5 nowych filmów kryminalnych, przy których poczujecie, jakbyście cofnęli się w czasie

Zobacz również:„Śmierć na Nilu” powinna być w encyklopedii pod hasłem „film dla każdego” (RECENZJA)
Na noże.jpg
fot. kadr z filmu "Na noże"

Nostalgia to zdradziecka bestia, ale akurat kryminał jest tym gatunkiem, z którym łączy się jak gin z tonikiem.

Zakrzywia rzeczywistość. Psuje odbiór. Impregnuje na nowe, ciekawe zjawiska. Ile to razy powtarzaliście za tym nosaczem sumeryjskim z mema: kurła, kiedyś to było. A potem sięgaliście po konkretny film, płytę czy grę, którymi zachwycaliście się w dzieciństwie i dochodziło do brutalnego zderzenia. Czar minął. Tak to jest, kiedy nieopatrznie za mocno zagłębimy się w toń nostalgii. Ale...

Ale co innego, gdy popkultura bezczelnie jedzie na zgranym patencie, a co innego, kiedy twórczo wykorzystuje znane schematy, by stworzyć coś nowego. Szczególnie ciekawym przypadkiem jest na tym polu kryminał. W literaturze szczególnie popularny w pierwszej połowie XX wieku, w kinie doszło do drobnego przesunięcia; fala popularności gatunku przypadła na okres przed i po II wojnie światowej. Bazujący na intrydze i skrzętnie budowanym klimacie, zostawiał miejsca na szereg niedopowiedzeń i wyrafinowaną grę z odbiorcą; przecież do końca nie było wiadomo, kto zabił. Tymczasem druga połowa XX wieku stała pod znakiem dzieł sztuki wykładających temat kawa na ławę, stawiających na rozmach i efekt. Tego dość kameralne z założenia kryminały nigdy nie mogły zaoferować, więc wraz z rozwojem kina akcji powoli odchodziły do lamusa.

murder orient express.jpg
fot. kadr z filmu "Morderstwo w Orient Expressie"

Ale finalnie nie umarły. Zapotrzebowanie na popkulturowe rozwiązywanie zagadek okazało się wyjątkowo mocne. Ludzie naprawdę chcą i lubią być zaskakiwani w kinie czy literaturze, czego idealnym przykładem był ogromny sukces Szóstego zmysłu, którego fejm był przenoszony za sprawą tzw. marketingu szeptanego. Tak, to jest ten film, w którym Bruce Willis... Dobra, starczy. O zainteresowanie łaknącego intryg odbiorcy skutecznie literaci; pierwsze dwie dekady XXI wieku stały pod znakiem kryminału skandynawskiego. Twórcy pokroju Henninga Mankella czy Stiega Larssona znakomicie łączyli suspens z psychologią, ukazując bohaterów wyczerpanych codzienną egzystencją, którzy jedyną radość życia wydają się czerpać z rozwikływania zagadek. To zupełnie inaczej niż choćby z takim Herkulesem Poirot z kart powieści Agathy Christie; sybarytą pokroju Roberta Makłowicza, który zaraz zabierze się za schwytanie przestępcy, ale najpierw musi napić się pysznej herbatki.

Od połowy minionej dekady można jednak zauważyć wzmożoną liczbę kryminałów stylizowanych na trendy sprzed lat. Szczególnie wybijają się dwie szkoły: czarnego amerykańskiego z lat 30. (znaki szczególne: wielkie miasto, zadymione przestrzenie, detektyw w kapeluszu) i brytyjskiego, właśnie spod znaku Agathy Christie (intryga zazwyczaj dziejąca się w nobliwym środowisku arystokracji). Zainteresowanie tymi dziełami wiąże się z ucieczką od współczesności; widzowie czują, że superbohaterskie blockbustery wbijają się w naszą codzienność drzwiami i oknami, więc chcą choć na moment przenieść się do dzieciństwa, kiedy babcia czytała im na głos Morderstwo w Orient Expressie. Spójrzmy na pięć filmów, które dobrze wpasowują się w ten trend.

1
„Śmierć na Nilu”, „Morderstwo w Orient Expressie”

Kenneth Branagh znalazł sobie niszę w postaci filmowych adaptacji dzieł Agathy Christie. I całkiem nieźle na niej zarabia; przychody z kinowej dystrybucji obu tych tytułów oscylują wokół 500 milionów dolarów. To nie są filmy, które zaskakują eksperymentalnym podejściem do tematu; Branagh po prostu odświeża doskonale znane przez koneserów Christie historie, ubierając je w piękną, wizualną oprawę. Jeśli szukacie kina bezpiecznego, do obejrzenia z całą rodziną – to właściwe wybory.

Bo fabuły wychodzą od podobnych punktów. Tu statek, tam pociąg. I tu, i tu zbrodnia, podejrzani są wszyscy podróżnicy. To kto zabił? Tego dowiecie się od detektywa Herkulesa Poirot, w obu filmach granego przez samego reżysera. I tak szczerze – to chyba najsłabsze elementy obu filmów; aż prosi się o kogoś nieco bardziej jowialnego, dowcipnego, a nie Branagha, który urodził się po to, by grać postacie z dramatów Szekspira.

2
„Na noże”

Niesamowita jest kariera Riana Johnsona – faceta z głębokiego Maryland (to ten zalesiony stan, w którym rozgrywała się akcja Blair Witch Project), piszącego taki scenariusz, jakby dorastał na brytyjskich torfowiskach, zaczytując się w angielskich kryminałach. W jego stuprocentowo autorskim projekcie Na noże (wyreżyserował i napisał jego scenariusz) intryga jest tak wielopiętrowa, że kiedy w finale poznajemy motywację osoby winnej śmierci pewnego bogatego pisarza, to musimy kilka razy powtórzyć sobie w głowie wszystko to, czego właśnie się dowiedzieliśmy, żeby odpowiednio ułożyć te klocki. A Johnson poza Na noże ma też w dorobku Loopera, Ostatniego Jedi i parę odcinków Breaking Bad – to a propos tej niesamowitości. Natomiast zdecydowanie musicie sprawdzić, jak poradził sobie z konwencją kryminału. Mała zachęta – poradził sobie świetnie. Na pewno nie odgadniecie zagadki w środku seansu.

3
„Osierocony Brooklyn”

Nowy Jork, lata 50. Cierpiący na zespół Tourette'a detektyw bada tajemnicę śmierci swojego mentora. Ale, jak to bywa w czarnych kryminałach, ta fabuła jest tylko pretekstem do opowiedzenia szerszej historii. W tym przypadku – historii moralnego i mentalnego upadku metropolii, ludzi pogrążonych w marazmie, znieczulonych częstotliwością otaczających ich zbrodni, bezwolnie wpadających w ramiona upadającego świata. Może trochę popłynęliśmy metaforyką, ale o tym samym opowiadały choćby powieści Raymonda Chandlera – klasyka gatunku. Osierocony Brooklyn to też takie chandlerowskie kino, w którym bohaterem nie jest detektyw, ale właśnie tytułowa dzielnica Nowego Jorku.

I chyba nie dziwi, że powstał w czasach, w których Ameryka znów boryka się z biedą i społeczną apatią, a nie w latach 80., erze gospodarczego boomu. Niby lata 50., a trochę jakby teraz.

4
„Zaułek koszmarów”

I jedna z propozycji najnowszych, chociaż w tym przypadku to może mniej kryminał, a bardziej moralitet, opowieść o winie i karze. Jego bohater, Stanton Carlisle, jest mentalistą, który pod wpływem psychiatry postanawia oszukać pewnego finansowego potentata. A gdzieś w tle mamy żywe do dziś problemy XX-wiecznych Amerykanów, życiowo przygniecionych przez galopującą recesję. I próbę odpowiedzi na pytanie: czy każdy, nawet najgorszy oszust i przestępca może liczyć w życiu na rozgrzeszenie? Nietypowy film, rozpięty pomiędzy cyrkowymi gabinetami osobliwości a kozetką u psychoterapeuty. Ale jeśli lubicie niegłupie dramaty, skoncentrowane na meandrach ludzkiego umysłu – to wasze kino.

Coś jeszcze? Tak – Zaułek koszmarów jest przepiękny wizualnie; przypomina jakąś przerażającą, kryminalną baśń, którą dziadkowie opowiadają siedzącym jak na szpilkach wnukom. Ale to już znak rozpoznawczy kina Guillermo Del Toro, człowieka, który dał nam Labirynt Fauna i Kształt wody. Jakkolwiek głupio to brzmi, ten film naprawdę się ogląda.

A gdyby tak filmy i seriale oglądać bez limitu transferu danych? W Orange Flex to możliwe. Wystarczy aktywować Video Pass, by korzystać z popularnych serwisów streamingowych wideo bez zużycia GB. Video Pass obejmuje m.in. HBO Max, Netflix, Player, YouTube i wiele innych. Usługę można włączyć w aplikacji Orange Flex, już od 5 zł.

tekst powstał przy współpracy z Orange

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję „Nevermind” w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej i spraw społecznych.
Komentarze 0
newonce.radio - Wciśnij play

newonce.radio

Wciśnij play