Czegoś takiego jeszcze nie widzieliście: wariacka, ociekająca surrealizmem psychoanaliza, rozpięta pomiędzy Freudem a... epickością Władcy Pierścieni. I nie jest tak, że recenzent bredzi, skoro skojarzenia z Tolkienem przywołuje nawet reżyser „Bo się boi”, Ari Aster.
Ten projekt siedział w nim od początku kariery. Bo się boi to rozwinięcie Beau, fabularnej krótkometrażówki Astera z 2011 roku; tam również główny bohater ruszał w podróż, by odwiedzić swoją matkę, ale komplikacje zaczęły się jeszcze zanim wyszedł z mieszkania – klucze do domu znikają w dziwnych okolicznościach. Tak jest i tu, ale jeszcze zanim Bo dowiaduje się o tym, co stało się z jego matką, reżyser podważa absolutnie wszystko, co sam pokazuje na ekranie. Już w pierwszych 20 minutach gubimy się w tym, gdzie kończy się jawa, a zaczyna nierzeczywiste. Uprzedzając – Ari Aster panuje nad narracją do ostatnich sekund filmu.
Wszystko o mojej matce
Problem jest w Bo (Joaquin Phoenix), który się boi. Boi się tego, że traci kontakt z rzeczywistością. A traci go, bo nie radzi sobie z presją. Presją wywieraną przez matkę, widzącą w nim nie syna, a tworzonego na własną modłę mężczyznę idealnego, o czym świadczą przywoływane często flashbacki z dzieciństwa; widać w nich, że relacji matka-syn było tu naprawdę niedaleko do kazirodztwa. Nawet jeśli matki na ekranie nie ma, to i tak czuć, że na wszystko patrzy, wyłapuje najdrobniejsze chwile, w których jej syn coś zje*ał. To matka staje w podświadomości Bo naprzeciw jakimkolwiek próbom jego związku z kobietami. Obsesja i wynikający z niej stres są tak wielkie, że Bo zamyka się w mieszkaniu, zaczyna panicznie bać się świata. Droga ze swojej klatki schodowej do supermarketu naprzeciwko jest jak safari pomiędzy hordami zombie w The Last Of Us; swoją drogą brawura, z jaką Ari Aster portretuje konfrontację Bo z otoczeniem jest niebywała. Joaquin Phoenix doskonale oddaje to tonięcie pośród fal szaleństwa, aczkolwiek szarżuje jeszcze bardziej niż w Jokerze – kolejnym studium kryzysu współczesnego mężczyzny.

To też jest osią filmu Astera. Tak jak jego poprzednie Midsommar było portretem zamachu na kobiecość, tak w Bo się boi mogą przejrzeć się wszyscy ci odbijający się od oczekiwań wobec współczesnego samca faceci. Odbijający i uciekający w uniwersum własnych nerwic. Ta w przypadku Bo prowadzi najpierw do dziwacznego, trochę jakby wyjętego ze świata Twin Peaks domu, gdzie tyleż sympatyczne, ile przerażające małżeństwo mieszka ze zbuntowaną córką i uzależnionym od agresji weteranem wojennym, trzymanym w ogródku jak pies. Ale Bo biegnie dalej, tym razem przez ciemny las, gdzie spotyka trupę aktorską, by finalnie skonfrontować się z ucieleśnionymi oczekiwaniami matki, ale tu wypada postawić kropkę, bo im mniej wie się o szczegółach scenariusza, tym lepiej. Wystarczy tylko ostrzeżenie – Aster nie bierze jeńców, za to z lubością testuje odporność widza na naprawdę radykalne chwyty formalne; tylko na przestrzeni godziny przechodzimy od blockbustera przez teatr telewizji po animację. Aster to jeden z tych reżyserów, którzy na pytanie o to, w jakiej konwencji będzie utrzymany jego kolejny film, odpowiadają tak.
Armagedon jest blisko
To jak żydowska interpretacja Władcy Pierścieni – żartował o Bo się boi Ari Aster. I jakkolwiek dziwnie to nie brzmi, podróż Bo w głąb historii ma w sobie coś z wyprawy Frodo w samo serce Mordoru. Tyle że on akurat dźwiga Mordor w samym sobie. Jest jak wszyscy ci znani z popkultury żydowscy chłopcy, chowający się przez całe życie przed cieniem matki. Oczywiście, że to ucieczka skazana na niepowodzenie, bo matka – jak w tym epizodzie Nowojorskich opowieści Woody'ego Allena – jest cały czas nad nim, pewnie tylko jej nie widać, bo chowa się gdzieś za chmurami. Ale widzi wszystko i jest nawet wtedy, kiedy jej latorośl osuwa się w paszczę absurdu. Niesamowicie wciągająca jest ta podróż, zwłaszcza wtedy, gdy Bo się boi emanuje autentycznie chorym pięknem. Albo gdy Ari Aster bierze szlifierkę, tnie archetypy amerykańskiej popkultury i buduje swój film z jej ścinek. Bo jest tu i charakterystyczny dla Davida Lyncha mrok, buzujący pod fasadą american dream, i szaleństwo Jokera, i piekielna metropolia, cuchnąca jak brudne ulice z Taksówkarza, i coś z Davida Fostera Wallace'a, lubującego się we wbijaniu szpilek pogrążonemu w marazmie społeczeństwu...
Być może w tym momencie czujecie, że to film, który może przygnieść. I tak będzie – widzowie, zwłaszcza ci, którzy obejrzą Bo się boi w multipleksie, muszą przygotować się na symfonię trzaskających drzwi wyjściowych. Taki to już jest twórca. Kolejny raz sięga po zgraną konwencję, żeby najpierw ją wyprać, potem wyżymać, a potem opowiedzieć przez jej pryzmat o podstawowych, podświadomych społecznych lękach. Pewnie wsadzi kij w mrowisko, bo ironiczny hashtag #pieklomezczyzn jest tu jak najbardziej na serio. Patriarchat upadł i sobie głupi ryj rozwalił, to już wiemy. Ale efekty tego upadku są przerażające – i dlatego Bo się boi. A Ari Aster robi o tym strachu wielki film.

Komentarze 0