Czy jakiś rapowy album brzmiał podobnie? Injury Reserve przekraczają granice muzyki (DWUGŁOS)

Zobacz również:To będzie mocny koniec roku. Które rapowe premiery z USA zapowiadają się najciekawiej?
Injury Reserve By The Time I Get To Phoenix
fot. Nick Herbert & Parker Corey

By the Time I Get to Phoenix nie przypomina w zasadzie czegokolwiek, co ukazało się wcześniej w rapie. Ale to nie tylko kwestia eksperymentalnego podejścia do formy, ale także próby zobrazowania uczuciowej pustki.

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu Injury Reserve jawili się jako jeden z najbardziej kreatywnych składów we współczesnym rapie. Inspirowali się zarówno pełną soulu – jak i winylowego brzmienia – stylistyką 9th Wonder i Little Brother; minimalistycznym i precyzyjnym, poszukującym futurystycznego funku podejściem The Neptunes oraz hałaśliwą awangardą spod znaku Death Grips, Techno Animal czy Dälek. Ich debiutancki longplay, poprzedzony przez dwa świetne mikstejpy i EP-kę, był pełen skrajności, ale równocześnie zaskakująco spójny. Ale ta epoka dobiegła końca.

Injury Reserve

Injury Reserve

W czerwcu 2020 roku, w wieku zaledwie 32 lat, zmarł Jordan Groggs, znany głównie jako Stepa J. Groggs. Jeden z dwóch MC współtworzących – razem z producentem Parkerem Coreyem – trio z Arizony. Mogło się wydawać, że w naturalny sposób oznaczać to będzie koniec tego projektu. Ale tak się nie stało. 15 września ukazał się bowiem By the Time I Get to Phoenix - najnowszy album grupy, który zaczął powstawać jeszcze za życia Groggsa, ale został zfinalizowany w cieniu jego przedwczesnej śmierci. Sama historia jest już niezwykła. Ale towarzyszy jej też niezwykły materiał. Bo o tym, jak osobnym zjawiskiem w kontekście współczesnego rapu jest ten materiał, można się przekonać przy pomocy zaledwie jednego odsłuchu.

Słuchamy więc i pytamy: czy to moment, w którym można świętować narodziny post-rapu? Czy mamy do czynienia z wydawnictwem, które może okazać się niezwykle wpływowe? W końcu – jak poradzić sobie z ogromną ilością emocji zaserwowaną w tak niekonwencjonalny sposób?

1
Cyryl Rozwadowski

CZYM JEST RAP? zapytuje – wyciągając ręce ku niebu – Żabson w najnowszej reklamie jednego z wiodących muzycznych serwisów streamingowych. W odpowiedzi na to pytanie zalewa go rzęsisty deszcz. Moje możliwości interpretacyjne nie do końca są w stanie rozszyfrować symboliczny kontekst tej sceny. Ale gdybym znalazł się w analogicznej sytuacji, to na identyczne zawołanie odpowiedziałaby mi szkarłatna łuna, która, w kontekście premiery By the Time I Get to Phoenix, oznaczałaby, że rap jest także własnie tym.

Najnowsze wydawnictwo Injury Reserve zdążyło wywołać żywą dyskusję m.in. na serwisie Rate Your Music, gdzie użytkownicy, mający prawo decydować w sprawie m.in. stylistycznych etykietek, zbiorczo zastanawiają się, czy to idealny moment na wprowadzenie terminu post-rap. I mają ku temu dobre motywacje. Hip-hopowych dzieł korzystających z niecodziennej palety dźwięków lub wręcz eksperymentujących z formą było sporo. Ale duet z Arizony idzie o krok dalej. Nie tylko za sprawą dobranych środków, ale samej formy, która w obrębie każdego utworu kładzie się zupełnie w poprzek tradycyjnych piosenkowych struktur. By the Time I Get to Phoenix nie robi tego jednak w imię anarchii i podróży dla samej podróży - jest wyrazem pustki. Echem rozpadające się na kawałki świata.

Jakimś małym cudem jest fakt, że ten album w ogóle się ukazał. Po śmierci Stepy J. Groggsa w czerwcu 2020 roku, Ritchie With a T i Parker Corey mogli zawiesić mikrofony i kontrolery na kołku. Nie zrobili tego. Swoją rozpacz zamienili w kanalizujący mroczne instynkty, ale i szukający odkupienia longplay, dla którego bazę stanowił ich własny DJ-set oparty w dużej mierze o muzykę gitarową. Ta została pocięta, zmielona i zmiksowana, ale z dbałością o zachowanie oryginalnej faktury. Podobnie zawiadackie podejście charakteryzuje też wokale - przepuszczone przez rozmaite filtry, które nadają im nadnaturalnych cech. Wszystkie te komponenty składają się na oniryczną atmosferę całego krążka. Ale to nie jest miły sen. To wizja bezsilności wobec życiowych prądów. Wizja rozbijania się o fale sprzecznych ze sobą emocji oraz ochrony oczu i nozdrzy przez pyłową burzą, która symbolizuje uporczywe myśli o braku perspektyw.

W oczywisty sposób jest to album szalenie smutny. Ale też oczyszczający w swojej radykalnej wizji. Sam fakt, że takie słowa jestem w stanie pisać o rapowym wydawnictwie, jest ewenementem. Po circa 10 odsłuchach, By the Time I Get to Phoenix nadal jest dla mnie, w dużej mierze, ziemią niezbadaną. Zatapiam się w niecodziennej strukturze Outside, ambientowych pasażach służących za bit Top Picks for You, zupełnie rozbrajającym Knees czy funkującym, ale biezmiernie smutnym Postpostpartum. Włosy na głowie jeżą mi chociażby Ground Zero czy Smoke Don’t Clear, a bluesowe SS San Francisco fascynuje i konfunduje jednocześnie. Ale sercem i rozumem nadal nie jestem w stanie do końca objąć tego dzieła jako całości. Ekscytacji z powodu obcowania z zupełnie świezymi konfiguracjami dźwięków towarzyszy przytłoczenie przez tanatyczną aurę unoszącą się nad całymi 40 minutami tego materiału.

Po tygodniu od premiery nowy album Injury Reserve zainteresował przede wszystkim fanatyków alternatywnego rapu oraz core’owy fanbase grupy. Prasa jeszcze niezbyt chętnie zabiera się za próbę konfrontacji z tym dziełem. Dla mnie fakt, że jest to płyta historyczna nie ulega wątpliwości. Pytanie tylko, kiedy usłyszymy to poza undergroundem.

2
Lech Podhalicz

Is it future or is it past? Słowa demonicznego Jednorękiego Mężczyzny z serialu Twin Peaks dość celnie opisują album By the Time I Get to Phoenix. Płyta, która wyprzedza swoje czasy w kontekście muzycznej zawartości i zachwyca nieoczywistym konceptem. Jednocześnie została wyraźnie osadzona w przeszłości. W tym przypadku niezwykle bolesnej, bo związanej z tragiczną śmiercią ⅓ Injury Reserve: Stepy J. Groggsa. Informacja o odejściu rapera – podana w czerwcu 2020 roku – zszokowała środowisko. Artysta miał zaledwie 32 lata, a kilka miesięcy wcześniej skończył europejską trasę koncertową, której jednym z przystanków był też gig w warszawskiej Hydrozagadce. W mojej opinii jeden z najlepszych rapowych koncertów, w jakim kiedykolwiek brałem udział.

Ale do meritum. Drugi album – a czwarte wydawnictwo w ogóle, licząc wcześniejsze mikstejpy – Injury Reserve to zjawiskowy materiał. Kompletnie osobny i nie przystający do niczego, co ukazało się dotychczas w rapie. Oprócz samej muzyki, równie istotny jest w tym przypadku pomysł. Zróbmy zatem szybką retrospekcję. Jest 2019 rok, Sztokholm, stolica Szwecji. Cała trójka została zabookowana do klubu znajdującego się na tyłach włoskiej restauracji. Możecie sobie zwizualizować tę klitkę oczami wyobraźni. Muzycy postanowili, że nie ma opcji, nie zagrają w niej live’a. Postawili na improwizowany DJ set, którego pokłosiem było powstanie nowego utworu.

Na kanwie tej idei powstał fundament By the Time I Get to Phoenix. Z nieznajomego hałasu wyłoniło się jedenaście tracków. Na początku ubiegłego roku – w jednej z ostatnich telefonicznych rozmów – Groggs przekazał reszcie zespołu, że jego życzeniem było zatytułowanie płyty właśnie po kompozycji Isaaca Hayesa. Tytuł By the Time I Get to Phoenix został zaczerpnięty z ponadczasowej płyty Hot Buttered Soul z 1969 roku. Z kolei utwór Hayesa jest coverem piosenki Glena Campbella, która ukazała się trzy lata wcześniej. Jak widać, jesteśmy tu świadkami wielopiętrowej hypnagogii.

Kakofonia, szumy, przestery. Paniczne krzyki, tajemnicze szepty i wykorzystane wokale Groggsa. By the Time I Get to Phoenix ma niewiele wspólnego z hip-hopem. Niezależnie, czy tym truskulowym, czy niuskulowym. Czerpiąc z muzyki gitarowej – zarówno współczesnej, jak i sprzed wielu lat – oraz wprowadzając eksperymentalne rozwiązania Injury Reserve pozycjonuje się poza rapową optyką. Czy to hip-hopy, czy to post-rapy? Nie widzę przeciwwskazań, żeby nazywać muzykę teksańskiego duetu w ten sposób. Parker Cory i Richie with a T samplowali utwory m.in. zespołów Black Country, New Road; Black MIDI; King Crimson czy The Fall. Klasyka gitar uszyta na miarę XX i XXI wieku. Z kolei w ostatnim numerze na płycie, Bye Storm, w creditsach pojawia się nie kto inny, a sam Brian Eno.

Na produkcyjno-aranżacyjnym polu nie ma najmniejszych wpadek. Za większość podkładów odpowiedzialny jest oczywiście Parker Cory. W nakreśleniu dźwiękowego ekwiwalentu żałoby pomogli mu m.in. Jam City, Sad Pony i Body Meat. Przecież singlowy Knees – wykorzystujący fragmenty utworu Black MIDI – to przepiękna, wyciskająca łzy kompozycja. Podobnie jak futurystyczny, wzruszający Top Picks for You. W zamykającym całość, pożegnalnym Bye Storm, pojawia się motyw przewodni z Here Come the Warm Jets – tytułowego, erotycznego kawałka z glam rockowego debiutu Briana Eno. W efekcie otrzymujemy połączenie radosnych dźwięków z przygnębiającym tekstem.

Zresztą, By the Time I Get to Phoenix często operuje na kontrastach. Wspomniane, bardziej przystępne tracki, zderzają się z awangardowymi momentami. Zglitchowanym Superman That; wykręconym SS San Francisco; horrocore’owym Footwork in a Forest Fire czy przytłaczającymi Wild Wild West i Smoke Don’t Clear. Nad całością unosi się dziwaczny, lynchowsko-vontrierowski duch. Czyli w skrócie: egzystencjalna postmoderna wypełniona symboliką.

Od kwestii artystyczno-wykonawczych na By the Time I Get to Phoenix jeszcze ważniejsze są emocje. A te pojawiające się podczas odsłuchu są – mówiąc eufemistycznie – intensywne. Nie słuchajcie tego albumu podczas romantycznej kolacji. Sofomor Injury Reserve potrafi przytłoczyć egzystencjalnym ciężarem. Od przygnębiającego smutku po stracie kumpla do niepokojących, psychodelicznych pejzaży. Album jest poniekąd wypadkową uczuć, które towarzyszą ludziom mierzącym się z tragedią. Jest tu niepokój, jest przerażenie, jest bezradność i poczucie beznadziei. Słuchając drugiego longplaya ekipy z Teksasu miałem poczucie wręcz fizycznego bólu. Bólu nieoczywistego i otaczającego zmysły z każdej możliwej strony.

A teraz klamra. Po pytaniu Jednorękiego Mężczyzny – przytaczanego na początku tekstu – Laura Palmer weszła w dialog z agentem Dale’em Cooperem. Na jeden z dylematów odpowiedziała mu krótko: I am dead. Yet I live. Czy da się lepiej opisać zawartość By the Time I Get to Phoenix?

Podziel się lub zapisz
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.