Big L rest in peace. Wspominamy rapera, który wniósł sztukę pisania rymów na zupełnie nowy poziom

big l.jpg
fot. okładka płyty "Big Picture"

Był jednym z najlepszych raperów w historii. O ile z szeregiem stawianych przez nas tez można - a nawet należy - polemizować, o tyle akurat ta nie podlega żadnej dyskusji.

Dobrze zapowiadający się MC z Harlemu zginął w wieku 24 lat - głosi lead artykułu poświęconego Big L’owi, opublikowany w 116 numerze The Source, który odgrzebaliśmy w domowych archiwach na potrzeby poniższego tekstu. W kontekście obecnego statusu tego reprezentanta Nowego Jorku wydaje się jednak nieco zbyt… słaby. Lamont Coleman - jak naprawdę nazywał się ten MC - jest bowiem dzisiaj postrzegany jako legendarny raper, który w wielu aspektach wyprzedzał swoje czasy. Gdyby jego drogi do sławy nie przerwało dziewięć kul, które 15 lutego 1999 utkwiły w jego głowie i klatce piersiowej, z całą pewnością nosiłby dzisiaj tytuł GOAT. Bo kiedy w 1995 roku ten buńczuczny młody wilk rapował klasyczny refren - If rap was a game. I'll be M.V.P / The most valuable poet on the M.I.C, jego ówczesna pozycja na scenie była daleka statusowi pierwszoplanowej gwiazdy. Ale jego talent do składania wersów, wpływ, jaki miał na swoich mikrofonowych kamratów (czy rywali) i przyrodzone mu podejście do biznesu otaczającego sztukę nawijania stawiały go w pierwszym szeregu najbardziej wartościowych poetów w całej 90s'owej rap grze.

Feralny spacer

Ten gość mnie przerażał. Kiedy pierwszy raz usłyszałem jego zwrotki, byłem śmiertelnie przerażony, bo - naprawdę - jeśli przyszłoby mi się mierzyć z takim talentem, to nie miałbym żadnych szans - w 40. rocznicę urodzin Lamonta Colemana powiedział dziennikarzowi MTV nie żaden młodociany chłystek, ale sam Nas. Zresztą w tym samym tekście o tym, jak wielką inspiracją był dla nich Big L mówili jeszcze Mac Miller, A$AP Rocky czy Kevin Gates, a Jay-Z wspominał już prawie dopięty kontrakt z Roc-a-Fella, który czekał na tego reprezentanta Harlemu, kiedy na początku 1999 roku postanowił odbyć swoją codzienną rundkę po dzielnicy. L był jednym z nielicznych raperów, którzy pomimo swojej sławy wciąż bujali się po własnej okolicy - we wspomnianym nekrologu z magazynu The Source opowiadał jego przyjaciel i manager Neal Santos.

Podczas rzeczonej przechadzki do Colemana nieznany sprawca otworzył ogień z przejeżdżającego samochodu i zabił go na miejscu, trafiając 9 razy. I choć na temat tego zdarzenia krąży szereg plotek - od tych, które mówią o tragicznej pomyłce, przez tropy prowadzące do jego zamieszanego w uliczne interesy brata (który zginał cztery lata później na tej samej ulicy, co jego młodszy braciszek), po te, które wiążą całe zajście z niewyparzoną gębą Big L’a i rywalizacją pomiędzy aspirującymi MC’s - to prawdziwe motywy i tożsamość zabójcy wciąż pozostają nieznane. Podobnie jak ma to miejsce w przypadku zdecydowanej większości spraw dotyczących morderstw, których ofiarami padli raperzy, a którą to smutną prawidłowość celnie podsumował w serialu dokumentalnym Surviving R. Kelly John Legend - jeśli chcesz wywinąć się z gwałtu, zgwałć młodą Afroamerykankę, a jeśli z morderstwa - zabij rapera.

Najgłodniejszy z wilków

Jeśli jednak Big L nie wybrałby się owego feralnego wieczoru na obchód dzielnicy, podpisałby wspomniany kontrakt z będącą wówczas u szczytu popularności wytwórnią Roc-a-Fella i wydał swój drugi solowy album, późniejsze losy hip-hopu mogłyby wyglądać nieco inaczej. Coleman nie dość bowiem, że był jednym z najlepszych tekściarzy schyłku zeszłego wieku - pionierem horrorcore’u, niedoścignionym storytellerem i punchlinerem wyprzedzającym czasy Dipsetowego miotania samych mocnych linijek - to jeszcze o biznesowym zapleczu własnej kariery myślał nieporównywalnie sprytniej niż większość 90'sowych MC’s. Od kiedy bowiem w wieku 12 lat zaczął freestyle’ować po winklach ulic Harlemu i klatkach schodowych okolicznych bloków, jego wejście na szczyt ówczesnej rapowej hierarchii wydawało się jedynie kwestią czasu. Każda zwrotka, którą kładł na numerach swoich dwóch macierzystych załóg - zapomnianego małolackiego składu Children of the Corn, który współtworzył z m.in. podpatrującymi wówczas jego patenty Cam’ronem i Ma$e'em, a także ulicznego dream-teamu znanego jako D.I.T.C. (Diggin’ In The Crates) w skład którego wchodzą Buckwild, Diamond D, Fat Joe, Lord Finesse, O.C., Showbiz i A.G. - pozostawiała jego rapujących kompanów w cieniu, a rywalom dobitnie uświadamiała, kto jest aktualnie najgłodniejszym wilkiem w podziemiu.

Nic dziwnego więc, że spore zamieszanie w środowisku wywołał jego debiutancki, solowy singiel - Devil’s Son, który uznawany jest za pierwszy oficjalnie wydany numer w historii sub-gatunku rapu, jakim jest horrorcore. Późniejszy o dwa lata longplay, wypuszczony w 1995 roku krążek Lifestylez ov da Poor & Dangerous - choć był zarzewiem stylistycznego i promocyjnego konfliktu pomiędzy raperem a jego ówczesną wytwórnią Columbia Records i finalnie doprowadził do rozwiązania wiążącego ich kontraktu - prędko dorobił się kultowego statusu. Uwolniony spod jarzma majorsa L chciał iść od razu za ciosem i szybko zaczął prace nad kolejną płytą - albumem The Big Picture. Jednak robota przeciągała się ze względu na tragiczną śmierć przyjaciela Lamonta, Bloodsheda (również członka Children of the Corn) i rosnącą popularność kolektywu D.I.T.C., z którym to składem - a konkretnie z O.C. - Big L odwiedził w tamtym czasie po raz pierwszy Europę. Finalnie przerwała je natomiast owa tragiczna kanonada, którą 15 lutego 1999 rozbrzmiały ulice Harlemu.

Full Clip, czyli hołd na miarę MVP

Zanim jednak Corleone - jak bywał również nazywany ów MC - upadł bez życia na bruk swojej po wielokroć wychwalanej, rodzinnej dzielnicy, zdążył kilka miesięcy wcześniej założyć swój własny, niezależny label Flamboyant Entertainment i wypuścić jego nakładem jeden z najważniejszych ulicznych hymnów złotej ery rapu - niesamowicie obrazowy, osiedlowy słowniczek, którym inspirował się m.in. Pezet przy nagrywaniu Slangu, czyli Ebonics. Obok szeregu zapierających dech w piersiach fristajli, takich filmowych storytellingów jak The Heist czy Casualties of a Dice Game i niezliczonej ilości pamiętnych wersów z jego solowych numerów czy dyskografii Diggin In The Crates, to bodajże najlepszy przykład imponującego literackiego talentu, szorstkiej, podwórkowej charyzmy i doprawionego szczyptą humoru, konfrontacyjnego nastawienia Colemana.

Wielu innych MC’s wymawia jego ksywkę z ogromnym namaszczeniem. i choć wciąż niewystarczająco często pojawia się ona - obok Paca, Biggiego czy… X’a - na wszelkiej maści listach tragicznie zmarłych raperów, to o to, żeby Big L Rest in Peace krzyczeli nawet ludzie, którzy nie mają pojęcia kim był, swego czasu zatroszczył się DJ Premier. I trzeba przyznać, że naprawdę jest to hołd na miarę wielkości tegoż M.V.P., the most valuable poet on the M.I.C.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz muzyczny, kompendium wiedzy na tematy wszelakie. Poza tym muzyk, słuchacz i pasjonat, który swoimi fascynacjami muzycznymi dzieli się na antenie newonce.radio w audycji ZA DALEKI ODLOT w co drugi czwartek od północy.