2020 był na tyle zły, że po prostu musiał zakończyć się premierą takiego filmu (RECENZJA)

Zobacz również:„Jackass” powraca! Pierwszy trailer nowego filmu to czyste szaleństwo
wszyscy.jpg
fot. Marina Rygalina

Amerykańscy giganci przestali już traktować młodą widownię jak idiotów, wydając ciężkie pieniądze na Euforię albo Sex Education. Tymczasem w Polsce za krynicę żartu dla nastolatków uchodzi scena, w której typ sika dziewczynie na twarz. Tak, to naprawdę dzieje się we Wszyscy moi przyjaciele nie żyją.

Pewnie w tym momencie twórcy zagrzmią: przecież to jest komedia i pastisz! Tak miało być! My odpowiemy tekstem inspektora z pierwszych scen tego filmu: coś poszło nie tak.

Na papierze cross kina gore i teen sex comedy brzmi fajnie. Pod warunkiem, że umie się je robić. I o ile z gore wyszło (z drugiej strony - można w ogóle nakręcić nieudane gore?), o tyle z komedią... Dobra, nie przedłużając. Noc sylwestrowa, akcja rozgrywa się w wielkiej willi. Rodzice wyjechali, dzieci - brat i siostra - robią imprezę, która odrobinę wymyka się spod kontroli. Pierwszy trup pada przypadkowo, podczas potajemnych igraszek, gdy gospodyni (Julia Wieniawa) zdradza swojego chłopaka, wyglądającego jak ten koleżka z teledysku Pretty Fly Offspringów. Potem już ściele się gęsto i nie będzie większym spoilerem, jeśli powiemy, że z tej jatki prawie nikt nie ujdzie cało, skoro o tym wiadomo już po kilku minutach. Niestety pomiędzy momentami, w których do lepszego świata odchodzą kolejni imprezowicze, musi się jeszcze coś dziać. I tu robi się najmniej przyjemnie.

Kulą u nogi polskich filmów masowych są zazwyczaj dialogi. Drewniane jak mokry sen kornika drukarza, brzmiące jakby pisali je ludzie z agencji reklamowych, w przerwie pomiędzy briefem jogurtu i kampanią influencerską. A już najgorzej jest z komediami, gdzie jest i sztucznie, i nieśmiesznie, i do tego na siłę. Kiedy za reżyserię i scenariusz bierze się Jan Belcl, facet z rocznika '92, a punktami odniesienia są tu produkcje ze stajni Judda Apatowa, to myślimy - okej, jest szansa. To może być ożywczy powiew do uniwersum małoletnich polskich komedii z ostatnich lat, pełnych potworności pokroju Jestem M. Misfit czy Studniówki. Kto ma lepiej czuć temat niż facet, który jest praktycznie rówieśnikiem głównych bohaterów? Niestety tu horyzonty sięgają Hollywood, ale wykonanie jest już stuprocentowo polskie. Serio - ten film wygląda tak, jakby napisała go Sexmasterka.

To nie jest tak, że krytykujemy wszystko, co krajowe, a amerykański pierd pachnie nam fiołkami. Usiadłem do Wszyscy moi przyjaciele nie żyją z nastawieniem na komedię, a właściwie jej specyficzną odmianę - teen sex comedy. Pełną nawiązań do seksu i żartów grubo poniżej pasa. Czyli czegoś, co Judd Apatow doprowadził do perfekcji, łącząc koszarowy żart z niebywałą błyskotliwością i czujnie wplecionymi odniesieniami do kultury popularnej. McLovin? McLovin? Co ty, kur*a, jesteś Seal? - gorączkuje się jeden z bohaterów jego doskonałego Supersamca, widząc, że kolega podrobił sobie dowód tak nieudolnie, że znajduje się na nim wyłącznie nazwisko. A w ogóle to zdejmij tę kufajkę, wyglądasz jak Aladyn - dopowiada. Poza tym w amerykańskich teen sex comedies nie chodzi tylko o seks - wtedy równie dobrze moglibyśmy odpalić sobie pornosa - ale generalną przekminę trudów wchodzenia w dorosłość; mówi o tym i Supersamiec, i American Pie, i szereg innych tytułów; na upartego nawet można wrzucić tam Grzecznych chłopców, gdzie bohaterowie mają po 10 lat. Tu za to mamy monolog Glorii, 40-letniego wampa, która najpierw przez pół filmu wije się przed małolatami, żeby nagle - Bóg jeden wie, dlaczego - wygłosić tyradę na temat tego, że związki młodszych mężczyzn ze starszymi kobietami są skazane na porażkę. Scena mocna, na pewno najlepsza w całym filmie, ale kompletnie przypadkowa.

Grająca Glorię Monika Krzywkowska to jedna z niewielu osób w obsadzie, które nie sprawiają wrażenia, jakby znalazły swoją rolę w paczce chipsów. Chociaż trzeba oddać, że Julia Wieniawa wcale nie wypada źle - umiejętnie bawi się stereotypem nastolaty z bogatego domu, bez szarżowania i błaznowania przed kamerą, w odróżnieniu od reszty sztywnej jak kołek młodej obsady. Ale dobra - nie włączamy takich tytułów dla oscarowego aktorstwa, tylko żeby się pośmiać. I ten film zwyczajnie nie jest zabawny, nie ma swojego flow, nie płynie. No chyba że kogoś bawią dialogi typu: oni nie wyrwaliby nawet tirówki na Zakopiance, bliższe Mazurskiej Nocy Kabaretowej niż produkcji, na którą Netflix wykłada ciężką kasę. To o tyle ciekawe, że żyjemy w rzeczywistości inteligentnych, sieciowych one-linerów i memów, a to pokolenie, do którego adresowany jest film Belcla, umie w humor jak żadne przed nim. Nieprzypadkowo wśród znanych polskich krytyków Wszyscy moi przyjaciele nie żyją dostało dobre recenzje głównie od ludzi po 30-tce i 40-tce, wychowanych na siermiężnym seks-żarcie z najniższych półek wypożyczalni wideo. Tymczasem uderzanie z takim dowcipem do pokolenia memów i Euforii przypomina wujaszka, który pyta na rodzinnym przyjęciu, czy młodzi bawią się klawo, bo prywatka jest, he, he, odjazdowa.

No właśnie - Euforia, I May Destroy You, ale i stuprocentowo komediowe Sex Education, czy nawet prehistoryczne z dzisiejszej perspektywy Skins. To wszystko tytuły, które definiują współczesny dialog filmowców z młodymi odbiorcami. Bezpruderyjna, szczera gadka i o fajnych, i niebezpiecznych stronach seksu, o tym, że jest super, kiedy wszystko odbywa się za zgodą obu stron. Tymczasem tu zamiast nowoczesnej narracji są jakieś pokraczne scenki z wystylizowanymi na siostry Godlewskie jurnymi imprezowiczkami, które rzucają się na facetów niczym lew na padlinę, Gloria każe parze lamusów symulować gejowski stosunek (MORDO DWÓCH TYPÓW JEST NIBY HETERO, A UDAJĄ HOMO, ZATRZYMAJ TĘ KARUZELĘ ŚMIECHU!!!), a zażenowana swoim chłopakiem dziewczyna odtrąca zaręczyny, wyzywając go od żałosnych pi*d - odrzucony małolat płacze, po czym chwyta za siekierę, dopada niedoszłą narzeczoną w kącie, bierze ją bez pytania i na ostro, a finalnie sika na nią, tryskając moczem na lewo i prawo. Poważnie. I jest to humor dziaderski, kompletnie odklejony od współczesności. Serio warto utrwalać tak żenujące wzorce? Mamy 2020, nie 1995.

Wszyscy moi przyjaciele nie żyją? Przynajmniej nie muszą oglądać tego filmu. Obok 365 dni najgorszego, jaki widzieliśmy w tym roku.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, współprowadzący „Bolesne Poranki” oraz „Plot Twist”. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej i spraw społecznych. Te absurdalne opisy na naszym fb to często jego sprawka.