Afganistan przejęty przez talibów. Wszystko, co trzeba wiedzieć o sytuacji na Bliskim Wschodzie (ROZMOWA)

Zobacz również:Trump czy Biden? Wszystko, co powinniście wiedzieć na temat wyborów w USA
Afganistan
fot. Haroon Sabawoon/Anadolu Agency via Getty Images

Od kilku dni świat żyje wydarzeniami z miejsca, którego sytuacja geopolityczna wydawała się stabilizować. Dawno już było wiadomo, że zapowiadane od 2019 roku wycofanie wojsk źle się skończy. Afganistanem od kilkudziesięciu lat targają konflikty zbrojne, liczne wojny domowe, militarna interwencja Amerykanów oraz działania islamskich organizacji terrorystycznych.

Upadający Kabul, przerażające i ściskające za serce obrazki z lotniska, kompletnie spanikowani obywatele. W popłochu wypłacający pieniądze z bankomatów, próbujący ocalić własny dobytek i - co najważniejsze - przeżyć najazd talibów. I prowadzić normalne życie. Ze łzami w oczach, ale najchętniej poza ojczyzną. Od lat trawioną przez okupację, konflikty i religijny fanatyzm.

Dalekosiężnych powodów tragicznej sytuacji, jaka spotkała Afgańczyków w 2021 roku, należy szukać jeszcze w latach 80., 90., a później wczesnych 00. Początkowo pod sowieckim naporem, później pod kontrolą amerykańskich wojsk. Kiedy George W. Bush zdecydował, że odpowiedzią na ataki z 11 września 2001 roku będzie inwazja na Afganistan, większość społeczeństwa popierała tę decyzję. Podejście diametralnie się zmieniło, a z upływem miesięcy obywatele USA zrozumieli, że wojna na Bliskim Wschodzie jest niczym innym, jak politycznie motywowaną rozgrywką. Przykłady można mnożyć, ale wystarczy wspomnieć o licznych ofiarach cywilnych, poległych żołnierzach czy bilionowych kosztach wojskowej ekspedycji. Po dwudziestu latach okazuje się, że z wielu powodów amerykański plan prawdopodobnie okazał się spektakularnym fiaskiem.

Tego, co obecnie dzieje się w Afganistanie nie sposób opisywać bez skrajnych emocji. Dantejskie sceny z lotniska w Kabulu; symbolika, której wymowność powoduje napłynięcie łez do oczu; apele kobiet, które znów muszą nosić burki i wisi nad nimi widmo zabrania podstawowych praw; palone dokumenty i uniwersyteckie dyplomy; ewakuacja personelu państwowych ambasad. Być może - w pesymistycznym scenariuszu - dojdą do tego wnikliwe inspekcje amerykańskich sojuszników i wszystkich tych, którzy znajdą się na czarnej liście talibskiej władzy. Nie jest powiedziane, że afgańscy obywatele nie spróbują podjąć walki z terrorystyczną organizacją. Póki co, nie jest to jednak nadrzędnym celem. Ten stanowi ocalenie życia i ucieczka z okupowanego, rozsypującego się państwa.

O Stanach Zjednoczonych, słowach Joe Bidena, afgańskich kobietach, geopolitycznej roszadzie na Bliskim Wschodzie oraz przyszłości Afganistanu pod rządami islamskich fundamentalistów. O to wszystko - i wiele więcej - pytamy ekspertów i ekspertki w tej dziedzinie. Na nasze pytania odpowiedzieli Karol Wilczyński i Nicole Czaplińska z Salam Lab, amerykanistka - i autorka książki San Francisco. Dziki brzeg wolności - Magda Działoszyńska-Kossow oraz Nicole Ostrowska-Cobas.

Co się wydarzyło w Afganistanie? Co doprowadziło do talibskiej ekspansji?

Sytuację kompleksowo, na łamach Tygodnika Powszechnego, przedstawił wybitny reportażysta Wojciech Jagielski. Znamienne są jego słowa o tym, że jedna z popularnych pod Hindukuszem przypowieści mówi, że nie ma nic łatwiejszego niż podbić Afganistan i przejąć w nim władzę. I nie ma nic trudniejszego, niż tę władzę utrzymać.

Afganistan
fot. Haroon Sabawoon/Anadolu Agency via Getty Images

O przyczyny sytuacji w Afganistanie pytamy Karola Wilczyńskiego z Salam Lab. Co doprowadziło do eskalacji i tak szybkiego przejęcia kolejnych regionów państwa? Jedną z głównych przyczyn jest kondycja afgańskiej armii, liczącej w sumie 300 tys. żołnierzy. Mówi się, że była szkolona i dofinansowywana. Nie mówi się, że szkolenia przewidywały głównie pomocniczy charakter. Nawet, gdy dochodziło do starć, to militarne uderzenie obsługiwały zagraniczne kontyngenty, w tym Polska czy USA. Afgańczycy służyli jako zaplecze: utrzymywali porządek czy kierowali ruchem drogowym. Nie posiadali bojowego doświadczenia, to raz. Dwa: finansowanie dawno się skończyło i od dłuższego czasu armia często nie wypłacała żołdu. W momencie inwazji żołnierze myśleli głównie o rodzinach. Od miesięcy dochodziło do dezercji. - tłumaczy Wilczyński.

Z drugiej strony lokalni włodarze - miast czy regionów - nie byli lojalni wobec prezydenta Ghaniego, który nie był również lojalny wobec nich. A na koniec, wiadomo - uciekł. Na tak sprawne przejęcie państwa nałożyło się wiele czynników. To nie była narodowa armia sensu stricte. Bardziej luźno powiązana grupa ludzi, często przerzucanych z rodzinnych regionów do odległych części kraju. Chazarów delegowano na zachód i południe, a Pasztunów na północ, gdzie przebywali daleko od rodzin. To doprowadziło do tego, że w momencie zagrożenia dochodziło do dezercji i chęci obrony najbliższych.

Afganistan
fot. Haroon Sabawoon/Anadolu Agency via Getty Images

Często pojawia się zarzut - czemu oni nie walczyli? Nie chcieli walczyć w imię czegoś, co nie było ich. Skorumpowane elity, na czele z Ghanim, kompletnie nie wzbudzały zaufania. Afgańczycy rekrutowali się do wojska dla bezpiecznego - do pewnego czasu - zarobku. Talibowie mają pod kontrolą większość kraju. Właściwie poza Pandższirem, legendarnym regionem, z którego pochodził Ahmad Szah Masud. Nowi władcy de facto dobili targu z rządzącymi poszczególnymi regionami. Zaczęło się od małego miasta Zarandż przy granicy z Iranem. Później, wszyscy kolejni gubernatorzy - jeśli tylko widzieli, że talibowie dotrzymują obietnicy o braku rozlewu krwi - wchodzili w korzystny układ. Tak zostały oddane poszczególne miasta. Bardzo duża autonomia poszczególnych regionów doprowadziła do tego, że szybko wchodziły pod jurysdykcję talibów. Powód? Brak społecznego kleju, który by to trwale połączył. - uzupełnia wątek.

Jaka przyszłość czeka afgańskich obywateli?

Wszyscy, którzy śledzą sytuację w Kabulu i innych miastach zastanawiają się, jak obecny kryzys się zakończy. W perspektywie zarówno najbliższych dni czy tygodni, jak i nieco dłuższej. Talibowie wydają się działać w dość zorganizowany i przemyślany sposób. Na konferencjach prasowych wypadają bardziej wiarygodnie, starają się przemawiać zgodnie z metodami, które zapewnią im przychylność zachodnich mocarstw. Wszelkie zapewnienia z obozu talibów należy jednak traktować ze sporym dystansem. Jest to prawdopodobnie część przyjętej strategii: zasłona dymna i pokazanie przyjaznej strony tej terrorystycznej organizacji.

Wilczyński jest zdania, że to propaganda organizacji, która ma na rękach hektolitry krwi. Są świadomi tego, że popularność i poparcie ze strony ludności zyskają wtedy, kiedy nie dojdzie do otwartego konfliktu zbrojnego. Muszą pokazać się międzynarodowej społeczności jako cywilizowani ludzie. Stawiają też na wewnętrzne rozgrywki i raczej nie chcą doprowadzić do kolejnej wojny domowej.

Afganistan
fot. Marc Tessensohn/Bundeswehr via Getty Images

Co może się wydarzyć, kiedy talibowie zrzucą tę maskę? Kiedy postanowią zaostrzyć obowiązujące prawo? Albo gdy pojawią się próby zradykalizowania całego społeczeństwa? Karol Wilczyński wskazuje jeden najważniejszy powód, który może doprowadzić do eskalacji konfliktu. A w najgorszym scenariuszu - ofiar w ludziach.

Ryzykiem są ostre represje talibów skierowane w stronę osób, które kolaborowały z amerykańskim okupantem. Powiedzmy wprost: dla wielu były to siły okupacyjne, bo zastępowały tymczasowo administrację. Problem pojawia się w momencie, kiedy w wielu miastach znaczna część ludzi współpracowała z USA. To będzie prowadziło do stawiania dużego oporu. Zapowiada się długi marsz dla talibów, którzy będą załatwiali sprawę po cichu i powolnym tempem. Pod tym względem myślą bardzo strategicznie. Wewnętrznym zagrożeniem jest region Pandższiru i to, czy synowi Ahmada Szaha Masuda - i jego sojusznikom - uda się doprowadzić do zmian w strukturach władzy. Obecnie tymczasowym prezydentem został Amrullah Saleh. W każdym razie jeśli dojdzie do sojuszu przeciwko talibom, to nie skończy się na pertraktacjach, bo tam nie ma możliwości dialogu. Zacznie się otwarty konflikt zbrojny.

Wiele wskazuje na to, że obecne wydarzenia są tylko początkiem długiej przebudowy Afganistanu. Z jednej strony, wysnuwanie dalekosiężnych wniosków jest na tę chwilę pisaniem patykiem po wodzie. Nikt tak naprawdę nie wie, jakie motywacje będą kierować talibami. I do czego doprowadzą przywódców organizacji, która dokonała przejęcia państwa.

Nie wiem, który dowódca negocjuje gdzie i z kim, jakie działania podejmuje i w jakim mieście. W Polsce być może Wojciech Jagielski posiada tę wiedzę. Na podstawie moich informacji mogę wysnuć następujące wnioski: obecnie niezależne od talibów siły Masuda stacjonują w Pandższirze. I tu pojawia się pytanie, kto z innych regionalnych przywódców, którzy nie złożyli broni - bo takich jest sporo - mógłby się do niego przyłączyć? Kto z nich ma zasoby finansowe? Hipotetycznie, jeśli ktoś z zewnątrz zacznie ich finansować, to będzie w stanie wzniecić rebelię przeciw talibom. Ale ja nie posiadam aż tak szczegółowej wiedzy. To jest naprawdę mikropoziomowa skala sojuszy i zależności, czasem na poziomie małych miasteczek i regionów. Stąd trudno jest cokolwiek przewidzieć - sugeruje Wilczyński.

Wiele wskazuje na to, że największym zagrożeniem dla Afgańczyków będą oni sami. Oczywiście do spółki z sąsiednimi potęgami, które będą chciały wyrwać pożywny kawałek tortu. Bo jak wiadomo, każda rządowa destabilizacja i zamieszki są pretekstem do interwencji krajów ościennych. Państwo, w którym żyje ponad 35 milionów ludzi jest mozaiką licznych narodowości, odmiennych religii i mniejszości etnicznych. Są to czynniki, które zdecydowanie nie ułatwiają zapanowania nad administracyjnym chaosem.

Podkreśla to Wilczyński. Konflikty będą odbywać się na poziomach etnicznym i narodowym. Afganistan jest sklejką wielu odmiennych narodowości. Obok siebie żyją tam Pasztuni, Tadżycy, Chazarowie, a do tego trochę Uzbeków, Beludżów i Turkmenów. W obrębie Pasztunów występują podziały - nazwijmy je etnograficzne - którzy też mogą być zaczątkiem konfliktu. Na to nakłada się istotna kwestia religijna: mamy przecież sunnitów i szyitów. Dodatkowo, ci drudzy dzielą się na różne szkoły, którzy nie darzą się wzajemną sympatią. Dorzućmy ideologie: liberalne i konserwatywne. Z tego równania wychodzi naprawdę złożony i skomplikowany układ, który może prowadzić do wielopoziomowych, złożonych konfliktów.

Najwięcej stracą ci, którzy byli nastawieni najbardziej prozachodnio. Wierzyli, że Afganistan - na jakiejś płaszczyźnie - zacznie dążyć w stronę demokratyzacji. To są jednak mrzonki. W tym regionie nie istnieje żadne państwo podążające w tym kierunku. Nawet Kirgistan czy Pakistan, które wykazywały demokratyczną tendencję, znajdują się na granicy autorytaryzmu. Przyczyniają się do tego rosnące nurty nacjonalistyczne i populistyczne. Praca nad zmianami w Afganistanie to praca na wiele pokoleń. Obecnie jesteśmy świadkami porażki, a duża w tym wina Amerykanów, którzy tej pracy nie odrobili w satysfakcjonujący sposób. Pojawia się też pytanie, kto bezpośrednio finansuje działania talibskiej armii. Mówi się, że raczej nie są to rosyjskie fundusze. Moim zdaniem pieniądze płyną z Pakistanu i Zatoki Perskiej: Kataru i Arabii Saudyjskiej. - puentuje działacz Salam Lab.

Sytuacja kobiet w islamskim państwie

Współpracująca z Salam Lab Nicole Czaplińska podkreśla, że nie czuje się ekspertką w tym temacie. Codziennie obserwuje jednak wydarzenia z Afganistanu, przeczesuje media społecznościowe tamtejszych dziennikarek, aktywistek i zwykłych obywatelek. Wszystko po to, aby mieć bezpośredni dostęp do wydarzeń z Kabulu i innych miast. Żeby zasięgać informacji u źródła, czyli afgańskich kobiet.

Sytuacja kobiet jest niezwykle trudna. Ciężko się o niej wypowiadać. W tej kwestii należy słuchać przede wszystkim osób, które się tym zajmują. Warto śledzić wydarzenia u źródła, wyszukiwać głosy Afganek, przekazywać to, co mówią. Najczarniejszy scenariusz zakłada powrót do sytuacji z reżimu lat 90. Nie ufam talibom i wszystko wskazuje na to, że świat też. Wprowadzane są ograniczenia podstawowych praw. Może się okazać, że kobiety zostaną zepchnięte na margines. Być może dojdzie do patriarchatu inspirowanego fundamentalistyczną interpretacją islamu. I stanie się to źródłem przemocy, a ucieczka będzie w zasadzie niemożliwa. - mówi Czaplińska.

Talibowie póki co prowadzą pokojową narrację. Twierdzą, że nie dojdzie do rozlewu krwi. Tymczasem wczoraj Waheedullah Hashimi oświadczył, że ulemowie (uczeni muzułmańscy) zadecydują ostatecznie o tym, czy kobiety będą mogły pracować i się edukować, podobnie w kwestii sposobu ubierania się. Czyli początkowo obiecywali te prawa, a dzisiaj już stawiają znak zapytania. Wszystkie reguły mają być zgodne z prawem szariatu, ale jego interpretacja też nie jest do końca jasna. Podczas ostatniej konferencji nie widziałam na sali żadnej kobiety. Widziałam też nagranie, na którym dziennikarka opowiada, że została poinformowana, że nie ma wstępu do studia i może iść do domu. Afganki są przerażone i mają do tego wszelkie podstawy.

Inna sprawa, że większość zdjęć i nagrań pochodzi głównie z Kabulu. Ciężko zweryfikować, co dzieje się tam i w prowincjach. Co więcej, niektóre z nich mogą pochodzić sprzed lat, a są przedstawiane jako aktualne. Z tego, co się orientowałam, w miejscach publicznych zamalowywane są plakaty z wizerunkami kobiet. To w pełni potwierdzona informacja. Były doniesienia z prowincji, że talibowie chodzą do imamów i starszyzny, prosząc o sporządzenie listy niezamężnych i owdowiałych kobiet. W niektórych zabrania się już uczęszczania do szkół. Jeśli chodzi o pracę: w Kandaharze wyproszono kobiety z biura w banku, talibowie odprowadzali je do domu. Dostawały też informację o zastępstwie przez krewnych płci męskiej oraz upomnienia o braku zakrycia twarzy. Są to jednak - póki co - doniesienia.

Obecnie najważniejsze jest nagłaśnianie. Cały świat patrzy na Afganistan i talibowie doskonale to wiedzą. Wielokrotnie udowodnili, że to, co mówią, nie pokrywa się z rzeczywistością. Jeśli media przestaną się interesować, a wszystko ucichnie i zabraknie obserwacji, to może zapanować samowolka. Tego panicznie boją się Afgańczycy - kończy.

Sytuacja geopolityczna na Bliskim Wschodzie

Każda destabilizacja i ograniczanie demokratycznych zapędów prowokują sąsiednią agresję. Lub chociaż chęć otrzymania benefitów wynikających z osłabienia państwa. Po dwudziestu latach prowadzenia konfliktów zbrojnych - i amerykańskiej misji - Afganistan znowu wpadł w poważny kryzys. A to oznacza, że sytuacja geopolityczna może ulec zmianie. Zarówno ta lokalna, skupiona wokół państw Azji Środkowej czy Zatoki Perskiej, jak i rozumiana w szerszym, światowym kontekście. Bo skoro Afganistan uwolnił się od Stanów Zjednoczonych, to prawdopodobnie wpadnie w inną strefę wpływów.

Poza talibami istnieje jeszcze drugie zagrożenie. Nie w perspektywie dni czy tygodni, ale miesięcy i najbliższych lat. Mowa o Chinach i Rosji, dla których Afganistan stanowi smaczny kąsek. Oba państwa są zainteresowane sytuacją i tym, że USA opuściło kraj. Chociaż uważam, że współpracującym ze sobą Rosji i Iranowi jest znacznie bliżej do monitorowania Afganistanu niż Chińczykom. Jeśli nie uda im się przejąć nad talibami częściowej kontroli - za pośrednictwem sojuszu lub układu, na czym będzie też zależeć talibom - może dojść do prowokacji. Na granicy z Iranem lub bezpośrednio ze strony Rosji. Ciężko na tę chwilę sprecyzować, ale może to być wszystko, co wprowadzi w kraju destabilizację i osłabi władzę talibów.

A jeśli talibowie jako grupa się podzielą - albo zostanie ten konflikt sprowokowany - wówczas będziemy świadkami wojny zastępczej. Takiej, jak np. w Jemenie. Północ kontrolowana przez szyitów zbuntuje się i doprowadzi do kompletnej katastrofy humanitarnej - kończy wątek Wilczyński.

Kontrowersyjne wystąpienie Bidena

Przemówienie Bidena było dla mnie skandaliczne i haniebne. Prezydent wycofał się z niesienia przez USA sztandaru demokracji. Ale przecież kiedy chodziło o uzasadnianie militarnej obecności Amerykanów, czy to w Afganistanie, czy w Iraku, to zawsze słyszało się o nation building. To po prostu smutne. - komentuje Wilczyński.

Podobną opinię wyraziła Nicole Ostrowska-Cobas. Kiedy zapytaliśmy, co sądzi zarówno o zawartości merytorycznej, jak i nastawieniu prezydenta Stanów Zjednoczonych, odpowiedziała dość jednoznacznie. Według mnie przemowa była bardzo cyniczna. Biden zrzucił winę - i porażkę USA - na samych Afgańczyków. Uważa, że nie chcieli walczyć za przyszłość, mówiąc dalej, że otrzymali wszelkie szanse na decydowanie o przyszłości. Tu pojawia się - jak zawsze - element propagandowy. Żeby zrozumieć poziom cynizmu tej wypowiedzi, trzeba przypomnieć sobie lata 80. Czyli, jak sama Hillary Clinton wspomniała w jednym z wywiadów, że Stany Zjednoczone mocno przyczyniły się do powstania Talibanu. Wszystko przez kosztowną, przeprowadzoną przez CIA Operację Cyclone, która miała na celu wsparcie afgańskich mudżahedinów podczas radzieckiej interwencji w Afganistanie - zaznacza.

Bombardowali kraj przez 20 lat, przyczyniając się tym samym do dziesiątek tysięcy zabitych cywilów; masowych przesiedleń; ogólnej destabilizacji regionu. Kontynuowali wojnę, mając pełną świadomość, że ją przegrywają. Według poufnych dokumentów zdobytych przez The Washington Post (“Afghanistan Papers”), urzędnicy amerykańscy przyznali, że ich strategie walki były błędne. I że Waszyngton zmarnował ogromne sumy pieniędzy, próbując przemienić Afganistan w nowoczesny naród. W cytowanych przez WP dokumentach podkreślano również nieudane próby rządu USA w zakresie zwalczania korupcji, budowania kompetentnej afgańskiej armii i sił policyjnych oraz walki z kwitnącym handlem opium w Afganistanie. O jakich szansach mówi Biden? Jakiej przyszłości? Zostali z kompletną destabilizacją. Na koniec tego wszystkiego sam prezydent Ghani uciekł. Według dziennikarza BBC, zabrał ze sobą 169 milionów dolarów w gotówce. Za co mieliby walczyć w obliczu tej katastrofalnej rzeczywistości? - uzupełnia.

Biden dodatkowo zapowiedział, że nie planuje polityki opartej na militaryzmie. To może być zobowiązanie, ale nie przywiązałabym się do tego za bardzo, gdyż niestety wielokrotnie łamał obietnice wyborcze. Inny przykład? W tym roku Biden wykonał nalot na Somalię i Syrię, co spotkało się krytyką ze strony demokratów, kwestionujących legalność i uzasadnienie ataków, oraz ekspertów, kwestionujących ich konstytucyjność. Dodatkowym argumentem demokratów jest to, że w ten sposób Biden podważa deklarowaną przez niego chęć zastąpienia przestarzałych upoważnień do wojny. Masa sprzeczności. - kontynuuje Ostrowska-Cobas.

Nieco inną optykę przedstawia Magda Działoszyńska-Kossow. Autorka książki San Francisco. Dziki brzeg wolności podkreśla, że: USA trawią kryzysy, których przykłady można mnożyć: pandemiczny, rasowy, gospodarczy. Biden uważa, że jego obowiązkiem jest skupić się na nich. Użył popularnego w tamtejszej polityce sformułowania “the buck stops with me”. Oznacza to, że nie przekazuje odpowiedzialności za decyzję kolejnemu prezydentowi i jego administracji, tak jak problem Afganistanu przekazano jemu. W wypowiedzi skupił się głównie na uzasadnieniach niż sposobie, w jaki zostało przeprowadzone wycofanie się wojsk. Krytyka dotyczy tego, że ludziom nie podobała się metoda, w jaki odbywała się ewakuacja - nie, że odbyła się w ogóle.

Komentując ton: w prostych słowach powiedział to, czego amerykańska - i światowa - opinia publiczna oczekiwała. Nie rozumiem tak ostrej krytyki, jaka na niego spadła. Zrobił to, czego oczekiwano i przedstawił klarowne powody. Misja w Afganistanie trwała 20 lat i nie jesteśmy w stanie przekazać więcej zaangażowania, pieniędzy i energii. - podsumowuje Działoszyńska-Kossow. Dochodzi do tego specyfika obecnych czasów. Wszystko błyskawicznie ląduje w mediach społecznościowych, mamy dostęp do informacji, które nawet nie zdążyły zostać osadzone w jakimś kontekście. Jesteśmy przebodźcowani i reagujemy emocjonalnie. Brakuje chłodniejszych analiz - dodaje.

Ostrowska-Cobas: Trudno się połapać po wypowiedzi Bidena, ale trzeba pamiętać, że ofiarami tej nieskutecznej wojny są Afgańczycy. Biden powiedział też, że Amerykanie nie byli tam po to, żeby budować naród i demokrację. Jest to nieprawda. Pomijając fakt, że retoryka “budowania demokracji” mocno naznacza imperialistyczną politykę zagraniczną USA, szczególnie w kontekście interwencji - w 2003 roku Stany Zjednoczone ogłosiły zakończenie głównych operacji bojowych w Afganistanie i przestawiły się, wraz z międzynarodowymi partnerami, na uczynienie z Afganistanu prozachodniej demokracji.

Jaki przekaz medialny płynie zza oceanu? W jakich nastrojach są obywatele USA, którzy z upływem lat coraz bardziej nie zgadzali się z polityką państwa na Bliskim Wschodzie?

Nicolle Wallace - dziennikarka MSNBC zajmująca się wydarzeniami z Białego Domu - odpowiedziała na pytanie reporterki dotyczące reakcji polityków i ludzi w sprawie wycofania wojsk przez Bidena. Powiedziała, że 95% amerykańskich obywateli/-ek zgodzi się z tym, co właśnie powiedział prezydent Biden. 95% amerykańskiej prasy się z tym kompletnie nie zgodzi. Republikanie korzystają z zamętu, aby obwiniać Bidena i oskarżać go o niekompetencję. Z kolei demokraci chwalą postawę “anti-war” oraz fakt, że nie ulega presji i nie zmienił decyzji - podkreśla Ostrowska-Cobas.

Działoszyńska-Kossow zwraca też uwagę na narrację przypominającą Amerykanom o wojnie w Wietnamie. Obserwujemy emocjonalną reakcję podbitą strasznymi relacjami z Afganistanu. Porównania do Sajgonu, czyli innej, wielkiej amerykańskiej porażki i traumy, są słuszne. Po konferencji Bidena pojawiają się też bardziej stonowane głosy wsparcia, a kurz po stronie demokratów nieco opada. Z upływem czasu okaże się - przykład wietnamski też to udowodnił - że była to niezbędna decyzja historyczna. Może wychylam się przed szereg, ale myślę, że zostanie zapamiętana Bidenowi pozytywnie. Podobnie, jak wycofanie wojsk z Wietnamu Fordowi i Nixonowi. Coś, co wbiło mi intelektualnego ćwieka, to fakt, że Biden powiedział, że on tych porównań do Sajgonu nie widzi. Wmawiano mu wcześniej, że nie nastąpi momentalne przejęcie władzy przez talibów. Może wynika to z tego, bo ciężko jest jakkolwiek podważać te podobieństwa. - kończy amerykanistka.

Strategia Stanów Zjednoczonych - czy to koniec międzynarodowej potęgi?

Taką tezę postawiła Robin Wright - dziennikarka New Yorkera. W artykule zatytułowanym Does the Great Retreat from Afghanistan Mark the End of the American Era? klasyfikuje porażkę USA w dość surowy sposób. Pojawiają się wątki utraconego wizerunku mocarstwa borykającego się z własnymi problemami. Wszystko zostało osadzone w historycznym kontekście, bez którego ciężko rozmawiać o amerykańskiej misji w Afganistanie.

Stany Zjednoczone dążą do tego z własnej woli. Rozpoczęty przez Donalda Trumpa izolacjonizm był początkiem odwrotu. Biden niewątpliwie - na swój sposób - kontynuuje ten scenariusz. Ameryka ma u siebie takie kłopoty, że zupełnie nie w głowie jej zajmowanie się problemami całego świata. Myślę, że podskórnie wciąż jest oczekiwanie, że USA będzie globalnym policjantem i jak gdzieś zadzieje się źle, to zareaguje w odpowiedni sposób. Oczywiście przytaczam sytuację w olbrzymim uproszczeniu. - wnioskuje Działoszyńska-Kossow.

Afganistan
fot. John Moore/Getty Images

ONZ i NATO nie wywiązują się z powierzonej 70 lat temu misji. Oczekujemy, że Amerykanie będą to robić. A jak robią, to z reguły uważamy, że robią to źle. Jak przestają - podobnie. Z tamtejszej perspektywy panuje pewne znużenie tym stanem rzeczy. Z drugiej strony mamy cały kompleks militarno-industrialny, który bardzo by chciał, żeby Ameryka się angażowała. Bo chcemy czy nie, to jego raison d’etre.

Na ten moment obserwujemy oddawanie pola Rosji i Chinom, do czego jeszcze Obama próbował nie dopuścić. Chciał utrzymać silną pozycję na arenie międzynarodowej. O końcu Pax Americana mówiło się od dawna. Wszystko się kiedyś kończy. Możliwe, że obecne wydarzenia stanowią jaskółki zmian. Może jesteśmy już znacznie dalej, w fazie schyłkowej - zaznacza.

Nieodłącznym aspektem, który pojawia się w debacie o wycofaniu amerykańskich wojsk z Afganistanu, są obchody 20. lecia ataków na World Trade Center. 11 września 2021 roku miną dokładnie dwie dekady od straszliwego zamachu terrorystycznego. Trauma, z którą wciąż muszą mierzyć się Amerykanie, zostanie zapewne włączona do dyskusji o obecnych wydarzeniach. Czy Stany Zjednoczone nie radzą sobie w nieustającej walce z terroryzmem?

Afganistan
fot. Amel Emric-Pool/Getty Images

Pamięć o 11 września jest żywa i będzie żywa. Lęk przed światowym terroryzmem pozostaje. Parę dni temu widziałam badanie opinii publicznej na temat największych zmartwień w Stanach. Terroryzm znajdował się nieco niżej, na pewno nie był na pierwszym miejscu. Stało się to trochę sprawą drugorzędną. Jest oczekiwanie, żeby skupić się na krajowych zagadnieniach. Oczywiście, że pogląd na tę sprawę zależy od upodobań politycznych. Niektórzy republikanie wciąż domagają się, by "kopać tyłki" i reagować siłą. Pełne pychy i buty przekonanie, że z racji bycia Amerykanami należy to czynić. - uzasadnia autorka reportażu San Francisco. Dziki brzeg wolności.

Działoszyńska-Kossow podkreśla w tym kontekście istotę wprowadzania demokracji. Mówi się, że już teraz - i będzie mówiło w dwudziestolecie - o porażce idei nation building. Afganistan jest kolejnym przykład, że to przedsięwzięcie skazane na porażkę. W tych scenariuszach amerykańska pycha zawsze kroczy przed upadkiem. Wydawało im się, że można to zrealizować. Po raz kolejny przekonujemy się, że jednak nie. Nie wiadomo jeszcze, jak przejęcie władzy przez talibów wpłynie na dalszą walkę z terroryzmem. Sam fakt niewystępowania ataków świadczy o tym, że nie jest to wojna przegrana.

Nie takie Stany złe, jak je malują?

Krytykowana przez wielu wypowiedź Joe Bidena może nieco przyćmić plusy amerykańskiej okupacji. Nie pomagają w tym długie lata niepowodzeń i historyczny background wojskowych operacji Stanów Zjednoczonych. A warto też wspomnieć o pozytywach, które są dość znaczące. Szczególnie w kontekście przejęcia władzy przez talibów. Jak wiadomo, nie respektują oni praw kobiet; nie zależy im na kompleksowej edukacji; nie będą popierać idei niezależnych mediów. Co na ten temat uważa Magda Działoszyńska-Kossow?

To największy paradoks krytykanctwa. Od osób, które zawsze były przeciwne siłom Stanów Zjednoczonych w Afganistanie słyszy się, że “jak to, wychodzicie teraz stamtąd?”. “Zaprzepaścicie wszystkie postępy?”. Dla mnie to fundamentalna niespójność. Moim zdaniem amerykańska obecność zawsze oznacza pewien wzrost. Pewna ochrona praw obywatelskich, wzmożona edukacja i próba wprowadzenia demokratycznych mechanizmów. Przez część są pożądane, przez część dobrze widziane, a przez część odrzucane. Trzeba widzieć dwie strony medalu: i to, co zostało spartolone i to, co wydarzyło się pozytywnego.

Wydaje mi się, że Amerykanie spróbują siłami soft-power wspierać opozycję w Afganistanie. Są różne formy pomocy - i nacisku - które Amerykanie wykorzystują poza siłą militarną. Chodzi o wspieranie organizacji pozarządowych, o stypendia naukowe etc. Rzadko o tym słyszymy, bo pachnie to prorządową propagandą. Warto o tym jednak pamiętać - podkreśla amerykanistka.

Jak pomagać Afgańczykom?

Ciężko o pomoc doraźną, jeśli nie znajdujemy się na miejscu, w Afganistanie. Tam działania koordynuje m.in. Jagoda Grondecka, której sylwetkę przybliżaliśmy w niedawnym artykule. Grondecka uprawia dziennikarstwo zaangażowane, takie, za którym wielu tęskni, ale i takie, którego mało kto odważyłby się podjąć. Od dawna relacjonuje dla polskich mediów wydarzenia z Bliskiego Wschodu; na co dzień Polka mieszka w Kabulu. Mieście, na które aktualnie patrzy z przerażeniem cały świat - tak pisał o niej Jacek Sobczyński.

Wtóruje mu Karol Wilczyński, który uważa, że dziennikarce należą się nie tylko słowa pochwały czy poczucie narodowej dumy. Polecam śledzenie kanałów Jagody Grondeckiej, jak tylko skończy się - przeprowadzana również przy jej udziale - ewakuacja. Moim zdaniem powinna dostać wysokie odznaczenie państwowe. To, co zrobiła dla Afgańczyków, jest bohaterskim czynem. Już w tym momencie można by o niej nakręcić film dokumentalny. Niesamowita robota. Warto o tym przypominać. Jestem dumny, że taka osoba jest współpracowniczką Salam Lab. - podkreśla.

A jakie działania możemy podjąć z poziomu laptopa czy smartfona? W jaki sposób edukować czytelników, znajomych czy rodzinę? Jak opowiadać o sytuacji w Afganistanie, żeby nie mijać się prawdą i nie powodować dezinformacji?

Jeśli chodzi o social media, każdy z nas może działać: czytać posty ekspertów; szukać wskazówek, gdzie i kogo należy obserwować. Pamiętajmy też o afgańskich działaczach/-kach, bo najkorzystniej czerpać wiedzę u samego źródła. Bardzo ważny jest też aspekt, o którym na razie mało się mówi. Jako społeczeństwo odrobiliśmy lekcję z 2015 roku, wiemy, jak prawidłowo działać. Nie wolno poddawać się panice, nie wolno słuchać zastraszających wypowiedzi polityków, takich jak ta Piotra Glińskiego.

Przecież nie wszyscy uchodźcy przesiedlą się do Polski. Trzeba sprzeciwiać się cynicznym komentarzom, którzy próbują wzbudzać niepokój. Przed kim Gliński chce bronić polskich obywateli? Przed kobietami i dziećmi? Przed tłumaczkami? Przecież 80% uchodźców stanowią właśnie kobiety i dzieci. Trzeba bardzo uważać na dobór słów, na język, którym się posługujemy. I zwracać uwagę na tytuły artykułów masowych mediów. Tych, które dehumanizują i piszą o nielegalnych migrantach czy nadciągającej fali uchodźców. To nie są neutralne określenia. To przekłamania, które powodują dezinformację.

Uchodźcy nie są powodzią, która zaleje Europę. Dlatego należy reagować: pisać do redakcji o zmianę tytułu, edukować w komentarzach, prowadzić szkolenia dla dziennikarzy. Rozumiem, że to trudny temat i ludzie się na tym nie znają. Naszą misją jest uświadamianie. O tym, że cudzoziemcy to normalni ludzie, którzy mieszkają obok nas. Dla nich Polska znaczy dom. Warto się z nimi spotykać, chodzić na wydarzenia organizowane przez Centrum Wielokulturowe w Krakowie czy Kuchnię Konfliktu, restaurację w Warszawie, w której spożyjemy posiłki przygotowywane przez osoby z doświadczeniem uchodźstwa. To nie jest wielki wysiłek, a może realnie pomóc w odbieraniu nie tylko sytuacji w Afganistanie, ale i jakiejkolwiek związanej z migracją i uchodźstwem.

Przydatne linki i źródła informacji:

Jagoda Grondecka

Salam Lab PL

So.informed

Karol Wilczyński

Steph Glinski

Make Salaam Not War

Real Rawa Official

Everyday Kabul

Anna Alboth

Parwana Amiri

Yousif Alshewaili

Podziel się lub zapisz
Redaktor naczelny newonce.net. Prowadzi autorską audycję kolekcje w newonce.radio i współprowadzi dwie inne: Daj Wariata i Strzałką chodzisz, spacją skaczesz. Najbardziej jara go to, co odkrywcze i eksperymentalne - czy to w muzyce, czy w kinie, czy w gamingu.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.