A co, gdyby Barney Stinson był gejem i desperacko szukał miłości? (RECENZJA)

Zobacz również:Adam Sandler, Kevin Garnett, The Weeknd i... świetne recenzje. Na ten netflixowy film czekamy jak źli
singiel w nowym jorku.jpg
fot. archiwum Netfliksa

Nie ma co się oszukiwać. Może Neil Patrick Harris mieć przebogatą filmografię, przez ostatnią dekadę odcinając się od swojej najsłynniejszej roli, a i tak na zawsze pozostanie z nim Barney z How I Met Your Mother.

Także tu, w hitowym Singlu w Nowym Jorku, Harris jest takim Barneyem po przejściach. Może już nie sypie bon motami jak z rękawa, ale też nie ma z czego żartować; jego bohater, Michael, jest grubo po 40-tce, prowadzi spokojne, ustabilizowane życie, jest dobra praca, dobra wypłata i kochający partner... który nagle, w dniu 50. urodzin, odpala bombę. Kiedy Michael, widząc w mieszkaniu brak paru drogocennych drobiażdżków, podnosi alarm i informuje swoją drugą połówkę o tym, że ktoś ich okradł, ten na chłodno wyjaśnia: nikt nas nie okradł, po prostu odchodzę. Bum, apokalipsa, świat się Michaelowi wali w sekundę, chociaż przecież wszystko dookoła jest takie, jak przedtem.

Co ma teraz zrobić facet, który na kilkanaście lat okopał się w domowym grajdole, a tu nagle musi się skonfrontować z wymaganiami, jakie współczesny świat ma wobec singli? Profil na Grindrze to podstawa, ale już tu zaczyna się problem, skoro w czasach, gdy Michael ostatni raz singlował, ludzie dopiero zaczynali uczyć się MySpace'a. I weź tu się ogarnij w sieciowym slangu i emotkach. Ale najtrudniejszym jest przepracowanie żałoby, co zresztą jest najmocniejszym elementem scenariusza Singla w Nowym Jorku. Możecie poczuć lekkie ciarki wstydu podczas oglądania scen, w których Michael stara się przejść do porządku dziennego z myślą o tym, że nagle jest sam, ale w głębi duszy kusi go wysyłanie rozpaczliwych wiadomości do byłego ukochanego. Nie w sensie, że te sceny to wstyd, ale że każdy choć raz przechodził to samo. To twórcy serialu, Darrenowi Starowi, udało się świetnie oddać.

Wielu widzów porównuje zresztą „Singla w Nowym Jorku” do najsłynniejszej produkcji Stara, „Seksu w wielkim mieście”.

I to, i tu mamy dobrze sytuowaną osobę w średnim wieku, która walczy z tykaniem zegara czasu i desperacko usiłuje znaleźć sobie drugą połowę. Sceneria identyczna, są nawet lekkie follow-upy; przecież grupa przyjaciół, wspierających smutnego Michaela po porzuceniu przez chłopaka, jest niemal kalką Mirandy, Samanthy czy Charlotte. Różnica tkwi w punkcie wyjścia, bo homoseksualizm głównego bohatera generuje szereg scen i wątków, będących na kontrze do historii o związkach heteryckich. To zresztą dobry powód, dla którego osoby heteronormatywne powinny obejrzeć Singla w Nowym Jorku.

Sięgnijcie pamięcią w przeszłość – gdzie nie opowiadano o osobach LGBT, tam zawsze musiała wkradać się walka z nietolerancją, dążenie do bycia akceptowanym, bywały wątki HIV, generalnie mniej lub bardziej, ale do głosu musiała dochodzić publicystyka. Czy to znak czasów, czy po prostu taki był odgórny zamiar Darrena Stara i Netfliksa, ale Singiel w Nowym Jorku jest od niej wolny. Fajnie dożyć czasów, w których mainstreamowy, szeroko promowany produkt kultury jest tworem stricte LGBT, ale nie jest to w żaden sposób podkreślane grubym fontem. No jest sobie gość, który stracił kogoś, kogo kochał, i boi się, że już nigdy się w nikim nie zakocha. A to, czy interesuje się kobietami, czy facetami, niczego przecież nie zmieni. Idzie o coś zupełnie innego – poczucie wykluczenia, ageism, walkę z narosłymi przez lata prywatnymi przyzwyczajeniami. I o to, że w erze randkowych apek niebywale ciężko jest znaleźć tam coś więcej, niż jednorazowy numerek. Z drugiej strony – gdzie, jak nie tam, przecież wszyscy single mają Tindera albo Grindra.

Druga sprawa – ogląda się to wszystko naprawdę leciutko, nawet sceny o potężnym bagażu emocjonalnym. Nie oczekujcie serialu roku, ale też nie ma cringe'u; Star umiejętnie balansuje pomiędzy komedią i dramatem, równoważąc zagłębianie się w stany emocjonalne Michaela z perypetiami samotnego geja w Nowym Jorku. I nie zapominając o drugim planie; trafiają się postacie, których wątki z biegiem serialu stają się tylko trochę mniej ważnymi od życia głównego bohatera. Może i jest to trochę bajkowy obrazek Big Apple, zwłaszcza po globalnym sukcesie Girls. Ale w sumie – to nieistotne. Netfliks nie ukrywał, jaki charakter ma mieć jego nowa, flagowa pozycja. Ameryki nie odkrywa, rewolucji na miarę Seksu w wielkim mieście nie robi, natomiast te cztery godziny i osiem odcinków przelecą wam błyskawicznie. O to też czasem w telewizji chodzi.

I jeszcze człowiek z tytułu. Barn..., w sensie: Neil Patrick Harris. Brawurowy. Bawiący się swoją rolą dokładnie tak, jak robił to w HIMYM, czarujący tym samym chłopięcym urokiem, pewnie nawet noszący te same garnitury. Z nim jest już trochę tak, jak z Woodym Allenem: wykreował sobie alternatywną postać, która następnie... odgrywa inne postacie w kolejnych filmach i serialach. Co z tego, że powtarzalne, skoro nie można przestać na niego patrzeć. Legend, wait for it...

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję „Nevermind” w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej i spraw społecznych.