A gdyby rapu nie było? Dwadzieścia lat temu rozpoczęła się Nowa Rockowa Rewolucja (PRZEGLĄD)

White Stripes
Lex van Rossen/MAI/Redferns

Na początku roku w obwodzie niżnonowogrodzkim odżył w kostnicy 56-letni mężczyzna. Wiktor Samochwałow wyszedł z chłodni i w podskokach wrócił do domu. Dwadzieścia lat temu właściwie to samo spotkało scenę niezależną.

Jeśli żyłeś wtedy i widziałeś ich w akcji, to Black Rebel Motorcycle Club, The White Stripes, The Strokes i Interpol byli dla ciebie królami wśród zespołów. Tak mógłby napisać Eldoka, gdyby dorastał w czasach Nowego Jorku '01, a nie Meksyku '86.

Lata dziewięćdziesiąte stanowiły belle époque dla alternatywy; złotą erę, gdy w zatęchłych salkach prób i podrzędnych klubach rodziły się nie tylko ikony, ale też autorzy bestsellerów. Takie wydawnictwa jak Nevermind, Ten czy Mellon Collie and the Infinite Sadness w Stanach rozchodziły się przecież w nakładach przekraczających 10 milionów egzemplarzy. Ale im bliżej było końca dekady, tym mocniej spektakularny movement wytracał swoją prędkość. Za oceanem przesilenie nastąpiło symbolicznie - wraz ze śmiercią Kurta Cobaina. Na Wyspach światło gasili Radiohead. Ukazało się Kid A, stanowiące ukłon w stronę katalogu Warp Records, a Thom Yorke deklarował, że nie ma nic nudniejszego od roli gwiazdy rocka. Ale tak jak każde pokolenie ma własny czas, tak każde pokolenie czuje potrzebę zejścia do garażu i odgrzania rockowych atawizmów. A tym razem była to potrzeba paląca, bo triumfy zaczęły święcić grupy numetalowe z peakiem w postaci Hybrid Theory Linkin Park, które miało stać się jednym z najlepiej sprzedających się albumów dziesięciolecia. Obecnie takie brzmienia przeżywają rehabilitację, ale dla odbiorców wychowanych na indie lat osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych było to coś nie do zniesienia.

Rock Double Bill
fot. Andy Willsher/Redferns/Getty Images)

Nowy Jork wielokrotnie pełnił funkcję katalizatora muzycznych przemian. W latach czterdziestych w Harlemie rodził się bebop. Po obyczajowym tornadzie przełomu lat sześćdziesiątych i siedzemdziesiątych lato miłości odbijało się tutaj czkawką pod postacią punk rocka. Na Manhattanie buzowało w klubach Studio 54 i CBGB. O tym są właśnie wersy Belmondo u schaftera: Palę CBD, włączam Television/Słyszę to, co leci w CBGB. Kilka dekad później podobne znaczenie próbowano nadać wysypowi wykonawców, którzy - zgodnie z koncepcją Simona Reynoldsa o popkulturze, żywiącej się własną przeszłością - masowo odwoływali się do sixtiesowego dorobku Velvet Underground czy późniejszej fali post-punku. Prym rzeczywiście wiedli nowojorczycy, ale kluczowy okazał się także lobbing redakcji New Musical Express, która dostarczała paliwa nurtowi, dmuchając balonik oczekiwań względem newcomerów. Cooper Temple Clause jako Led Zeppelin z lepszymi refrenami? Ależ prosimy bardzo! Wkrótce moda rozlała się po całym świecie: The Hives ze Szwecji potrafili wdrapać się na siódme miejsce brytyjskiego OLiS-u; The Vines z Australii przy debiucie załapali się tam na podium, a w USA pukali do pierwszej dziesiątki.

Każdy kolejny rzut zespołów przypominał zaparzanie kolejnych szklanek herbacianej lury przy użyciu tej samej torebki. Po dwudziestu latach z New Rock Revolution zostało śmieszne wspomnienie; Jack White jako dinozaur rocka; pełne stadiony na Kings of Leon, którzy poszli w stronę U2; egzamin dojrzałości zdany przez Arctic Monkeys; interesująca ewolucja Juliana Casablancasa. Ale kiedy w 2001 roku Strokesi debiutowali Is This It, gdy ukazywało się White Blood Cells, a rok później Rolling Stone dał okładkę o powrocie rocka, trudno było nie ulec entuzjazmowi. Podobnie, jak niektórym trudno było wyobrazić sobie, że niedługo później hip-hop wraz z r’n’b stanie się wiodącym gatunkiem w Ameryce, co znajdzie odbicie w głośnym raporcie Nielsen Music.

Wróćmy do tamtych czasów.

1
Black Rebel Motorcycle Club

Nazwę zapożyczyli od gangu motocyklowego Marlona Brando z filmu Dziki. I wizerunkowo poszli na całego w tym kierunku. Brzmienie zapożyczyli z kolei od The Jesus and Mary Chain. Stąd charakterystyczna ściana dźwięku z przesterowanym basem, ale dla równowagi także skłonność do snucia psychodelicznych melodii. U początków grali na tyle potężnie, że - jak głosi urban legend - odwołano im koncert w Leeds ze strachu przed zawaleniem się sali. Na wysokości trzeciej płyty skręcili w kierunku songwritingu spod znaku Johnny'ego Casha, ale dwa pierwsze wydawnictwa to forteca. Zwłaszcza debiutanckie B.R.M.C., które przed kilkoma dniami skończyło dwadzieścia lat. Z tym, że Black Rebel Motorcycle Club to akurat nie Nowy Jork, a Zachodnie Wybrzeże...

2
The White Stripes

Tak się złożyło, że w charakterystykę Nowej Rockowej Rewolucji wpisany był kryzys drugiej płyty i faktycznie większość artystów nie zdołała na sophomorze udźwignąć ciężaru debiutu. Wyjątek stanowili The White Stripes, dla których przełom nastąpił wraz z tytułem numer trzy - White Blood Cells. Oni byli w tamtym czasie zjawiskiem samym w sobie: przekminiona identyfikacja wizualna, story stojące za niejasną relacją dwójki członków zespołu, no i ten sound. Jeżeli mowa o atawizmach i uproszczeniu formy - Jack White postawił na ekstremum. Dał wyraz miłości do garażu i bluesa, redukując środki wyrazu do minimum. Zrezygnował z basisty; za bąbnami posadził Meg, której warsztat był wywrotowo żaden; sam grał i śpiewał kompletnie na odpier*ol. Stworzył w ten sposób stylówkę zakorzenioną w tradycji, ale odległą od wszystkiego, na co dotąd można było natknąć się w mainstreamie. Miał przy tym nie najgorsze ucho do hitów, co szczególnie da o sobie znać, gdy na kolejnym krążku Elephant umieści piosenkę, którą napisał w ramach żartobliwej jeszcze wówczas fantazji o Bondzie, przyszły stadium chant - Seven Nation Army.

3
The Strokes

Sześćset mil na wschód od Detroit, niecały miesiąc po premierze White Blood Cells zadebiutowali The Strokes, czyli syn założyciela Elite Model Management i Miss Danii '65 - Julian Casablancas oraz jego koledzy, bananowcy ze śmietanki towarzyskiej Manhattanu. Wedle klasycznej zasady nie mówię szeptem, gdy mówię, skąd jestem - wyznawali patriotyzm lokalny, czerpiąc garściami z dziedzictwa nowojorskiej bohemy. Pociągająca blaza i polot w konstruowaniu zapamiętywalnych singli (Hard To Explain, Last Nite, Someday) zaowocowały klasykiem już przy pierwszym dropie. Is This It to 114 miejsce na odświeżonej liście 500 najważniejszych albumów wszech czasów Rolling Stone'a i jedna z najbardziej ikonicznych okładek w historii rock'n'rolla. The Strokes nigdy nie zdołali powtórzyć sukcesu debiut, ale kariera Casablancasa rozwinęła się w intrygujący sposób. Dość przypomnieć jego wkład w Random Access Memories Daft Punk.

4
Interpol

Rewersem witalnych The Strokes z ich zapatrzeniem w The Velvet Underground był w tamtym czasie Interpol. Neogotycki projekt, który kanalizował melancholię, w jaką Nowy Jork popadł po 11 września 2001 roku. Biorąc pod uwagę okoliczności, nawiązania do Joy Division - ta sama klaustrofobia, stupor i kostiumy - były jak najbardziej na miejscu. Dialogi gitarowe między Paulem Banksem i Danielem Kesslerem przeszły do historii - tak samo jak mechaniczna sekcja rytmiczna napędzana przez Sama Fogarino, pogrobowca Stephena Morrisa. Ich Turn On the Bright Lights to niemożliwy do pominięcia element soundtracku nowojorskich ulic początku wieku; w minorowej, revivalowej odsłonie. Dalsze losy Interpolu - pomijając może Antics - to już jednak odwrotna ewolucja, prowadząca do karykatury. Stało się to zresztą udziałem całej rewolucji, która najpierw pożarła własne dzieci, żeby następnie zaoferować w zamian Kaiser Chiefs i The Bravery.

Podziel się lub zapisz
Senior editor w newonce.net. Jest związany z redakcją od 2015 roku i będzie stał na jej straży bezapelacyjnie do samego końca; swojego lub jej. Co czwartek o 18:00 prowadzi także autorską audycję The Fall na antenie newonce.radio. Ma na koncie publikacje m.in. w Machinie, Dzienniku, K Magu, Exklusivie i na Onecie.