Jeśli wielkich piłkarzy od słabych różni to jak radzą sobie z porażką, to jestem spokojny o przyszłość reprezentacji Anglii. Pokolenie Rashfordów i Sterlingów za rok będzie jeszcze mocniejsze. Anglicy powinni czuć dumę i ekscytację, gdyby nie to, że przedawkowanie płynów i prochów znowu ukazało nam ciemną otchłań kibicowskiej duszy.
To są dwie rożne rzeczywistości: dźwięk piszczałek i Włosi robiący objazd po Rzymie kontra Anglia rozrób, nadal z pulsującym alkoholem pod czaszką, choć od finału minęła już ponad doba. Czasem można odnieść wrażenie, jakby przeszło tu tornado. W gazetach nie ma pięknych analiz i komentarzy o lepszym jutrze. Raczej dominuje wstyd i przerażenie, że coś takiego w ogóle miało miejsce.
Anglia nie dorosła do święta, na które czekała 55 lat. Co gorsze, nic nie wskazuje na to, że w najbliższych latach dorośnie. Już teraz mówi się, że może zapomnieć o organizacji mundialu w 2030 roku.
To nie jest piękne zwieńczenie Euro. Ten turniej był o solidarności i przyjaźni, był triumfem futbolu, a kończy go dyskusja o podzielonym kraju i troglodyckich nawykach nie do wykorzenienia. Nie da się odwrócić od tego wzroku, zwłaszcza dziś, gdy w sieci viralami stają się szturmy na bramy Wembley, bicie stewardów i wydzieranie biletów ludziom przy kasach. Lando Norrisowi, kierowcy Formuły 1, ukradziono zegarek za 40 tysięcy funtów. Syn Roberto Manciniego mecz oglądał na schodach. A w sumie to i tak miał szczęście, bo przecież, jak kilku innych Włochów, mógł wylądować na glebie.
Anglicy są idealnym przykładem, że dużo łatwiej zbudować jest dobrą reprezentację niż całą kulturę wokół. Piłka zawsze jest częścią społeczeństwa. Anglia nie ma już dziś łatki chuligaństwa jak dawniej, ale pewna pozostałość tych mrocznych czasów wciąż drzemie w psychice tych ludzi. Kibic na Wyspach wciąż traktuje piłkę jako przykrywkę, to pretekst do odpięcia wrotek i uwolnienia złych emocji. Bary w Londynie jeszcze przed południem pełne były ludzi, choć mecz zaczynał się dopiero o 20:00 tamtego czasu. Już przed finałem widzieliśmy sterty śmieci na Leicester Square, obrażanie reporterki i wybitą szybę w Burger Kingu. Widzieliśmy obnażających się ludzi i brak strategicznego myślenia, że ten oszalały tłum w końcu straci głowę.
Szacuje się, że wokół Wembley przetoczyło się w niedzielę 250 tysięcy ludzi. Nie było pierścieni bezpieczeństwa. Był żywioł i najgorsze ludzkie instynkty. Rasizm dotykający po przegranym finale m.in. Rashforda to dopełnienie tej historii. Jest coś patologicznego w tym, jak angielscy kibice postrzegają swoich bohaterów. Niewiele jest narodów, gdzie wahadło emocji rozbujane jest tak mocno. Widać to było już w fazie grupowej i krytyce po remisie ze Szkocją, który przecież niczego tak naprawdę nie zmieniał.
Przed finałem w całej Anglii nie było dostępnej ani jednej koszulki reprezentacji. Wszystko zostało rozkupione, a ceny trykotów retro skoczyły o 75 procent. Ten naród idzie za piłkarzami w ogień, gdy wygrywają i rzuca ich w przepaść, kiedy tylko coś się nie uda. Na Euro 2020 udało się całkiem sporo, Gareth Southgate w ciągu trzech lat zaliczył półfinał i finał wielkiej imprezy. Wcześniej w ciagu 70 lat były tu tylko trzy półfinały.
Anglicy naprawdę są we wspaniałym momencie. Mają trenera, który jest bardziej opanowany i rozważny w słowach niż politycy. Mają system szkolenia, który daje fundamenty. W końcu mają świadomych społecznie liderów jak Rashford walczący o biedne dzieci czy Sterling, piętnujący już dawno temu rasizm angielskich tabloidów. Oni wiedzą, że mają globalny zasięg i nie wahają się użyć go w dobrej sprawie.
Nie wiem, czy ta informacja wybrzmiała wystarczająco głośno, ale cała kadra Anglików jeszcze przed finałem zobowiązała się, że w razie wygrania całą premię (czyli kilka milionów) przekaże na służbę zdrowia. Ktoś powie, że to pijar, a moim zdaniem to kolejny znak, jak dojrzałą, empatyczną i szerokomyślącą kadrą dysponuje dziś Southgate.
Rashford ma 23 lata. Ma bagaż doświadczeń dorosłego faceta i psychikę za stali, która nie pozwoli mu wywiesić białej flagi. W poniedziałek wieczorem napisał piękny list: zawiodłem, przepraszam, ale nie przeproszę za to, kim jestem. W Withington, gdzie zdewastowano jego mural, bardzo szybko ludzie zaczęli naklejać kartki ze słowami wsparcia. Miłość na chwilę wyparła nienawiść. To pokazuje, że nie ma tylko jednej złej Anglii, jest po prostu głęboki podział, który finał na Wembley doskonale zilustrował. Futbol zanim naprawdę wróci domu, musi odpowiedzieć sobie na kilka ważnych pytań.
