Tuba nagłaśniająca Azerów. Karabach, czyli klub z miasta po apokalipsie

Zobacz również:Najlepszy piłkarz ekstraklasy wraca. Poważne zbrojenia mistrza Polski
Karabach-1177964500-kopia.jpg
Fot. Aziz Karimov/Getty Images

W obliczu zaogniającego się konfliktu o Górski Karabach między Azerbejdżanem a Armenią, warto porozmawiać o pucharowym rywalu legionistów. Ilekroć występuje w fazie grupowej czy mierzy się z tuzami pokroju Arsenalu, Chelsea, Sevilli czy Atletico, rząd w Baku świętuje. Poprzez futbol, nawet w niezbyt utalentowanym kraju, całkiem skutecznie można budować pozytywny wizerunek w świecie.

Operacja Karabach, podobnie jak Charleroi, to najważniejszy dzień w polskiej piłce klubowej w tym roku. Na fazę grupową europejskich pucharów czekamy od czterech lat, a ostatni raz dwie nasze drużyny w IV rundzie eliminacji Ligi Europy mieliśmy w 2015 roku. Wtedy Legia zadbała o jesienne mecze z Napoli czy Club Brugge, a Lech o starcia z Fiorentiną czy Basel.

Zanim jednak czwartkowe spotkanie ekipy Czesława Michniewicza, trzeba było pozastanawiać się, czy Karabach w ogóle przyleci do Warszawy i czy mecz z Legią się odbędzie. Tyle zamieszania wywołał głośny konflikt Azerbejdżanu z sąsiednią Armenią. Doprowadził on między innymi do zamknięcia lotów cywilnych ze wszystkich lotnisk w kraju. Akurat wieloletni mistrz Azerbejdżanu i tak miał zagwarantowany czarter oraz wsparcie władz w Baku, lecz wątpliwości pozostawały. Łącznie z tym, że początkowo wolał ukrywać właściwą trasę podróży zespołu.

Dopiero w ostatnich kilkudziesięciu godzinach konflikt na Kaukazie poważnie się zaostrzył. Rządy ormiańskie i azerskie spoglądają na siebie z teoretycznym przekonaniem, że mogą przystąpić do negocjacji, ale to druga strona za wszelką cenę unika sensownych rozmów. W tym czasie w stolicy Górnego Karabachu dochodzi do wybuchów, wyciągana jest coraz cięższa artyleria, nie brakuje ofiar, szczególnie wśród najmłodszych żołnierzy, na liście zmarłych widzimy nastolatków, pierwsze głosy o cywilach również się pojawiły. Dezinformacja jest gigantyczna, ale tu chodzi również o pokaz siły.

Spór o Górski Karabach ma wieloletnie podłoże – formalnie w wyniku rozgrywek politycznych jeszcze po I wojnie światowej został przydzielony Azerom, dopiero Józef Stalin przypisał go azerbejdżańskiej republice sowieckiej. Ten fragment jednak przez większość czasu był zamieszkiwany przez Ormian, zresztą także do teraz jest kontrolowany przez ich wojsko. Mapy wskazują jednak na Azerbejdżan. Powstała nawet Republika Górskiego Karabachu z suwerennym rządem, ale nie uznaje go żadna ze stron konfliktu.

Sześcioletnia, krwawa wojna (1988-1994) na tych terenach trwała w czasach rozpadu ZSRR, lecz głęboko zakorzeniony spór odżył mocno w zeszły weekend. Kiedy cztery lata temu na moment zerwano rozejm, zginęło ponad 200 osób, teraz znów wojska wkroczyły do akcji. Dodatkowo do akcji wciągane są mocarstwa Rosji oraz Turcji, ich rządy wywoływane do mównicy, dlatego to potencjalnie coś więcej niż walka o terytorium. W tle mamy jeszcze istotną pozycję na rynku energetycznym niezbędnie powiązanym z pobliskim Południowym Kaukazem.

Obie strony prześcigają się w wypuszczaniu różnych informacji błyskawicznie dementowanych przez rywala. Łącznie z liczbami ofiar czy powodami wznowienia walk. Ormianie oskarżają Azerbejdżan o atak lotniczy w niedzielę, w odpowiedzi słyszą, że to kontrofensywa na prowokację wojskową. Żyjemy w czasach dezinformacji, ale stan wojenny został już wprowadzony po obu stronach i trudno powiedzieć, czy potrwa kilka dni jak ostatnim razem, czy narastające groźby przerodzą się w coś poważniejszego. Na pewno jednym, jak i drugim mocno zależy na tym, aby zasygnalizować, na co byłoby ich stać w razie ostateczności, na jakie środki i sojuszników mogliby liczyć.

Karabach-868745704-kopia.jpg
Fot. Burak Akbulut/Anadolu Agency/Getty Images

Jakie z tym wszystkim związki ma klub piłkarski Karabach? Już sama nazwa – oryginalnie Qarabağ – jednoznacznie wiąże drużynę z tym spornym, górskim regionem. Kaukaska Barcelona, jak nazywają klub nad Morzem Kaspijskim, przez większość swej historii, zmian nazwy, zawieszania rozgrywek czy wstrzymywania działalności klubu, była bardziej ormiańska niż azerska. Z upływem lat, a już najbardziej na początku XXI wieku wzrastała jednak na potędze holdingu Azersun z Azerbejdżanu, niby prywatnego, jednak dziś jednoznacznie skojarzony z rządem w stołecznym Baku. Zresztą jako ambitny projekt sportowy Karabach ma aktywną funkcję w promocji działań państwa azerskiego.

A to, chcąc nie chcąc, budzi w świecie jednoznaczne skojarzenia. Myślimy Karabach, dopowiadamy Agdam, a w głowach pojawia się flaga Azerbejdżanu. Nie ma znaczenia, że formalnie to Qarabağ Futbol Klubu, miasto powstania osadziło się mocno w łączeniu faktów. Nawet jeśli już dawno Karabach nie stacjonuje w miejscowości-widmo, opustoszałej, zdruzgotanej przez wojnę i nalot ormiańskich wojsk, każdy jego sukces sportowy przywołuje skojarzenia z tym miejscem. A to w spornej sprawie stawia w lepszej sytuacji świadomościowo-rozwojowej Azerbejdżan. Później takie rzeczy jak organizacja Euro 2020 w Baku czy sukcesy w europejskich pucharach tylko sprzyjają polityce kraju czy snuciu modernistycznych wizji.

„Jesteśmy od ponad 25 lat wygnańcami, nie gramy w naszym mieście Agdam, przenieśliśmy się do Baku. Ale dla nas jest bardzo ważne, symboliczne to, że my reprezentujemy właśnie ten region, właśnie Karabach. Nie chcemy ziemi Armenii, nie chcemy wchodzić na ich teren. Chcemy tylko to, co jest nasze. Grał u nas wasz piłkarz Jakub Rzeźniczak. Zapytajcie go o naszą historię. Był tu, poznał ją. Powtarzam: jesteśmy wygnańcami, ale w sercu mamy region, który reprezentujemy, choć w którym niestety nie mamy możliwości przebywania i gry” – tłumaczył rzeczni klubu Nurlan Ibrahimow w rozmowie z Piotrkiem Koźmińskim z Super Expressu.

Aby uściślić fakty: samo miasto etnicznie było bardziej azerskie, zaś cały region bardziej ormiański. Piłka ostatecznie włączona w polityczną grę domysłów, a naładowanie Karabachu (mówimy o klubie) pieniędzmi konglomeratu Azerbejdżanu miało dać światu potrzebną dla rządu w Baku tubę nagłaśniającą. Wyraźny, jednoznaczny głos oparty na wynikach i boiskowych emocjach.

Ilekroć słyszeliśmy o Karabachu w Europie, Baku świętowało w najlepsze. Ich pijarowska maszynka spełniała swoją rolę. Kiedy dwukrotnie urywali punkty Atletico Madryt w Lidze Mistrzów, świat oglądał wtedy flagę Azerbejdżanu. Gdy tylko jednym golem ustępowali Tottenhamowi, Romie czy Arsenalowi, Azerowie dumnie wypinali pierś. Mogli mieć w pamięci, gdy w 2013 roku potrzebowali dogrywki, aby wyeliminować Piast Gliwice, a już chwilę później wskoczyli na inną półkę i kradli punkty Interowi Mediolan oraz Monaco.

Przez tylu renomowanych przeciwników świat zdążył już dobrze poznać ekipę wywodzącą się z Górskiego Karabachu, ale teraz wszytą w tkankę miejską azerskiej stolicy. Podobny efekt miały przecież wywoływać inne sukcesy – takie jak zagwarantowanie Azerbejdżanowi przez dyktatora Grand Prix w Formule 1 albo finału Ligi Europy ze zwycięską Chelsea. Dlatego właśnie dla nich mecz z Legią nie będzie byle jakim starciem. Zwłaszcza w obecnej, napiętej sytuacji w regionie sporu nabiera większego znaczenia. Karabach musi wysyłać pozytywne sygnały w świat, dlatego występuje w fazie grupowej europejskich pucharów niezmiennie od 2014 roku. Pieniędzy i klasowych piłkarzy jakby mniej, ale nie na tyle, aby nie czuć się faworytem rywalizacji z warszawską Legią.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.