Okres przejściowy w Barcelonie jest boleśniejszy, niż mogłoby się wydawać. Nie dość, że Atletico Madryt odjechało jej na 9 punktów, to dodatkowo Katalończycy stracili na dłuższy czas Gerarda Pique, Sergiego Roberto i Ansu Fatiego. Wyrazem niemocy Blaugrany jest to, że po porażkach zawsze wysyła do tłumaczeń najmłodszych zawodników, jak 17-letniego Pedriego po klęsce z Atletico (0:1). Ronald Koeman napotyka coraz więcej problemów w trakcie przebudowy zespołu, a jego liderzy niekoniecznie spełniają swoją rolę.
Diego Simeone zerwał z dawnymi koszmarami. Rzadko kiedy mecze z Barceloną mu się udawały, ale tym razem był górą. Triumfował nad Ronaldem Koemanem, który wpada w coraz większe tarapaty. Presja narasta, Leo Messi wydaje się nieobecny i zdenerwowany sytuacją w Barcelonie, taktyka z dwoma pivotami nie przynosi efektów, a kolejni podstawowi zawodnicy zmagają się z problemami zdrowotnymi.
Katalończycy muszą się przejmować teraźniejszością, ale również przyszłością. Kolejni przeciwnicy odjeżdżają im w lidze hiszpańskiej, a ponadto coraz większym problemem będzie utrzymanie konkurencyjnej jedenastki. Wypadł wyróżniający się w ataku Ansu Fati, a po spotkaniu z Atletico do gabinetów lekarzy coraz częściej zaglądać będą Gerard Pique i Sergi Roberto. Ten ostatni wypadł na dwa miesiące, a środkowego obrońcę również czeka dłuższa przerwa od gry. To sprawia, że defensywa Blaugrany staje się mocno naruszona i jeszcze bardziej niestabilna.
Przede wszystkim gra wicemistrzów Hiszpanii stała się bardzo przewidywalna. Rzuca się w oczy brak 18-letniego Ansu Fatiego, a wzrok pozostałych zwykle zwrócony jest na Leo Messiego. Ponownie jak w poprzednim sezonie – jeśli on czegoś nie wyczaruje, Barcelona pozostaje łatwa do rozczytania. Koeman ewidentnie ma problem z zarządzaniem ludźmi i wykorzystywaniem potencjału personalnego. Marcos Llorente, Yannick Carrasco czy Joao Felix skutecznie ograniczali możliwości Katalończyków. To akurat na ten moment najbardziej wymagający rywal w rozgrywkach, co nie zmienia faktu, że Koeman ma nad czym myśleć. Kto nie wychodzi na Barcelonę, nie ma już żadnych kompleksów. Strata do czołówki robi się coraz większa, a możliwości wyboru także ubywa.
Holender zupełnie nie radzi sobie z reakcjami i zarządzaniem meczem. Zwykle jego decyzje personalne sprawiają, że drużyna rozbija się na dwa obozy – atakujących i broniących. Identycznie było z Atletico, bo gdy jego drużynie nie idzie, Koeman wstawia do gry kolejnych napastników, pozostawiając biednego Frenkiego de Jonga samotnego w środkowej strefie. A jak wielkiego talentu nie miałby jego rodak, nie da rady posklejać w pojedynkę najważniejszej części boiska. Ktokolwiek nie byłby przeciwnikiem, to po prostu niemożliwe, aby funkcjonować z jednym środkowym. Końcówka z zespołem Simeone też tak wyglądała – Braithwaite czy Trincao mieli uratować spotkanie, ale pięciu napastników niekoniecznie oznacza więcej sytuacji bramkowych czy większą kontrolę meczu. Barcelona przekonuje się o tym dobitnie po raz kolejny, mimo że wydaje się to wręcz fundamentalną prawdą dla każdego trenera.
Kolejnym wątkiem jest rola i poczucie bycia liderem. Filary Blaugrany zdecydowanie nie odpowiadają stawianym wymaganiom. Nad Messim założono pewien parasol ochronny, obchodzi się z nim jak z jajkiem, mając w głowie potencjalną ucieczkę z klubu po zakończonym sezonie. Gerard Pique odsunął się w cień, ale na boisku niekoniecznie nadrabiał formą. Jego doświadczenie było jednak niezbędne, a przez kontuzję ktoś inny będzie musiał przejąć rolę szefa defensywy. Sergio Busquets jest najbardziej krytykowanym zawodnikiem klubu, więc z tej starej gwardii mało na kim można realnie polegać. Efektem tego są takie kwiatki jak 17-letni Pedri tłumaczący porażkę po jednym z najważniejszych meczów sezonu. To on miał wziąć na siebie odpowiedzialność i odpowiadać wizerunkiem za klęskę. Zupełnie jak po El Clasico, gdy wysłano do wywiadów nowicjusza Sergino Desta. Chłopaka, który musiał przypominać dziennikarzom, że jest nowy i nawet nie mówi po hiszpańsku. W kwestii „świecenia twarzą” w trudnych chwilach coś zdecydowanie nie gra w tym klubie.
Takie straty na czele z urazem Pique będą odczuwalne w kolejnych miesiącach. Nawet jeśli zdarzają mu się wpadki, to akurat był jednym z nielicznych ludzi z charyzmą, którzy na boisku starali się ożywić drużynę. Możliwe, że środkowy obrońca wypadnie nawet na pół roku, możliwe, że wróci po czterech miesiącach, ale to oznacza długofalowy cios dla Katalończyków. Taki, który powinen być bolesny. Pique trudno będzie zastąpić. Jakby problemów defensywnych było mało, Barcelona traci jej najważniejszą postać. I zapewne będzie na tym wyraźnie cierpieć w dalszej części sezonu.
Na Camp Nou zaczyna się robić gorąco. I z upływającym czasem może być tylko coraz gorzej. Przeciągające się wybory prezydenckie, problemy personalne, wątek wiszącego w powietrzu pożegnania z Messim, kwestionowane głośne nazwiska, wyraźna strata punktowa w lidze hiszpańskiej – to obraz problemu na problemie. Można powiedzieć, że Barcelona pozostała zostawiona sama sobie bez wyraźnej postaci, która wzięłaby za to odpowiedzialność. Nie ma dziś prezydenta, dyrektor sportowy jest wydmuszką, Messiego męczy obwinianie go o wszystko. W zasadzie wzrok kieruje się na Ronalda Koemana, a ten niespecjalnie daje podstawy, aby widzieć w nim człowieka kontrolującego sytuację. Na razie sam gubi się podczas życiowej szansy, na którą czekał tyle lat.
