Ronaldinho kończy 40 lat. Dziewczyny, samochody i piękne gole. Kolorowy ptak ma co wspominać w więzieniu

Zobacz również:Mania wielkości i magia Paryża. Nagraliśmy godzinny podcast o fenomenie PSG
ronaldinho-1-e1584784694803.jpg
fot. Ian MacNicol/Getty Images

Ronaldinho się starzeje, jednak tak naprawdę nigdy nie wydoroślał. Brazylijczyk roztrwonił majątek, przetańczył karierę, ale i tak rozkochał całe pokolenie dzieciaków w futbolu.

Jeszcze niedawno informacja o 40. urodzinach Ronaldinho okraszona byłaby zdjęciami wiecznie uśmiechniętego Brazylijczyka na jachcie, czy w eksluzywnym klubie nocnym na Ipanemie, otoczonego wianuszkiem długonogich dziewcząt z kieliszkami szampana w dłoniach. Tymczasem jednak Ronaldinho przyszło je spędzić nie w Rio, czy Buzios – najpopularniejszym kurorcie brazylijskich bogaczy – a w paragwajskim więzieniu. Chociaż według przepytywanych przez media strażników uśmiech nie znika z jego twarzy nawet w takich okolicznościach.

O tym jak doszło do tego, iż Ronaldinho zdmuchnął 40. świeczek w paragwajskim więzieniu napisano w ostatnich dniach wszystko. Podobnie jak o odbywającym się za kratami turnieju futsalowym, który jego drużyna oczywiście wygrała, a według doniesień były reprezentant Brazylii w wygranym 11:2 finale strzelił pięć goli, zaś przy sześciu asystował. Kłóci się to co prawda z wcześniejszymi grepsami na wolność, według których, by wyrównać szanse zespołów rywalizujących o 16-kilogramowego prosiaka, Ronaldinho mógł tylko podawać, a nie strzelać, ale mniejsza o szczegóły.

ZARZUTÓW JEST WIĘCEJ

Genialny piłkarz, który okrutnie się poza boiskiem pogubił, dzieli celę ze swoim bratem – Roberto de Assis Moreirą. Również byłym piłkarzem, a przez lata agentem młodszego brata. Według paragwajskiego ministra spraw wewnętrznych ich cela „przypomina pokój hotelowy”, a na tym samym oddziale mogą spotkać byłego szefa paragwajskiej federacji piłkarskiej, który odbywa odsiadkę za korupcję oraz pranie brudnych pieniędzy. Ronaldinho może go spotykać na spacerniaku, bo posługiwał się – wraz z bratem – fałszywymi dokumentami. Władze nie zezwoliły jednak, by były gwiazdor Barcelony odbywał odsiadkę z aresztu domowego, nie zgodziły się też na poręczenie majątkowe w wysokości 1,6 milionów dolarów.

Wszystko dlatego, że posługiwanie się fałszywymi dokumentami prawdodpobnie nie będzie jedynym zarzutem. Rozpoczęto śledztwo czy brazylijskie rodzeństwo nie bierze udziału w procederze prania brudnych pieniędzy przez obywatelkę Paragwaju – Dalię Lopez. To na jej zaproszenie Ronaldinho przyjechał do Paragwaju i miał brać udział w charytatywnej imprezie. Miejscowe media piszą jednak, że niewykluczone, iż zdobywca Złotej Piłki „France Football” z 2005 roku nie miał świadomości, że bierze udział w szwindlu. Sprawa jest rozwojowa.

SZEŚĆ EURO NA KONCIE

Dlaczego jednak zawodnik, który rozkochał w futbolu całe pokolenie kibiców i którego nie sposób było nie podziwiać – za radość jaką czerpał z gry, za błyskotliwe dryblingi, sztuczki techniczne godne cyrkowca i ten szelmowski uśmiech, z którym mijał kolejnych obrońców – znalazł się w sytuacji, w jakiej musi wchodzić w podejrzane kontakty z półświatkiem? Oczywiście przez pieniądze, a raczej ich brak.

Jeszcze w 2015 roku jego majątek wyceniano na 80-100 milionów euro, ale już dwa lata temu donoszono, że Ronaldinho jest bankrutem. W 2006 roku na samych reklamach zarobił 19 milionów dolarów, a nieco ponad dekadę później okazało się, że nie ma jak spłacić długu w wysokości 1,75 milionów dolarów. To trochę mniej niż wynosiły jego dwie miesięczna pensje w czasach gdy miał świat u swoich stóp i czarował kibiców w barwach Barcelony.

Pod koniec lipca 2019 roku Brazylijczykowi został skonfiskowany jego prawdziwy paszport. Stało się to po tym, gdy były piłkarz nie zapłacił kary za nielegalną budowę w obszarze chronionym. Chodziło o postawienie przystani przy własnym domu, położonym nad jeziorem w Porto Alegre. Nie było to jednak jego pierwsze tego typu wykroczenie i w sumie uzbierało mu się blisko prawie 18 milionów reali (3,5 milionów dolarów) zaległych mandatów, grzywien i odsetek. Brazylijski sąd zablokował też sprzedaż jego nieruchomości dopóki nie ureguluje długów.

Media obiegły informacje, że na koncie bankowym piłkarza znajduje się równowartość sześciu euro. Oczywiście w ciemno można założyć, że Ronaldinho pieniądze ukrył gdzieś indziej – na innych rachunkach, kontach zaufanych osób, być może część trzymał w gotówce itd. – ale już wtedy było wiadomo, że sytuacja jest poważna. Szczególnie, gdy komornicy zajęli część jego mienia – luksusowe samochody, telewizory, Gdyby jednak ktoś wówczas powiedział, że za mniej niż rok Brazylijczyk wyląduje w paragwajskim więzieniu z podrobionymi dokumentami, zostałby uznany za wariata.

NIEUSTAJĄCA IMPREZA

Kiedy mistrz świata z 2002 roku zaczął sunąć w dół po równi pochyłej? Są tacy, którzy twierdzą, że pierwsze oznaki upadku pojawiły się w 2006 roku – czyli gdy był urzędującym zdobywcą Złotej Piłki. Rzut oka na jego statystyki z tamtego sezonu może jednak wprawić w osłupienie – 21 goli nie wygląda jak kryzys, czy jak osuwanie się po pochylni. To wtedy jednak stały rozkład dnia Ronaldinho zaczął wyglądać tak: późna kolacja z przyjaciółmi w Casanova Beach Club (dużo czerwonego mięsa, makaronu i piwa), a następnie towarzystwo przenosiło się do klubu nocnego w Port Ginesta, gdzie piło i tańczyło do piątej nad ranem, bo o tej porze zamykano lokal. Działo się tak nawet w przededniu meczów w Lidze Mistrzów. Nie to, żeby wcześniej Brazylijczyk się nie bawił. W tamtym czasie jednak już właściwie głównie się bawił.

Ronaldinho przestawał w tamtym czasie być najważniejszą postacią Barcelony, a powoli w jego buty zaczynał wchodzić grający z numerem 19 młodzian Leo Messi. Symboliczne przekazanie berła i korony nastąpiło podczas zremisowanego 3:3 El Clasico z Realem, gdy 20-latek ustrzelił hat-tricka. W następnym sezonie trener Frank Rijkaard przestał w pewnym momencie już korzystać z usług miłującego życie (szczególnie to nocne) Brazylijczyka, a wszystko to obserwował z bliska trener rezerw Barcelony – niejaki Pep Guardiola.

JAK NAJDALEJ OD MESSIEGO

Gdy Katalończyk objął drużynę latem 2008 roku z miejsca zakomunikował 28-letniemu Ronaldinho, że nie widzi dla niego miejsca w drużynie. Guardiola nigdy nie ukrywał, że pozbył się wciąż potrafiącego czarować na boisku magika przez jego zły wpływ na Messiego. Trener bał się, że wyraźnie zafascynowany wiecznie uśmiechniętym dryblerem 20-latek zostanie wciągnięty w karnawał, który Ronaldinho urządził sobie z życia. Brazylijczyk poszedł do Milanu, ale koszulkę blau-grany z numerem 10 zostawił w dobrych rękach.

W Mediolanie został zaprezentowany publiczności w towarzystwie zespołu grającego sambę i tancerek w strojach wprost z parady – w maskach, pióropuszach i cekinowych bikini, jakby szefowie klubu wiedzieli co się święci. Pierwszą poważną karę dyscyplinarną dostał już w październiku – w przededniu meczu Ligi Mistrzów z FC Zurych pił do 2:30 w nocy z przyjaciółmi w modnym mediolańskim klubie. Mimo iż o czasie pojawił się na treningu, został odesłany na ławkę i z boku oglądał, jak koledzy sensacyjnie przegrywają na San Siro 0:1.

Innym razem kibice Milanu musieli go wyprosić z klubu nocnego, gdy razem ze swoim rodakiem, bramkarzem Didą, wciąż się bawili, mimo że już dawno minęła godzina snu profesjonalnych sportowców. Gdy w Milanie pojawił się Massimiliano Allegri Ronaldinho nie przestawał się uśmiechać, tyle, że już głównie z ławki rezerwowych. Zimą wrócił do Brazylii, mimo to medal za mistrzostwo Włoch dostał.

RUCH W SYPIALNI

Później było już tylko gorzej – w kolejnych drużynach w ojczyźnie schemat był podobny. Podpisywał rekordowy kontrakt, ale musiał go kończyć przed czasem, bo kluby nie były w stanie się wywiązać. We Fluminense Rio de Janeiro rozegrał tyko siedem meczów, a umowa została terminowana. Oficjalnie karierę zakończył dopiero trzy lata później. Grupa żyjących na jego koszt przyjaciół nie ulegała jednak zmianie, podobnie jak jego wystawny tryb życia. Otaczał się drogimi samochodami i równie drogimi kobietami – w garażu miał ferrari, porsche, bentleye i bugatti, a przez jego sypialnie przechodziły kolejne modelki i dziewczyny z Instagrama.

W 2018 roku musiał dementować informacje, które przewinęły się przez światowe plotkarskie media, że zamierza poślubić dwie kobiety jednocześnie. Chociaż obie mieszkały w jego domu. Później były samowolki budowlane, wojna z fiskusem, aż ta kręta droga zaprowadziła uśmiechniętego geniusza do paragwajskiego więzienia.

A jednak 40. urodziny Ronaldinho to nie czas by pamiętać o jego upadkach, ale o jego wpływie na futbol. Był najważniejszym piłkarzem ery tuż przed Messim i Cristiano Ronaldo. Są tacy, którzy będą się upierać, że samym talentem przewyższał obu, tylko zdecydowanie zbyt często mu się nie chciało i nigdy nie wykształcił w sobie etyki pracy. Ronaldinho idealnie charakteryzuje słynna reklama Nike z 2005 roku. To pierwszy filmik, który na dopiero co utworzonej stronie do dzielenia się nagraniami wideo – YouTube – uzyskał ponad milion wyświetleń. Był to pewnie jeden z ostatnich virali, który przenosił się także tradycyjnymi środkami – na płytach CD, na USB, torrentami i e-mulami. Na wideo widać jak Ronaldinho dostaje nowe buty i zachęcany przez kuriera postanawia je wypróbować. Żongluje od niechcenia na linii pola karnego po czym oddaje strzał na bramkę, piłka odbija się od poprzeczki i wraca wprost na jego nogę. Brazylijczyk żongluje więc dalej, i znów posyła strzał w poprzeczkę, który wraca idealnie do niego. I tak kilka razy z rzędu.

BOISKOWA MAGIA

Pytanie jakie zadawali sobie kibice na całym świecie, z nosami wklejonymi w monitor, brzmiało – czy to się naprawdę wydarzyło? Fotomontaż? Jakiś trick, czy jednak on to zrobił? Gdyby na tym filmiku był jakikolwiek inny piłkarz nikt by nie miał wątpliwości, że to komputerowa obróbka. Ale Ronaldinho? Jego akurat by było na to stać.

Bo właśnie magia to była jego domena. Już jego pierwszy gol po transferze do Barcelony (w 2003 roku przeszedł za 30 milionów euro z PSG) zwiastował, że bywalców Camp Nou czekają niezwykłe uniesienia. W meczu z Sevillą dostał piłkę jeszcze na własnej połowie, tuż przy linii bocznej. Minął jednego zawodnika rywala, ściął do środka, minął kolejnego i w pełnym biegu huknął z 25 metrów. Piłka odbiła się jeszcze od poprzeczki, od linii bramkowej i wpadła do siatki. Wcześniej na mistrzostwach świata tak uderzył z rzutu wolnego, że wrzucił piłkę za kołnierz angielskiemu bramkarzowi Davidowi Seamanowi, a Canarinhos awansowali do półfinału. W nim Ronaldinho nie zagrał, bo siedem minut po słynnym do dziś lobie dostał czerwoną kartkę.

Wielu kibiców na hasło „Ronaldinho” natychmiast staje przed oczami jego niesamowita bramka w meczu Ligi Mistrzów z Chelsea w 2005 roku. Dostał wówczas podanie na skraju pola karnego, ale wokół było tak gęsto od obrońców zespołu Jose Mourinho, że zamknęli mu wszelkie opcje. Nie miał komu podać, nie mógł się rozpędzić, bo nie miał miejsca, więc stojąc z piłką przy nodze raz ruszył biodrem, drugi, aż w końcu kropnął z czuba, tuż przy słupku, tak że Petr Cech nawet się nie ruszył. Jeśli ktoś chciałby poznać definicję „gola z niczego”, powinien natychmiast tę bramkę zobaczyć. Ronaldinho mówił później, że czuł się jak w grze wideo, i jakby ktoś wcisnął na trzy sekundy pauzę, a on był jedynym, który wciąż się poruszał. Tamtego dnia Barcelona przegrała na Stamford Bridge aż 2:4 i odpadła. A jednak wszyscy pamiętają tylko tego niesamowitego gola Ronaldinho.

„ZBYT BRZYDKI”

Bo to był piłkarz, którego oglądało się właśnie dla magicznych momentów – a nie dla wyników. Kto by dziś pamiętał jak się skończył mecz z Villarrealem, gdy w polu karmym przyjął dośrodkowanie na klatkę piersiową, pozwolił piłce się przetoczyć po piersi, po czym się odwrócił i uderzył przewrotką? Kto pamięta ile goli wcisnęła Brazylia w meczu z Haiti, gdy Ronaldinho ruletą oszukał całą linię obrony, a później minął bramkarza? Kto dziś pamięta jak wysoko wygrali Canarinhos z Wenezuelą gdy ostrzyżony na zapałkę młodziak z Gremio Porto Alegre przedstawiał się dopiero światu jako Ronaldinho Gaucho, żonglując piłką w polu karnym rywala, przerzucając piłkę nad głowami obrońców, zanim ją wpakował do siatki z ostrego kąta?

Większość pamięta za to, że w listopadzie 2005 roku w meczu z Realem Madryt na Santiago Bernabeu Brazylijczyk zdobył dwie piękne bramki po solowych rajdach, a publiczność w stolicy Hiszpanii po drugim golu wstała i nagrodziła Ronaldinho owacją na stojąco. Mimo iż wygrana 3:0 w El Clasico oznaczała, że to Barca stała się faworytem do mistrzostwa i tej szansy z rąk nie wypuściła, mimo iż w obu akcjach zostawiał bezradnego na ziemi młodego obrońcę Królewskich Sergio Ramosa. Jeśli kibice największego, odwiecznego rywala tak fetują piłkarza, musi być wyjątkowy. Jakby na potwierdzenie tej unikalności kilka tygodni później Ronaldinho odebrał Złotą Piłkę.

A niewiele brakowało, by Ronaldinho został zawodnikiem Realu. Jego transfer z PSG na Santiago Bernabeu był blisko, ale ostatecznie Florentino Perez stwierdził, że Brazylijczyk jest „zbyt brzydki”. Że w Galacticos muszą być piłkarze, którzy poza boiskiem będą nakręcać szał na markę znaną jako Real Madryt. Perez sprowadził więc w jego, i nie tylko jego, mniemaniu najprzystojniejszego piłkarza, sportowca, który jako jeden z pierwszych zrozumiał czym jest „marka osobista”, i który wiedział doskonale, że prowadzi firmę, czyli Davida Beckhama.

Anglik był wcześniej po słowie już z Joanem Laportą – kandydatem na prezydenta Barcelony. Katalończyk obiecał socios, że jeśli go wybiorą na urząd, sprowadzi Spice Boya na Camp Nou. Gdy jednak „Becks” wybrał Madryt, trzeba było natychmiast działać. Najpierw Laporta próbował nakłonić Thierry’ego Henry’ego, ale ten został w Arsenalu, gdy więc opcja z Francuzem nie wypaliła, musiał skusić Ronaldinho. Tymczasem Brazylijczyk po fiasku z Realem był już jedną nogą w Manchesterze United, ale na szczęście dla wszystkich kibiców Barcy Laporta dopiął swego. Chociaż pewnie niektórzy zadają sobie pytanie, co by się stało jeśli roześmiany magik trafiłby pod skrzydła Sir Alexa Fergusona? Może zrozumiałby priorytety. Inna sprawa, że może gdyby Ronaldinho włożyć na siłę w ramy, to zniknęłyby uśmiech a z nim magia? Może jednak też dziś nie świętowałby urodzin w paragwajskim więzieniu?

Aha – filmik z reklamą Nike z 2005 roku ostatecznie okazał się komputerową manipulacją. Ale kto by się tym przejmował? W końcu to Ronaldinho – on by tak umiał.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz