już niemal nikt. Arthur Smith zaczyna drugi sezon pracy i tak naprawdę dopiero teraz, po odejściu Ryana, zaczyna stawianie nowych fundamentów i choć są tu talenty (Kyle Pitts, Drake London), to obrona nadal jest rozbita, a poza tym nie ma rozgrywającego.

W zasadzie to jest. Nawet dwaj – Marcus Mariota i Desmond Ridder – ale trudno sobie wyobrazić, by którykolwiek z nich był długofalową odpowiedzią. Mariota to dawny numer 2 draftu, który najpierw stracił skład w Titans, a następnie był tylko zmiennikiem w Raiders. Ridder to debiutant wybrany później niż wielu oczekiwało. Rzekomo byli skauci, którzy widzieli w nim potencjał na pierwszą rundę, a tymczasem zsunął się w drafcie do trzeciej.

Mariota ma doświadczenie, a Ridder to niewiadoma, ale taka, którą warto poznać. Można spodziewać się, że w tym sezonie minuty dostaną obaj, jednak w idealnym scenariuszu w sezonie 2023 rozgrywającym Falcons będzie ktoś inny. No, chyba że Mariota dzięki ponownej współpracy z Arthurem Smithem odbuduje karierę albo Ridder okaże się lepszy niż wskazywałby to numer, z jakim został wybrany. Celem Falcons musi być jednak zbieranie talentów i mozolne wracanie na właściwe tory.

Carolina Panthers

Nikt w tym sezonie nie siedzi na tak gorącym stołku jak Matt Rhule. Trener, któremu właściciel klubu David Tepper zapłacił dwa lata temu ogromne pieniądze za to, by odbudował Panthers (7 lat, 62 mln dolarów) jak do tej pory wygrał 10 spotkań, a przegrał 23. W międzyczasie miotał się z doborem rozgrywającego, za to wybrał kilku utalentowanych zawodników do obrony.

Teraz nowym pomysłem Panthers na pozycji QB jest Baker Mayfield. NFL pisze takie scenariusze, że były zawodnik Browns, wybrany przez nich w drafcie 2018 z numerem 1, już w pierwszej kolejce się z nimi zmierzy i motywacji mu nie brakuje. Mayfield to zawodnik lepszy niż poprzedni rozgrywający Panthers – Sam Darnold, Teddy Bridgewater i Cam Newton po wielu kontuzjach. W dodatku ma coś do udowodnienia. Mamy więc do czynienia z ciekawą dynamiką, bo w tym sezonie zarówno on, jak i jego trener, grają o swoją przyszłość.

Baker Mayfield - Carolina Panthers
Fot. David Butler II/USA Today Sports/SIPA USA via PressFocus

Rhule musi wprowadzić drużynę do play-offów, by zupełnie przegonić znad głowy ciemne chmury. W NFC szansę na to może dać bilans typu 9-8, co z lepszą grą rozgrywającego i rozwijającą się obroną jest w zasięgu. Mayfield dostanie wsparcie zdrowego Christiana McCaffreya – jednego z najlepszych, jeśli nie najlepszego gracza na pozycji running backa w lidze pod względem łączenia umiejętności gry biegowej i łapania piłek. Jeśli CMC ominą kontuzje, ofensywa Panthers może zaskoczyć. Tym bardziej, że wiosną pojawiły się solidne nabytki do wcześniej słabej linii, a na skrzydłach D.J. Moore, Robbie Anderson i nowy nabytek Laviska Shenault mogą stworzyć ciekawy tercet.

Obrona opiera się na rozwijających się graczach. Brian Burns może być po sezonie uznawany za futbolistę z top 10 na pozycji pass-rushera. Secondary to formacja pełna młodych talentów jak Jeremy Chinn, Jaycee Horn i C.J. Henderson. Spokojnie stać ją na to, by prezentować ponadprzeciętny poziom. Jeśli do tego doszlusuje atak, Panthers mogą sprawić parę niespodzianek. Ale równie dobrze mogą przegrać 12 spotkań i zwolnić Rhule'a.

New Orleans Saints

Jedna z ciekawszych historii tej konferencji przed sezonem. Wieloletni trener Sean Payton po poprzednim sezonie poza play-offami postanowił opuścić drużynę i stery po nim przejmuje Dennis Allen, do tej pory defensywny koordynator. Zostaje też Pete Carmichael, czyli dotychczasowa prawa ręka Paytona w ataku. Nie zmieniła się też drastycznie kadra, choć w secondary są dwie dziury po odejściu Marcusa Williamsa i C.J.'a Gardnera-Johnsona. Pierwszego zastąpi jednak doświadczony Tyrann Mathieu.

Allen i Carmichael mają zadbać o ciągłość i nie dojdzie do rewolucji taktycznej. Saints ponadto na rynku zachowują się tak, jakby bliżej było im do walki o Super Bowl niż przebudowy. Chris Olave i Trevor Penning wybrani w pierwszej rundzie draftu mogą szybko odgrywać większe role, a szczególnie ten pierwszy. Olave z Jarvisem Landrym i wracającym do zdrowia Michaelem Thomasem, który przed serią kontuzji był czołowym skrzydłowym w lidze, stworzy bardzo ciekawy tercet skrzydłowych. Zawieszenia unika też na razie Alvin Kamara, czyli bardzo uniwersalny biegacz. Obrona, nawet mimo odejścia dwóch podstawowych zawodników, kadrowo też wygląda nadal bardzo solidnie.

Wszystko zależeć będzie od Jameisa Winstona. Rozgrywający w poprzednim sezonie zerwał więzadła, ale zanim to się stało, prezentował się dobrze. Ograniczył liczbę strat, co było wcześniej jego zmorą i pasował do systemu Paytona. Teraz po powrocie do zdrowia dostał nowy kontrakt, choć tylko na dwa lata, przez co może być spokojny o swoje miejsce na ten rok, ale i tak musi postarać się o to, by przekonać Saints do siebie na dłużej. To klub, który nie waha się podejmować trudnych i ryzykownych decyzji i jeżeli Winston będzie tylko średniakiem, szybko poszukają tam kogoś lepszego. Awans do play-offów byłby krokiem we właściwą stronę, by zapewnić sobie dłuższą przyszłość w Nowym Orleanie.

Tampa Bay Buccaneers

Tom Brady wrócił po najkrótszej sportowej emeryturze w historii i wszystko owiane jest nutką tajemniczości. Najpierw tuż po decyzji o powrocie okazało się, że Bruce Arians przestaje być trenerem Buccaneers, przenosi się na stanowisko doradcy zarządu, a head coachem będzie dotychczasowy defensywny koordynator Todd Bowles. Potem wyszły pogłoski, że Brady był już po słowie z Miami Dolphins i miał zostać tam częściowym udziałowce, a potem „przypadkiem” wznowić karierę i grać dla nich w tym sezonie. To jednak miało upaść po pozwie Briana Floresa.

Tom Brady - Tampa Bay Buccaneers
Fot. Mike Ehrmann/Getty Images

Brady miał więc tylko jedno wyjście, jeżeli planował powrót na sezon 2022, czyli pozostanie w Tampie. Może i nie taki był plan A, jednak to nadal ten zespół daje mu najlepszą szansę na zdobycie Super Bowl. W międzyczasie legenda NFL dogadała się jeszcze na współpracę z Fox Sports – po zakończeniu kariery Brady zostanie ekspertem tej stacji i przez 10 lat zarobi 375 mln dolarów. To wszystko sprawia, że wszyscy zastanawiają się, czy to jego ostatni sezon. A może ostatni, ale tylko w Buccaneers?

Pomijając już samego Brady'ego, ekipa z Tampy ma naprawdę silny skład. Problemem może być linia ofensywna, z której odszedł Alex Cappa, a środkowy Ryan Jensen, jeden z najlepszych w NFL, doznał kontuzji kolana i nie zagra w tym sezonie. Pierwszego zastąpi pozyskany z Patriots Shaq Mason, ale po Jensenie został krater. Na skrzydłach Bucs mają aż pięciu bardzo dobrych zawodników. Chris Godwin nadal leczy zerwane więzadła, ale wciąż są Mike Evans, dobry nabytek z Falcons Russell Gage, Breshad Perriman i doświadczony Julio Jones – jeden z najlepszych zawodników ostatniej dekady, który dziś może pełnić drugoplanową rolę, bo chce w końcu zdobyć mistrzostwo.

Bowles przez ostatnie lata kierował świetną defensywą i ta nigdzie się nie wybiera. Kwartet linebackerów – Shaq Barrett, Lavonte David, Devin White i Joe Tryon-Shoyinka – jest być może najlepszym w NFL. Pierwszy i ostatni mają naciskać na rozgrywających, a David i White czyszczą środek. Za nimi rośnie młoda secondary, gdzie Antoine Winfield Jr. coraz bardziej przypomina klasą swojego ojca i udało się zatrzymać w klubie Carltona Davisa. Nie licząc wyrw z powodu kontuzji, w tej kadrze naprawdę nie ma oczywistych luk.

Buccaneers są w trybie „Super Bowl albo nic”. Z Bradym nie ma innej opcji. I choć rozgrywający ma już 45 lat, to w poprzednim sezonie grał na miarę MVP – był liderem ligi w liczbie podań, jardów i przyłożeń zdobytych w ten sposób. Czy to jego ostatni taniec? To pytanie będzie wracać w amerykańskich mediach przez całą jesień i zimę.

NFC EAST

Dallas Cowboys

Jedyna drużyna w profesjonalnym sporcie, która co roku jest tak szeroko omawiana przez media i tak często mówi się, że ma powalczyć o mistrzostwo, a tymczasem od 25 lat nie było jej nawet w finale konferencji. Dallas Cowboys w przeszłości zyskali łatkę „America's Team”, ale coraz bardziej wygląda to tak, jakby chodziło o rozgłos, a nie sympatię.

Teraz też o Cowboys się dyskutuje, choć bardziej dlatego, że drużyna we dość wstydliwy sposób odpadła z play-offów, a wiosną raczej się osłabiła. Mike McCarthy nie może być pewny zachowania posady, nawet jeżeli powtórzy zeszłoroczny wynik i wygra dywizję, ale u Jerry'ego Jonesa to standard. Właściciel, prezes, generalny menedżer i frontman Cowboys w jednym nie potrafi się ugryźć w język i choć zapewniał latem, że gdyby nie wierzył w McCarthy'ego, to już by go nie zatrudniał, to w następnym zdaniu dodał, że „miał przecież inne wybory”.

Asystentami McCarthy'ego są Kellen Moore i Dan Quinn, którzy objechali niemal wszystkie rozmowy kwalifikacyjne dotyczące wakatów na stanowiskach trenera w całej NFL, ale ostatecznie zostali w Dallas. Kwestią czasu jest to, aż wskoczą na karuzelę – pytanie tylko czy Cowboys, czy może gdzie indziej.

Poza trenerem, pod największą presją będzie Dak Prescott. Rozgrywający podpisał niedawno duży kontrakt, ale współpracuje ze słabszą linią ofensywną niż jeszcze kilka lat temu, z której na być może cały sezon wyleciał jeszcze Tyron Smith, czołowy left tackle ligi. Ponadto na skrzydłach ubyło trochę talentu. Amari Cooper odszedł, Michael Gallup leczy kontuzję, stopę złamał James Washington, który miał go zastąpić i wszyscy liczą, że samcem alfa stanie się tam CeeDee Lamb. Prescott lubi też rzucać do Daltona Schultza i to na nich skupi się atak podaniowy. O grę biegową z kolei zadbać ma duet Zeke Elliott i naciskający na niego coraz bardziej Tony Pollard.

W defensywie Cowboys mają dwie młode gwiazdy. Micah Parsons to chyba najbardziej uniwersalny obrońca ligi, który w sezonie debiutanckim siał popłoch. Trevon Diggs gra ryzykownie na pozycji cornerbacka, co ma dobre strony (11 przechwytów), ale też złe (duża liczba jardów oddana w kryciu). Doświadczonym liderem ma być Demarcus Lawrence, a ponadto jest tu kilku solidnych weteranów – nowy nabytek Anthony Barr czy Dante Fowler. Reszta to wybory z niedawnych draftów i Quinn w poprzednim sezonie uczynił z tej formacji najlepszą w lidze.

Cowboys stać na każde możliwe rozstrzygnięcie. Równie dobrze mogą nie wejść do play-offów, co w końcu przebić się do finału NFC. Coroczny cyrk medialny zaczyna nowy sezon i cała Ameryka będzie się przyglądać i przysłuchiwać temu, co może palnąć Jerry Jones. Rozrywka, jak zawsze w Dallas, gwarantowana.

New York Giants

W ostatnich latach mistrzowie palenia pieniędzmi w piecu. Giants od sezonu 2016 nie weszli do play-offów. W okresie od 2017 roku odnieśli najmniejszą liczbę zwycięstw w NFL, ani razu nie przebijając bariery 6 wygranych w sezonie. To sprawia, że Brian Daboll będzie już czwartym ich trenerem w tym okresie, a piątym, gdyby liczyć tymczasowych.

Brian Daboll - New York Giants
Fot. John Jones/USA Today Sports/SIPA USA via PressFocus

Daboll ma bogate doświadczenie. W Bills rozwinął Josha Allena do miana czołowego QB ligi. Pracował na uczelni Alabama, która dominuje w rozgrywkach uniwersyteckich. Był też w sztabie Billa Belichicka. Odebrał więc naprawdę potrzebne lekcje, by w końcu samemu sprawdzić się w roli trenera głównego. I w Nowym Jorku, choć przychodzi z nim nowy GM Joe Schoen i to zwiastuje porządki, na początku musi spróbować odbudować tych zawodników, których już zastał.

Wszystko zaczyna się od Daniela Jonesa. Giants wybrali go w drafcie 2019 bardzo wysoko, jak na opinie, jakie o nim panowały. W NFL Jones pokazał przebłyski, jednak zbyt często traci piłkę, ale warunki fizyczne do tego, by być solidnym rozgrywającym zdecydowanie ma. Czy Daboll tchnie w niego nowe życie jak w Allena? Chyba trudno spodziewać się, że Jones ma identyczny potencjał, ale na pewno stać go na lepszą grę niż do tej pory. Tak czy inaczej to dla niego sezon o być albo nie być w Giants.

Poza tym Daboll ma do dyspozycji wracającego po kontuzji Saquona Barkleya, jednego z najbardziej widowiskowych biegaczy w NFL. Poprawił też linię, co powinno pomóc i Jonesowi, i Barkleyowi, a w grze podaniowej trzeba wskrzesić dobrze opłacanego Kenny'ego Golladaya i zbudować takich zawodników jak Kadarius Toney i Wen'Dale Robinson – wybory z zeszłego i tegorocznego draftu, kolejno z rund pierwszej i drugiej.

Daboll wziął sobie do pomocy Dale'a Martindale'a, który w ostatnich latach był koordynatorem defensywy Ravens, a teraz będzie pełnił tę funkcję w Giants. Jest tam kilku ciekawych zawodników, jak Leonard Williams, debiutant Keyvon Thibodeaux i Dexter Lawrence, którzy powinni stworzyć solidną linię. Na innych pozycjach jest więcej znaków zapytania i nie brakuje przepłaconych nabytków z poprzednich okienek.

Wydaje się jednak, że dla Giants to przede wszystkim sezon poszukiwań. Nikt nie oczekuje play-offów, ale jeżeli wszystko by wypaliło, to one w NFC są w zasięgu. To jednak nie powinno powstrzymywać nowego zarządu przed dalszą przebudową. Giants 2023, niezależnie od tegorocznego wyniku, mogą wyglądać zupełnie inaczej.

Philadelphia Eagles

Krótka piłka: Eagles to jedna z tych ekip, w których w tym sezonie wszystko zależne jest od gry rozgrywającego. Owszem, w NFL to podstawa dla każdej ekipy i nie brzmi to jak odkrywanie Ameryki, ale tu faktycznie Jalen Hurts może albo ponieść tę drużynę do sukcesów, albo ograniczać jej potencjał, jeśli się nie rozwinie.

Jalen Hurts
Fot. Bill Streicher/USA Today Sports/SIPA USA via Pressfocus

Hurts dobrze biega, ale pod kątem techniki rzutu ma trochę mankamentów. Powinien być lepszym QB w fantasy NFL niż w rzeczywistości na boisku. Ma jednak wokół siebie wszystko, by przekonać Eagles do inwestycji w siebie na długie lata. Linia ofensywna w Filadelfii jest być może najlepsza w NFL, a to najlepsza wiadomość dla rozgrywającego. Atak opierał się będzie na grze biegowej, gdzie pierwszoplanową postacią ma być Miles Sanders, a swoje dołoży Hurts. Wśród skrzydłowych nowym liderem ma być pozyskany A.J. Brown, jest drugoroczniak Devonta Smith po dobrym sezonie debiutanckim, a do tego dobre uzupełnienia jak Quez Watkins czy Zach Pascal.

Eagles w poprzednim sezonie weszli do play-offów, choć większość obserwatorów raczej spodziewała się, że czeka ich słaby rok. Trener Nick Sirianni potrafił jednak w trakcie rozgrywek zmienić system ofensywny, mocniej postawić na biegi i korzystać z bogactwa drużyny na obu liniach. Wciąż ma bardzo solidną defensywę, która drobnymi ruchami mądrze się wzmacnia i jeśli Hurts wypali, Eagles będą czarnym koniem NFC. Jeśli nie, to GM Howie Roseman na pewno ma plan B na to, jak go zastąpić. W razie czego klub posiada dodatkowe wybory w kolejnych draftach i nie zawaha się ich użyć.

Washington Commanders

Ostatnie lata nie są łaskawe dla kibiców ze stolicy USA. A to afery związane z właścicielem Danem Snyderem, a to zamieszanie ze zmianą nazwy, a to na stadionie pęka kanalizacja i przez kilkadziesiąt minut na widzów leje się ściek... „Produkt sportowy” też na tym cierpi, bo ekipa z Waszyngtonu weszła do play-offów tylko raz w ciągu ostatnich 6 lat, w dodatku z ujemnym bilansem, gdy wygrała wyjątkowo słabą wtedy NFC East. Badania pokazują też, że regularnie traci ona kibiców i od lat stanowi symbol dysfunkcji.

Teraz drużyna, po latach pod szyldem Washington Football Team, staje się Commanders, a nowym dowodzącym w ofensywie ma być Carson Wentz. To dla niego zapewne ostatnia szansa na to, by w NFL być jeszcze podstawowym QB. Odkąd w sezonie 2017 zmierzał po nagrodę MVP, a potem doznał kontuzji, jego kariera to równia pochyła. W minionym roku miał odbudować się u swojego dawnego trenera Franka Reicha w Colts, tymczasem jego nieodpowiedzialna gra kosztowała zespół miejsce w play-offach na finiszu i szybko go pożegnano.

Skoro nawet Reich postawił na nim krzyżyk po jednym sezonie, to naprawdę Wentz jest pod presją. A Waszyngton nie był w ostatnich latach miejscem, gdzie można się odbudować. Jak już, to prędzej wsysa cię tam czarna dziura. Ma jednak Wentz wokół siebie ciekawych skrzydłowych na czele z Terrym McLaurinem, który w jakiejkolwiek innej drużynie byłby gwiazdą, o której mówi cała liga. Obrona to z kolei oczko w głowie trenera Rona Rivery i o jej poziom można być spokojnym. Ale powodzenia, jeśli swoje nadzieje na sukces pokładasz w kimś tak chimerycznym jak Wentz.

NFC WEST

Arizona Cardinals

Kariera Kliffa Kingsbury'ego przypomina „Dzień Świstaka”. Niezależnie od tego, czy mowa o NFL, czy o czasach, gdy pracował jeszcze na uczelni Texas Tech, jego zespoły zaczynają sezon dobrze, a w końcówce przegrywają mecz za meczem. Weźmy poprzedni rok. Cardinals mieli bilans 8-1, a potem 10-2, by skończyć z 11-6 i wstydliwą porażką już w pierwszej rundzie play-offów. Mimo tego Kingsbury podpisał nowy kontrakt – podobnie jak GM Steve Keim oraz po miesiącach negocjacji rozgrywający Kyler Murray.

NFL. Kyler Murray - Arizona Cardinals
Fot. Sam Greenwood/Getty Images

Do połowy poprzedniego sezonu Murray był mocnym kandydatem do nagrody MVP, ale potem przyplątała się kontuzja i spuścił z tonu. Odczuł też brak skrzydłowego DeAndre Hopkinsa, który teraz nie zagra w pierwszych 6 meczach sezonu z uwagi na zawieszenie po stosowaniu niedozwolonych wspomagaczy. To ogromna strata, bo poza nim brakuje tej ofensywie gwiazd – jest masa role-playerów, szybkościowców i średniaków, ale trzeba będzie z tym pracować przez 1/3 rozgrywek, gdy ponadto terminarz nie jest wcale łaskawy.

Cardinals to przedziwna konstrukcja. Jak na drużynę, która ma rozgrywającego na debiutanckiej umowie, nie potrafiła zbudować solidnego oparcia. Owszem, są tu weterani pokroju J.J.'a Watta, A.J.'a Greena czy Rodneya Hudsona, którzy szanowani są w całej lidze, ale zwykle zespoły w takim położeniu celują w zawodników młodszych albo w swoim prime'ie, a nie weteranów 30+. Zaraz kontrakt Murraya zacznie mocno obciążać salary cap i przestanie być tak komfortowo, a wtedy Cardinals mogą obudzić się z ręką w nocniku.

Na co stać tę drużynę? Poprzedni sezon pokazał, że na wszystko. Ponadto w NFC nie trzeba stawać na rzęsach, żeby wejść do play-offów, więc to musi być cel dla ekipy z Arizony. Tylko czy ktokolwiek wierzy, że tam Cardinals zrobią jakiś szum? Chyba bardziej realny jest scenariusz, w którym potykają się o własne nogi i tym razem nie zobaczymy ich w walce o Super Bowl.

Los Angeles Rams

I wydech. Już nikt nie zarzuci Lesowi Sneadowi, że sprzedał całą przyszłość klubu na darmo, bo w gablocie Rams pojawiło się trofeum Vince'a Lombardiego, w dodatku po wygranym Super Bowl na własnym stadionie. Ot, ciekawostka – taka rzecz nie zdarzyła się w NFL nigdy, aż nagle zdarzyła się dwukrotnie z rzędu. Buccaneers wygrali finał w Tampie, a rok później Rams w Los Angeles.

Cel na ten sezon jest jednak taki sam. Drużyna Seana McVaya to ciekawa mieszanka wielkich nazwisk i użytecznych uzupełnień składu wybranych w dalszych rundach draftu. Rams mają twarz Aarona Donalda, Matthew Stafforda, Coopera Kuppa, Jalena Ramseya, a teraz do gwiazdozbioru dołącza Bobby Wagner, ale o sile zespołu stanowi ktoś więcej niż tylko kilka filarów.

Aaron Donald - Los Angeles Rams
Fot. Katelyn Mulcahy/Getty Images

Rams od lat umiejętnie znajdują przydatnych graczy i nie boją się dokonywać ruchów w połowie sezonu, by załatać powstające luki. Patrz: zeszły rok i wyciągnięcie Odella Beckhama Jr. oraz Vona Millera, którzy wydatnie przyczynili się do sukcesu w play-offach. OBJ teraz leczy zerwane w Super Bowl więzadła i jest wolnym agentem, jednak panuje przekonanie, że wróci do Los Angeles i podpisze nowy kontrakt. Gdyby wybrał inny klub, sprowadzony został Allen Robinson, który dzięki Staffordowi zagra z najlepszym rozgrywającym w dotychczasowej karierze i po wyrwaniu się z marazmu w Bears, w Kalifornii chce znów błyszczeć. Miller z kolei zrobił swoje, zdobył drugi w karierze pierścień mistrzowski i teraz z Bills powalczy o trzeci.

Presja z Rams spadła, ale krajobraz NFC jest taki, że nadal będzie się od nich wymagać bardzo dobrych wyników. W NFC West są zdecydowanym faworytem, choć oni prędzej zestawiać się będą z Packers i Buccaneers. I na ten moment na ich tle są stabilniejsi i mają mniej znaków zapytania. To sprawia, że chyba powinni być nadal traktowani jako główna siła konferencji, a jeżeli linia ofensywna nie odczuje ubytków, a zdrowy Cam Akers ożywi grę biegową, to tej ofensywy nadal będą bać się wszyscy. Skoro zdobyli już Super Bowl, to mogą grać na większym luzie, a to nie brzmi jak dobra wiadomość dla reszty NFL.

San Francisco 49ers

W San Francisco miała zakończyć się era Jimmy'ego Garoppolo, a zacząć era Treya Lance'a, ale wyszło tak połowicznie. To Lance, zeszłoroczny wybór nr 3 draftu, ma być podstawowym rozgrywającym, jednak Garoppolo najpierw się ze wszystkim żegnał, potem się długo leczył, a następnie okazało się, że nie ma za bardzo chętnych, by pozyskać go w wymianie, bo do wakacji większość ekip obsadziła sobie tę pozycję. Jimmy G zostaje więc w 49ers i podpisał nowy kontrakt na skromniejszych warunkach, godząc się na obniżkę zarobków o 18 mln dolarów.

Jak wpłynie to na szatnię? Nie ma tajemnicy w tym, że wielu weteranów w 49ers ceni Garoppolo. Nie ma też tajemnicy w tym, że Lance dysponuje wielkim potencjałem, choć trzeba pamiętać, że jest bardzo surowy. To na razie bardziej wyobrażenie o rozgrywającym niż gotowy „produkt”, a z uwagi na system, w jakim grał, pandemię, krótki pobyt na uczelni i siedzenie na ławce w debiutanckim sezonie, od zakończenia szkoły średniej wykonał dokładnie 389 podań w warunach meczowych. To mniej niż Tom Brady w całym poprzednim sezonie.

Trey Lance - San Francisco 49ers
Fot. Maria Lysaker/USA Today Sports/SIPA USA via Pressdocus

Lance ma silny rzut i dobrze biega, dzięki czemu powinien wnieść nowy wymiar do ofensywy Kyle'a Shanahana. W tej jest dobra linia, Deebo Samuel i Brandon Aiyuk na skrzydłach, czołowy tight end ligi George Kittle oraz komitet biegaczy, którymi Shanahan z lubością rotuje. W obronie Nick Bosa, Arik Armstead, Fred Warner i Jimmie Ward tworzą solidny kręgosłup, a rotacji w linii może zazdrościć 49ers większość ligi. Krótko mówiąc: kadrowo to jedna z najlepszych drużyn w NFC. Gdyby nie liczyła się pozycja rozgrywającego, to tym bardziej.

Dlatego tak wiele zależy od Lance'a. W sezonie debiutanckim miał przebłyski, ale grał mało i wykonał tylko 71 podań. Shanahan to zaklinacz rozgrywających i na pewno długo myślał nad tym, jak odpowiednio wprowadzić Lance'a, jednak pozostawienie Garoppolo to narażanie się na wścibskie pytania mediów i presję z wewnątrz drużyny. Czy weterani, którzy wierzą, że 49ers stać na Super Bowl, będą cierpliwi wobec swojego młodego QB, wiedząc, że na ławce jest już jeden taki, z którym doszli do finału?

Seattle Seahawks

W końcówce poprzedniego sezonu w Seattle zapowiadało się na rozłam. Trener Pete Carroll i rozgrywający Russell Wilson wyraźnie ciągnęli w różnych kierunkach i gdy przyszło co do czego, to Seahawks postawili na wizję 70-letniego trenera kosztem 33-letniego QB. Jak wyjdzie? Przekonywanie się o tym będzie fascynujące, choć to może być nieco masochistyczna przyjemność.

Wilsona zastąpi ktoś z dwójki Drew Lock i Geno Smith. Pierwszy to wciąż młody rozgrywający, który nie pokazał zbyt dużego potencjału. Drugi to ligowy weteran, ale od lat uważany za co najwyżej przeciętnego zmiennika. Nikomu nie przychodziło do głowy, by ze Smitha robić startera, a zaraz może się okazać, że to on jest jedynką w Seahawks.

Atak ma do dyspozycji świetny duet skrzydłowych. D.K. Metcalf przedłużył umowę, a Tyler Lockett był ulubionym celem Wilsona i pytaniem otwartym pozostaje to, jak wykorzysta ich słabszy rozgrywający. Carroll chce jednak budować atak w oparciu o grę biegową i Rashaada Penny'ego, który rok temu w końcu pokazał potencjał na miarę wyboru z pierwszej rundy, którym jest, wesprze debiutant Ken Walker. Poprawić ma się też linia po wyborze Charlesa Crossa w pierwszej rundzie.

Atak atakiem, po odejściu Wilsona spadek jest spodziewany, ale gorzej dla Carrolla, że sypie się też defensywa. Razem z rozgrywającym odszedł inny symbol ostatniej dekady i mistrzowskich czasów Seahawks, czyli Bobby Wagner. Liderem obrony ma być więc Jamal Adams, na którego kilka lat temu trzeba było wydać dwa wybory w pierwszej rundzie draftu, a potem wręczyć mu wysoki kontrakt. Poza nim i Quandre Diggsem mało kto w tej formacji przekonuje.

Mimo tego Carroll zapowiada walkę o zwycięstwa. Wydaje się jednak, że bardziej korzystne pod kątem przyszłości byłoby zbieranie jak najwyższych wyborów. Czy trener, który zdobywał Super Bowl, a na uczelni USC odnosił historyczne sukcesy będzie w stanie schować dumę do kieszeni i tankować? Wydaje się to bardzo wątpliwe, więc można stawiać, że Seahawks będą „napinać się” na wygrywanie, by ostatecznie przekonać się o tym, że mają do tego za mało talentu.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i amerykański wyznaczają mu rytm przez cały rok. Na co dzień komentator spotkań Premier League w Viaplay, o której po każdej kolejce co poniedziałek rozmawia na antenie newonce.radio w audycji Box2Box. Pasję do jajowatej piłki spełnia w podcaście NFL Po Godzinach.
Komentarze 0