4 szczególnie dziwne przykłady ingerencji cenzury w popkulturę

cover_parental-advisory-kopia.jpg

Kiedy następny raz będziecie kręcić nosem na to, że znowu ktoś ocenzurował film, grę albo piosenkę, pomyślcie o amerykańskich widzach, którzy nie wiedzieli, że istnieje coś takiego jak... spłukiwanie wody w WC.

Za pierwszego ocenzurowanego twórcę uważa się Sokratesa - jak widzicie, cenzura to nie wymysł współczesności, a temat ciągnący się za nami jeszcze na długo przed narodzinami Chrystusa. Grecki filozof został oskarżony przez poetę Meletosa o szerzenie teorii filozoficznych, które deprawowały młodzież. Ateński sąd ludowy skazał go na karę śmierci poprzez wypicie trucizny. To działo się 400 lat przed nastaniem nowej ery i pewnie w następnych stuleciach dałoby się znaleźć szereg innych, równie spektakularnych przejawów cenzury, ale my skupmy się na współczesności i cenzorskich nożyczkach, które biorą się za kulturę popularną.

Toaleta nie istnieje

To jest absolutnie niesamowite, ale przez całe dekady amerykańskie kino i telewizja traktowały toalety tak, jak dziś traktuje się wyjątkowo ostry seks - jako temat tabu, którego na ekranie pokazywać nie wolno. Dlaczego? Bo to nieobyczajne i już. W 1971 roku w sitcomie All In The Family można było usłyszeć odgłos spłukiwanej wody i była to pierwsza tego typu sytuacja w całej historii telewizji. Trzeba przyznać, że jak już poszło (he, he), to na całego; ledwie kilkanaście lat później do kin trafiła Naga broń - w jednej ze scen porucznik Frank Drebin podczas konferencji zapomniał wyłączyć mikrofon i udał się za potrzebą, a to, co wyrabiało się w toalecie, słyszeli wszyscy zgromadzeni na sali.

Sama toaleta pokazała się przedtem w serialu Leave It To Beaver, którego dwaj bohaterowie kupili małego aligatora i trzymali go w łazience. Ale nie w całości; po heroicznej walce z cenzurą producenci zadecydowali, że kamera obejmie tylko górnopłuk, nie pokaże za to muszli. True story.

Wiesz o co chodzi, jeśli oglądałaś Showgirls

Ach, Showgirls, definicja filmowego campu lat 90. Jeśli robisz film tak zły, że aż powstaje o nim dokument, to znaczy, że przesuwasz poprzeczkę dla kolejnych pokoleń. Co ciekawe, w tym przypadku autor nie był żadnym zdolnym inaczej - holenderski reżyser Paul Verhoeven zdążył później zwyciężyć na prestiżowym festiwalu filmowym w Wenecji. Oczywiście już z inną produkcją.

Showgirls opowiadał o zahukanej dziewczynie z prowincji, która przyjeżdża do Las Vegas i rozpoczyna karierę striptizerki. Był strasznie słaby, ale i wyjątkowo, jak na tamte czasy, odważny; nagość i seks pojawiały się przed kamerą niemal bez przerwy. Dopóki grano go w kinie z ograniczeniem wiekowym 18+, nikt nie robił z tego problemu. Gorzej, kiedy za Showgirls wzięły się telewizje, wykupiły prawa, a potem dopiero dowiedziały się, z jakiego sortu filmem mają do czynienia. Nie dość, że powycinano z niego wszystkie sceny seksu, czyli ukrócono film o ładnych paręnaście minut - w dodatku tworząc idiotyczne montażowe cięcia, po których widz był skołowany - to jeszcze tancerkom zasłonięto nagie biusty... komputerowo dorobionymi stanikami. Wyglądało to tak, jak wtedy, kiedy serwisy informacyjne zasłaniają przestępcom oczy.

Mesut Özil? Nie wiemy, nie znamy

Macki cenzury sięgają też gier wideo. Pod koniec 2019 Mesut Özil został wykasowany z chińskiej wersji Pro Evolution Soccer. Był piłkarz - nie ma piłkarza. I udajemy, że nic się nie stało. Powód? Özil publicznie skrytykował rząd chiński za politykę wobec społeczności Ujgurów, muzułmańskiej mniejszości zamieszkującej jeden z obszarów Chin; teren ten ma być pacyfikowany przez Chińczyków. Reakcja Pekinu była natychmiastowa. Rzecznik chińskiego rządu stwierdził, że Özil - swoją drogą, również muzułmanin - zawierzył fake newsom, a Chiny zwróciły się do dystrybutora gry, firmy NetEase Games, z prośbą o wykasowanie postaci piłkarza - oczywiście w wersji dla chińskich graczy. Ich prośba została spełniona, a w chińskim PES-ie były gracz Realu i Arsenalu nie istnieje.

Cenzura w muzyce, czyli zgaszony papieros McCartneya i tajemniczy singiel The Prodigy

Temat rzeka, którego najlepszym dowodem są słynne naklejki Parental Advisory, zamieszczane przez lata na albumach z kontrowersyjnymi lub/i wulgarnymi tekstami. Ich geneza jest fascynująca - na pomysł takich znaków ostrzegawczych wpadła żona polityka Ala Gore'a, Tipper Gore, która pewnego razu przesłuchała utwór Prince'a Darling Nikki i wpadła w konsternację, kiedy zrozumiała, że w tekście pojawia się wątek damskiej masturbacji. Gore doprowadziła do porozumienia, za sprawą którego na płytach zaczęto z początku umieszczać okrągłe naklejki o treści Warning: Tone of this record is unsuitable for minors. Na pewno dążyła do całkowitego zakazu wyśpiewywania takich treści - a później wprowadzenia systemu różnorakich oznaczeń przypominających te, którymi posługuje się branża filmowa (G, PG, PG-13, R i NC-17).

Oczywiście sława albumów z charakterystycznymi nalepkami sprawiała, że zamiast zniechęcić odbiorców do sięgania po zakazane treści, działo się wręcz odwrotnie. Jak celnie stwierdził w latach 90. dziennikarz magazynu Reason, Greg Beato: Jakakolwiek rapowa płyta nieposiadająca tego oznaczenia na okładce wydaje się od razu mocno podejrzana.

Ale nawet bez nich utwory - nie tylko rapowe - były cenzurowane przez lata. Radiowcy dokonywali przeróżnych tricków za konsoletą, byle tylko zagrać Cop Killa Body Count albo F**k The Police N.W.A. i nie wylecieć z roboty. Albo singiel Smack My Bitch Up The Prodigy, który bywał grany na przykład jako Smack albo Ten utwór The Prodigy. Macki cenzury dotykały nawet największych radiowych hitów. F**k You Cee-Loo Greena było nie tak dawno temu zmienione na Forget You, a Let's Get Retarded od Black Eyed Peas na Let's Get It Started. Cięć nie ustrzegło się nawet sędziwe Abbey Road Beatlesów, jedna z najważniejszych płyt w historii muzyki. Na okładce krążka - tak, tej, gdzie czwórka z Liverpoolu przechodzi przez ulicę - Paul McCartney trzymał w dłoni papierosa, niemal niewidocznego na pierwszy rzut oka. Nie szkodzi - fajek był wielokrotnie gumkowany z beatlesowskiego merchu.

O nikotynowej rewolucji pisaliśmy zresztą w tekście, w którym zastanawialiśmy się nad tym, jak będą wyglądać imprezy przyszłości - kto wie, być może za moment nawet nie będzie czego wymazywać, bo rolę papierosów zastąpią alternatywy, jak np. podgrzewacze tytoniu, które według kilkudziesięciu międzynarodowych organizacji są potencjalnie mniej szkodliwe od tradycyjnych papierosów (nawet o 95 proc.) Weźmy taki glo Hyper. Dochodzi tu do podgrzewania, a nie spalania tytoniu, przez co do organizmu nie dostaje się toksyczny dym.

Materiał powstał przy współpracy z partnerem

Podziel się lub zapisz
Różne pokolenia, ta sama zajawka. Piszemy dla was o wszystkich odcieniach popkultury. Robimy to dobrze.