Błędne koło LeBrona i Lakers. Czy James rozwieje wątpliwości na temat swojej przyszłości w L.A.?

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
LeBron James
Fot. Patrick Smith/Getty Images

LeBron James chce, by Los Angeles Lakers postawili wszystko na jedną kartę i umożliwili mu walkę o mistrzostwo, zanim przedłuży z nimi umowę. Lakers chcą z kolei, by James najpierw przedłużył kontrakt, zanim na dobre oddadzą wszystkie swoje wybory w drafcie. Jeśli nikt więc pierwszy nie mrugnie, to stracić mogą wszyscy.

Począwszy od 4 sierpnia LeBron James podpisać może dwuletnie przedłużenie kontraktu o wartości około 97 milionów dolarów. Jeśli tego nie zrobi, latem 2023 roku wejdzie na rynek wolnych agentów i będzie mógł poszukać sobie nowego klubu. Jak do tej pory nie mówił jednak nic o przedłużeniu. Zamiast tego, tak jak w przeszłości, po prostu deklarował przywiązanie do Lakers.

Nie tak dawno, bo w lutym stwierdził, że jest w stanie wyobrazić sobie pozostanie w klubie tak długo, jak będzie mógł grać. Z kolei w ubiegłym tygodniu ptaszki zaćwierkały, że James jest w Mieście Aniołów „szalenie szczęśliwy”. Sęk w tym, że mniej więcej to samo słyszeli fani Cavaliers, Heat i znów Cavaliers w kolejno 2009, 2013 i potem w 2017 roku. Wtedy za każdym razem na kilka miesięcy przed końcem swojego kontraktu LBJ nie dawał żadnego znaku, że może odejść.

– Z wielką chęcią spędziłbym resztę mojej kariery w Miami – stwierdził na przykład w 2013 roku. Cztery lata później jako gracz Cavs zapewniał, że nic się nie zmieniło w sprawie jego planów zakończenia kariery w Cleveland. I zawsze prosił dziennikarzy, by przestawali pytać o przyszłość, bo tworzą niepotrzebne zamieszanie.

BEZ EKSCYTACJI

Zbliża się tymczasem moment, w którym całe zamieszanie będzie można położyć do snu. Albo wręcz przeciwnie. James od 4 sierpnia będzie mógł negocjować przedłużenie kontraktu z Lakers. Jeśli je podpisze, przynajmniej na kolejne dwa lata zamknie temat swojej przyszłości. Jeżeli tego nie zrobi, to otworzy się droga ku temu, by latem przyszłego roku znów zmienił klub. A sporo znaków wskazuje na to, że coraz bardziej jest zainteresowany kolejnym powrotem do Cleveland. Tym bardziej gdy Cavs grają lepiej niż jego Lakers.

James na pewno czułby większą chęć do pozostania, gdyby Lakers wciąż byli jednym z kandydatów do mistrzostwa. Tymczasem za nimi dwa kolejne rozczarowujące sezony. W poprzednim nawet nie awansowali do fazy play-off. Przyszły też nie zapowiada się zbyt ekscytująco, szczególnie że w zespole pozostał Russell Westbrook, a w składzie nie ma ani wystarczająco dużo talentu, ani głębi, by spokojnie i skutecznie nawigować przez trudy 82-meczowego sezonu, w którego trakcie na pewno znów pojawi się sporo problemów. Nie tylko zdrowotnych.

TRUDNY WYBÓR

Lakers zatrudnili co prawda nowego trenera, ale to nie gwarantuje, że wrócą do czołówki konferencji zachodniej. Darvin Ham może ładnie brzmieć na konferencjach prasowych i zapewniać kibiców, że w przyszłym sezonie zobaczą zupełnie inny zespół, natomiast najważniejsza w tym momencie i tak pozostaje wciąż nierozwiązana kwestia Westbrooka. Bo z jednej strony Ham stara się podbudować rozgrywającego przed nowym sezonem, ale z drugiej strony Lakers cały czas szukają sposobu, by się 33-latka pozbyć.

Nie chcą jednak oddawać aż dwóch wyborów w pierwszej rundzie draftu – w 2027 i 2029 roku – bo to tak naprawdę jedyne w tej chwili wybory, jakie im pozostały. Większość oddali do New Orleans Pelicans, gdy w 2019 roku sięgali po Anthony’ego Davisa. Tymczasem coraz więcej wskazuje na to, że bez włączenia tych picków Lakers nie będą w stanie się z Westbrookiem pożegnać. W teorii muszą przemęczyć się z nim jeszcze tylko jeden sezon, ale w praktyce może być to tak w zasadzie równoznaczne z odejściem Jamesa po zakończeniu rozgrywek 2022/23.

ROZBIÓR NA HORYZONCIE

Skład Lakers w obecnym kształcie dużego wrażenia nie robi. Wciąż brakuje większej jakości, a dodani latem do drużyny gracze pierwszoplanowych ról raczej nie udźwigną. Ciekawie wygląda np. Lonnie Walker IV, a sporo dobrego w barwach Washington Wizards pokazał Thomas Bryant, lecz kalifornijska ekipa jako ogół wciąż zbyt mocno będzie polegać na największych nazwiskach. A tych w ostatnich sezonach problemy zdrowotne nie omijały. Paradoksalnie najbardziej w poprzednich rozgrywkach Lakers mogli liczyć na... Westbrooka.

Koniec końców muszą dziś zdecydować, czy poświęcić ostatnie wybory w drafcie i rzeczywiście oddać je razem z Russem, sprowadzając np. Kyrie Irvinga, na co całkiem mocno naciskać miał LeBron (co jednak też nie daje gwarancji powrotu do walki o tytuł), czy też jednak spojrzeć w innym kierunku i pogodzić się z tym, że era Jamesa przyniesie najpewniej tylko jedno mistrzostwo. Bo przecież ewentualne odejście LBJ w 2023 roku może być pierwszym krokiem „rozbioru” drużyny, szczególnie że rok później na rynek może wejść też Davis. A obaj panowie reprezentowani są przecież przez tę samą agencję.

BŁĘDNE KOŁO

Tego poświęcenia przyszłości na rzecz teraźniejszości oczekuje od Lakers przede wszystkim James. Jego nie za bardzo obchodzi teraz, co będzie w 2027 czy 2029 roku. Chce w tej chwili przede wszystkim bić się o mistrzostwo, a w ostatnich dwóch sezonach był od tego daleko. Dlatego choć zapewnia, że widzi się w barwach LAL do końca kariery, to jednak dopiero na początku sierpnia okaże się, czy rzeczywiście chce związać się z klubem na dłużej. A od tego też zależą kolejne ruchy Lakers. Zamyka się więc błędne koło.

James w przyszłym sezonie będzie więc chyba bliżej walki o tytuł najlepszego strzelca wszech czasów niż walki o mistrzostwo. Do pierwszego na liście Kareema Abdula-Jabbara brakuje mu nieco ponad 1300 punktów. Prześcignięcie legendarnego środkowego jest jak najbardziej w jego zasięgu. Szczególnie że w poprzednim sezonie notował średnio 30,3 oczek na mecz (drugi najlepszy wynik w karierze), zbierając łącznie 1695 punktów w 56 spotkaniach.

W ostatnich latach 37-letni LeBron nie ukrywał też, że chce na koniec kariery zagrać ze swoim synem Bronnym. On jednak na ten moment – choć zasady mogą się zmienić – najwcześniej może dołączyć do NBA dopiero w drafcie w 2024 roku.

JAMESÓW DWÓCH

Bronny jest na pewno utalentowanym młodym zawodnikiem. Na razie zachwyca na poziomie szkół średnich, ale eksperci nie są do końca pewni, czy to talent na miarę NBA. Tak czy siak, otwiera to bardzo ciekawą możliwość, choć warto zaznaczyć, że LeBron nie powiedział, że chce zagrać z Bronnym, gdy ten tylko dołączy do ligi, a po prostu na koniec swojej kariery. Jedno niekoniecznie musi iść z drugim w parze, dlatego wybór Bronny’ego w drafcie 2024 niekoniecznie musi też oznaczać transakcje wiązaną z dwoma Jamesami w cenie jednego.

Pewne jest natomiast, że każdy kolejny dzień bez podpisanego przedłużenia kontraktu będzie tylko wzmagał spekulacje na temat przyszłości 37-latka w Los Angeles. Może też ostatecznie doprowadzić do tego, że Lakers nie będą chcieli zbytnio ryzykować i nie postawią wszystkiego na jedną kartę, znacznie zaniżając w ten sposób swoje szanse na sukces w przyszłym sezonie. A to może być woda na młyn przede wszystkim dla Cavaliers. Bo to właśnie ich wymienia się jako głównych kandydatów do przejęcia LeBrona.

KTO MRUGNIE PIERWSZY

James wiele razy przebąkiwał przecież coś o kończeniu kariery tam, gdzie ją rozpoczął, czyli właśnie w Cleveland. A podczas tegorocznego Meczu Gwiazd, który odbywał się... właśnie w Cleveland, otwarcie stwierdził, że drzwi do powrotu „nie są zamknięte”. Cavs tymczasem w poprzednim sezonie wygrali 11 meczów więcej niż Lakers. I to pomimo pasma kontuzji, z jakim zmagali się w trakcie rozgrywek. Pytanie tylko, czy skoro wreszcie idą w dobrym kierunku, to są dziś jeszcze otwarci na powrót Jamesa i wszystko, co się z tym wiąże.

Nie da się bowiem ukryć, że LeBron w zespole zmienia wszystko. I trudno się dziwić, skoro mowa o najlepszym graczu XXI wieku i wielokrotnym mistrzu, który mimo upływu czasu pozostaje jednym z najbardziej wpływowych ludzi w całej lidze. Teraz przekonują się o tym Lakers, którzy przecież po części także za namową Jamesa sięgnęli przed rokiem po Westbrooka, co okazało się pomysłem fatalnym w skutkach. Dziś także dlatego nie są gotowi – przynajmniej na razie – stawiać wszystkiego na jedną kartę, by to odkręcić.

Pytanie więc, czy i kto mrugnie jako pierwszy. Początek tych zmagań już za moment.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Komentarze 0