Złote dziecko e-sportu, turniej Neymara i FIFA z Danim Olmo. Pionierka wirtualnej Bundesligi (WYWIAD)

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
Pierwsza kobieta w wirtualnej Bundeslidze
materiały prasowe

Gra w ataku kobiecej sekcji RB Lipsk, a po treningu zamienia korki na joystick i reprezentuje klub w wirtualnej Bundeslidze, gdzie dotarła jako pierwsza w historii kobieta. Lena Gueldenpfennig opowiada o przenikaniu się światów sportu i e-sportu, byciu przykładem dla młodszych dziewczyn, fenomenie Andersa Vejrganga i partyjkach w FIFĘ z gwiazdami futbolu.

Na początek uporządkujmy. Rozmawiam bardziej z piłkarką RB Lipsk, czy z zawodniczką sekcji e-sportowej?

Lena GUELDENPFENNIG: Czuję się zarówno sportowczynią, jak i e-sportowczynią. Jednak jeśli miałabym wybrać, na razie bardziej skupiam się na futbolu, bo w piłkę grałam już od dzieciństwa. E-sport pojawił się w moim życiu jako coś dodatkowego, choć oczywiście chciałabym się rozwijać również w tej kwestii i być może kiedyś stanie się to moim głównym zajęciem.

Jak doszło do tego, że została pani pierwszą kobietą w wirtualnej Bundeslidze?

- W trakcie pierwszego lockdownu, gdy mecze piłkarskie były odwołane, więcej grałam na PlayStation. Wzięłam wtedy udział w zorganizowanym przez DFB turnieju charytatywnym. Udało mi się go wygrać. Dzień później dostałam telefon z sekcji e-sportowej RB Lipsk. Powiedziano mi, że widzieli mnie w akcji, planują w lecie budować nowy skład na kolejny sezon i spytali, czy miałabym ochotę w tym uczestniczyć. Zostałam zaproszona na spotkanie, podczas którego pokazano mi, jak funkcjonuje sekcja. Bardzo mi się spodobało i dlatego jestem tutaj.

Oferta kompletnie panią zaskoczyła, czy już wcześniej miała pani myśl, by spróbować w tej dziedzinie?

- Nie, zupełnie tego nie planowałam. To było kompletnie przypadkowe. Turniej, w którym brałam udział, był tylko hobbystyczny. Nie wiem, czy mam wystarczający potencjał, by robić to zawodowo. Ale mamy w sekcji trenera, który mi doradza, przeprowadza treningi, ocenia i analizuje naszą grę, co bardzo pomaga się rozwijać, więc być może uda mi się wejść na odpowiedni poziom. Zobaczymy, jak uda się to połączyć z moimi studiami oraz z futbolem. Widać jednak, że e-sportowa stroną mojej działalności wzbudza sporo zainteresowania, więc nie wykluczam, że mocniej wejdę w ten świat.

Było dla pani ułatwieniem, że już wcześniej była zawodniczką sekcji piłkarskiej RB?

- Na pewno w klubie byli zadowoleni, że znaleźli do drużyny kogoś, kto już był na miejscu. Chłopacy z sekcji, którzy pochodzą z innych miast, muszą tutaj dojeżdżać albo zostawać w Lipsku na noc. Było więc moją zaletą, że pochodzę z okolicy. Poza tym zawsze to możliwość rozwijania talentów młodzieży związanej z klubem.

Zastanawia mnie, dlaczego obecność kobiety w wirtualnej Bundeslidze jest taką rzadkością. Teoretycznie nie ma przecież przeciwwskazań, by kobiety rywalizowały w FIFIE na równym poziomie z mężczyznami.

- To prawda. Byłam pierwszą, którą zakontraktowano. Jest zarejestrowana jeszcze jedna w Bayerze Leverkusen, ale spodziewam się, że będę też pierwszą, która rozegra mecz w ramach Bundesligi, bo są ustalenia, że dostanę taką szansę. Teoretycznie da się oczywiście grać na podobnym poziomie, choć zawodowo bardzo niewiele kobiet to robi. E-sport to w dużej mierze męska scena. Myślę, że nawet jeśli dziewczyny lubią grać w FIFĘ, niewiele ma odwagę, by się z tym ujawnić szerszej publiczności. Moim celem jest pokazać, że się da i że nie trzeba się niczego bać, bo w e-sporcie obojętne, czy jest się kobietą, czy mężczyzną. Można być tak samo dobrym. Chciałabym być pod tym względem przykładem dla innych dziewczyn.

Dla pani gra w FIFĘ zaczęła się jak dla większości osób – od zainteresowania futbolem?

- Tak. Byłam w internacie sportowym, w którym często grałam z przyjaciółmi w FIFĘ. Zorientowałam się, że nie jestem taka słaba i, że całkiem dobrze mi idzie. Potem dostałam swoje PlayStation, więc kiedy nie musiałam być w szkole albo na treningach, grałam z przyjaciółmi. Miałam szczęście, że przerodziło się to w coś poważniejszego.

Co w pani sytuacji daje większe perspektywy utrzymania się – gra w piłkę, czy gra w FIFĘ?

- W 2. Bundeslidze, czy nawet w kobiecej Bundeslidze ciężko utrzymać się wyłącznie z grania w piłkę. Dlatego większość zawodniczek równolegle studiuje, by dać sobie alternatywę, na wypadek, gdyby ich kariera nie potoczyła się na tyle dobrze, by móc żyć z gry w piłkę. U mnie też może się to jeszcze potoczyć w każdą stronę. Z e-sportu da się żyć, lecz pytanie, czy rozwinę się na tyle, by wejść na taki poziom, na którym będzie to możliwe.

O występy na razie nie jest łatwo, bo gra pani w zespole, który jest liderem Bundesligi. A w odwodzie pozostaje jeszcze Anders Vejrgang, 14-letnie cudowne dziecko e-sportu. Jak się pani odnajduje w tym towarzystwie?

- To prawda, jestem częścią silnego zespołu. Zasłużenie zajmujemy pierwsze miejsce i robimy super rzeczy. Anders wciąż jest niepokonany w Weekend League. Ja staram się ich podpatrywać i zdobywać doświadczenia. Gdy będę grała, zawsze będę miała kogoś u boku. To trochę zdejmuje presję. Na pewno debiutowi będzie towarzyszyła trema, ale zawsze łatwiej sobie z nią radzić, gdy trener w odpowiednim momencie coś podpowie, zmotywuje. Bardziej doświadczeni zawodnicy czasem nie chcą, by trener siedział obok nich. Mnie jednak łatwiej w taki sposób sobie poradzić.

Mówi się o drużynie e-sportowej, ale czy nie jest tak, że to w rzeczywistości sport indywidualny?

- Nie, bo jesteśmy jak rodzina. Nie jest tak, że każdy gra dla siebie. Kiedy jeden gra, wszyscy siedzą wokół niego. Kibicują, cieszą się, motywują, a kiedy idzie słabo, wszyscy podbudowują. Byliśmy razem w Salzburgu, gdzie lepiej się poznaliśmy. W dniu meczowym wszyscy żyjemy wydarzeniem, które nas czeka. W e-sporcie siedzenie na ławce nie frustruje tak, jak frustrowałoby w piłce. Samo podpatrywanie jak zawodnicy utrzymują koncentrację, jacy są profesjonalni, robi wrażenie. Dobrze się na to patrzy, choć nie mogę się doczekać, aż sama będę mogła spróbować.

Vejrgang faktycznie jest niesamowity na tle innych zawodników? Zdarza mu się przegrywać na treningach?

- Nie ma ani trochę przesady w tym, co się o nim mówi i pisze. Nie wiem, jak on to robi, ale to, jak gra, jest nie do dopisania. Choć oczywiście też czasem mu się zdarza przegrać jakiś mecz. Po tym, jak radzi sobie w Weekend League widać jednak, że ma wielki talent, który musi wykorzystać.

Proszę opowiedzieć coś więcej o treningach i przygotowaniach do meczów. Jak się to odbywa?

- Na razie brałam udział tylko w meczach pokazowych. W ramach przygotowań do nich skupialiśmy się na tym, jakie są moje silne strony, jakie słabości i jak można sobie z nimi radzić. Wskazane elementy były dodatkowo trenowane. Dostajemy też nagrania, które mają nam pokazać, co w meczach zrobiliśmy dobrze, a co źle. Później rozgrzewamy się jeszcze paroma sparingami i zaczynamy. Trener daje w trakcie meczów również wskazówki taktyczne. Sugeruje, by teraz utrzymać się przy piłce albo wskazuje moment, w którym warto zaatakować, czy zostać z tyłu. Trzeba jednak samemu znaleźć drogę, czy gra się bardziej na utrzymanie piłki, czy na szybki atak. W trakcie pandemii mam na nie więcej czasu, więc każdego dnia gram około dwóch godzin. Raz w tygodniu mamy czas na spotkanie z trenerem, podczas którego analizujemy nagrane mecze i rozmawiamy o tym, co można poprawić.

Czy w jakiś sposób pani doświadczenia piłkarskie przydają się przed ekranem?

- Tak, bo trema przed meczem, konieczność skoncentrowania się oraz chęć zwycięstwa są podobne. W FIFIE najważniejszą umiejętnością jest pozostawanie zawsze spokojnym. To często pomijany czynnik. Może się wydawać, że to jest łatwe, ale sama po sobie widziałam na początku, że po straconych golach łatwo się denerwowałam, przez co coraz mniej piłek docierało do celu i złość się nakręcała. Teraz lepiej potrafię się już wyłączyć i skoncentrować na grze. Myślę, że jako piłkarce łatwiej mi też rozpoznawać różne sytuacje w grze. Mam lepszy przegląd całości. Zauważam, jak się ustawił bramkarz, widzę, gdzie teraz warto zagrać. To pewnie moja przewaga względem tych, którzy grają tylko w FIFĘ.

Wzbudza pani medialne zainteresowanie jako pierwsza kobieta w Bundeslidze, ale przyznam, że dla mnie jeszcze ciekawsze jest to, że łączy pani grę w piłkę z e-sportem. To zwykle światy, które są sobie przeciwstawiane.

- Mam porównanie i dlatego uważam, że e-sport zasługuje, by uznawać go za pełnoprawną dyscyplinę sportu. Gra na dobrym poziomie też wymaga tu dużo czasu, męczących treningów, koncentracji. Nie jest łatwo tak długo utrzymać skupienie na grze. Tylko sportowcy mają tę umiejętność. U nas w drużynie też nie jesteśmy stereotypowymi e-sportowcami, którzy tylko siedzą przed ekranem i nie mają innego życia. Jeden z chłopaków regularnie gra w piłkę, drugi woli siłownię, ale obaj są w dobrej formie. Nie grają przez cały czas na PlayStation. Wszyscy uprawiamy sport, choć tylko ja w dwóch sekcjach.

Kobieca drużyna RB Lipsk zajmuje pierwsze miejsce w 2. Bundeslidze. Co, jeśli awansuje? Da się grać w dwóch Bundesligach jednocześnie?

- Ciężko powiedzieć, bo gdy futbol wróci do gry, codziennie będę miała treningi. Do tego dochodzi nauka, a wieczorem musiałabym jeszcze grać w FIFĘ. Pewnie ze dwa razy w tygodniu opuściłabym przez to e-sportowy trening, bo priorytetami są dla mnie piłka i nauka. Teoretycznie nie powinno być jednak problemu z połączeniem jednego i drugiego, bo w klubie na pewno staraliby się mi to ułatwić. E-sport to na razie coś, co robię dobrowolnie. Ale mecze w wirtualnej Bundeslidze odbywają się raczej w środy, która z kolei jest zwykle wolna od treningów piłkarskich. Mogłabym więc grać i tu, i tu.

Grając w e-sportowym Lipsku, można poczuć, że jest się częścią słynnego projektu RB?

- Tak, bo to cała filozofia marki, by rozwijać i promować młode talenty, iść nowymi ścieżkami, czego zarówno ja, jak i Anders jesteśmy przykładami. Często jesteśmy na Red Bull Arenie, w której pobliżu mamy swoje mieszkania. Niektórzy zawodnicy RB sami grają w FIFĘ i czasem nas odwiedzają. Zdarza się, że gramy przeciwko sobie. Niedawno był u nas choćby Dani Olmo.

Są piłkarze, którzy odważą się zagrać przeciwko komuś z sekcji e-sportowej?

- Tak, to się zdarza. Oczywiście przegrywają, bo przecież e-sportowcy robią to zawodowo, ale takie mecze fajnie wpływają na atmosferę w klubie i budują poczucie jedności. Zresztą muszę powiedzieć, że Dani Olmo gra naprawdę całkiem dobrze. Dennis Borkowski bierze czasem nawet udział w turniejach i zaczął streamować swoje mecze. Fajnie, że piłkarze interesują się tym, co robimy, a my kibicujemy im. Dzięki temu tworzymy zorganizowaną grupę.

W FIFIE zawsze wybiera pani RB Lipsk?

- W meczach oraz na treningach tak, ale w trybie Ultimate, gdzie robi się skład zbudowany z dowolnych zawodników, wybieram piłkarzy z całego świata, nie tylko z naszego klubu.

Pierwszy wybór to Joshua Kimmich?

- W FIFIE akurat nie. Ale na boisku zawsze był dla mnie przykładem. Wzorowałam się na nim już w czasach, gdy grał w Lipsku. Podziwiałam go za styl gry i za to, jak radził sobie na boisku w tak młodym wieku. W Bayernie też został jednym z liderów, choć to był wtedy wielki krok do przodu w jego karierze. Pomijając niego, jestem jednak fanką RB.

A jednak przy tylu ciekawych przeżyciach, jakie przyniósł pani futbol, największe chyba nie jest akurat związane z Lipskiem? Chodzi mi oczywiście o finał turnieju Neymar Junior’s Five.

- Zdecydowanie. To było jedno z najlepszych doświadczeń w życiu. Stworzyliśmy ze znajomymi zespół i spróbowaliśmy wziąć udział w turnieju. Kwalifikacje odbywały się na stadionie w Lipsku. Przeszliśmy je i awansowaliśmy do finału w Stuttgarcie, który wygraliśmy, co oznaczało możliwość wylotu do Brazylii na światowy finał. Mieliśmy po 16-17 lat. To był dla nas duży szok, że mogliśmy sami polecieć na inny kontynent. Pobyt był sponsorowany przez Red Bulla i na miejscu mieliśmy szereg atrakcji, przez co dla nas wszystko wydawało się nierealne, jak z innego świata. Graliśmy na stadionie zbudowanym przez Neymara, w jego obecności. Był też choćby Dani Alves. Niestety, nie doszliśmy do półfinału. Szkoda, bo w finale byłaby możliwość zagrania przeciw Neymarowi i jego drużynie. Można też było wygrać możliwość odwiedzenia go we Francji. Szybko jednak przestaliśmy żałować, a zaczęliśmy się cieszyć pobytem tam. Przegapiliśmy w końcu lot powrotny. Sama możliwość znajdowania się pół metra od Neymara, patrzenia na żywo, jak wykonuje tricki, była jednak bardzo inspirującym i motywacyjnym przeżyciem, które dało jeszcze większego kopa mojemu zainteresowaniu futbolem.

Rozmawiał Michał Trela

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.