Kot – narkoman, psychodelia, śmierć, zniszczenie. Nie róbcie tego swoim dzieciom.
„Kot Fritz” (1972)
Jak ktoś załamuje ręce nad poluzowaniem obyczajów we współczesnej popkulturze, to let's get back to lata 70. W erze hippisów i wolnej miłości na ulicach Nowego Jorku pojawił się Fritz, zboczony kot-kontestator. Lubił popalać (jeśli dobrze pamiętamy, w jednej ze scen Fritz wyciągał swojej kociej towarzyszce jointa z pochwy), miał też chrapkę na wszczęcie antymieszczańskiej rewolucji.
„Kot Fritz” to dzieło Roberta Crumba, kontrowersyjnego rysownika, który w tamtych latach mocno przekraczał komiksowe bariery obyczajowe. Przedstawiał nowojorską bohemę w krzywym zwierciadle, ale równocześnie – co nie mniej istotne – pokazywał, że cały ten półświatek cierpi z powodu przytłaczającej go samotności. Także niby „Kot Fritz” jest zabawny, ale w sumie to chyba jednak nie.
„Dzika planeta” (1973)
Pod względem fabularnym do lekkiej poprawki: historia planety zamieszkałej przez człekokształtnych Draagów oraz o wiele mniejszych od nich dzikich ludzi jest okropnie zagmatwana. Ale ten film ogląda się przede wszystkim dla obrazów, a pod tym względem „Dzika Planeta” jest absolutnie zjawiskowa. Wyobraźcie sobie Salvadora Dalego, który bierze się za robienie animacji na zajawce starym kinem sci-fi – to mniej więcej ten klimat. Dzieci niestety mogą dziś tego nie kupić, kreska jest zbyt retro, a historia – trudna do zrozumienia po pierwszym seansie.
„Wzgórze królików” (1978)
Od znajomych Brytyjczyków wiemy, że dla większości angielskich dzieci „Wzgórze królików” jest największą telewizyjną traumą dzieciństwa. Nie ma tu się w ogóle czemu dziwić, bo te kłapouchy bardziej przypominają zagubione postacie z kina postapo. Plot jest taki, że króliki muszą uciekać ze swojego miejsca zamieszkania, które planuje najechać człowiek wraz ze swoimi przerażającymi machinami. Metafory wojny, zniszczenia, apokalipsy są jak najbardziej na miejscu. Nie róbcie tego dzieciom.
„The Wall” (1982)
Pink ma za sobą ponure dzieciństwo, nieudane małżeństwo, depresję, ale jest przy tym porywającym tłumy gwiazdorem rocka. Co z tego, skoro ciągle czuje, że od świata odgradza go dziwna ściana niezrozumienia. To chyba pierwszy film, którego inspiracją była płyta; kultowe „The Wall” Pink Floydów. Dlatego trochę ogląda się go jako fabularną animację, trochę jako teledysk i trzeba przyznać, że połączenie obrazu z muzyk (oraz animacji z live action) jest tutaj olśniewające. Natomiast zdecydowanie jest to rzecz dla widza starszego. Rzecz kultowa, ale znów – nie te czasy; kulturowy kontekst „The Wall” może być dziś trudny do wyłapania.
„Grobowiec świetlików” (1988)
Dystrybucja: Ghibli, ale ten film jest bardzo daleko od spokojnego kina Hayao Miyzakiego, chociaż „Grobowiec świetlików” to kino wybitne. Studium samotności rodzeństwa, które musi samotnie przetrwać w piekle II wojny światowej, poraża autentycznym smutkiem i realizmem. „To najbardziej ludzki film animowany, jaki widziałem” – powiedział kiedyś historyk animacji Ernest Rister.
„Miasteczko South Park” (1999)
Tu chyba nie ma czego bliżej wyjaśniać: South Park to fenomen, który rezonuje w popkulturze do dziś. Jeśli ktoś nie wierzył, że przy pomocy pierdnięć, beknięć i żartów oscylujących wokół muszli klozetowej można stworzyć całkiem błyskotliwą – a już na pewno przenikliwą – satyrę na temat społeczeństwa Stanów Zjednoczonych przełomu wieków, to ten obraz pokazał, że tak, można. Prymitywne? Nawet bardzo, ale trzeba czasem wypuścić swojego mentalnego pastucha na powietrze.
„Przez ciemne zwierciadło” (2006)
Główny bohater, Bob, jest tajnym agentem, przeszukującym środowisko narkomanów w poszukiwaniu substancji D, czyli bardzo mocnego halucynogenu. Przypomina Keanu Reevesa? Nieprzypadkowo – „Przez ciemne zwierciadło” został nakręcony w wersji aktorskiej, a następnie taśmę pomalowano, tak, by sprawiała wrażenie animacji. Początkujących fanów fantastyki zachęcamy tym bardziej, że to adaptacja książki Philipa K. Dicka pod tym samym tytułem. Natomiast najmłodsi nie mają to niestety czego szukać, to animacja tylko dla dorosłych.
