Bob Bradley jest powszechnie uważany za jednego z dwóch – obok Bruce’a Areny – najlepszych trenerów wszech czasów w USA, a obecnie zbudował fascynujący projekt w LAFC. W ubiegłym sezonie jego drużyna pobiła rekord rozgrywek zasadniczych, prezentując ultraofensywny, atrakcyjny futbol. Starsi kibice pamiętają jednak, że podobnie drużyna Bradleya grała już... ponad dwadzieścia lat temu, a w głównych rolach występowali wtedy Polacy. Z tym niezwykle elokwentnym szkoleniowcem połączyliśmy się w czasach pandemii koronawirusa.
MARCIN HARASIMOWICZ: Co może robić trener ligowy w trakcie kwarantanny?
BOB BRADLEY: Przede wszystkim pozostać w kontakcie ze wszystkimi zawodnikami i współpracownikami. Cały czas rozmawiamy. Oprócz tego oglądam nasze treningi i mecze na komputerze. Staram się znaleźć nowe pomysły, opracować nowe zajęcia na przyszłość. Pomagamy sobie nawzajem, aby przetrwać te trudne czasy. A jednocześnie zostaję w domu, aby odciążyć w ten sposób naszych fantastycznych lekarzy i pielęgniarki, którzy wykonują wspaniałą pracę i naprawdę nie potrzebują dodatkowych pacjentów. Dlatego mówię wszystkim, aby zostali w domu.
Prowadził pan Chicago Fire w ich debiutanckim sezonie w Major League Soccer. Mając w składzie trzech Polaków wywalczyliście tytuł mistrzowski. Ja jednak zapytam o genezę tej drużyny. Jak w ogóle do tego doszło, że miał grało dla pana trzech moich rodaków?
Wspólnie z ówczesnym generalnym menedżerem Peterem Wiltem zastanawialiśmy się nad powołaniem do życia tego projektu. Chcieliśmy zbudować zespół, z którym będą się identyfikować kibice. Taki, który będzie odzwierciedlał naturę oraz etniczną strukturę miasta Chicago. Wiedzieliśmy, że Polonia stanowi ważny element tego miasta, dlatego zaczęliśmy rozważać różne opcje. Timing okazał się w tym wypadku idealny. Peter (Piotr) Nowak grał wtedy od pewnego czasu w TSV 1860 Monachium i szukał nowego wyzwania. Poleciałem do Monachium i spędziłem tam z nim kilka dni. Mówiłem o naszych planach, starałem się przekonać do mojej filozofii futbolu i drużyny, jaką chcemy stworzyć. Powiedziałem, że będzie naszym liderem i kapitanem. Peter się zgodził i to był przełomowy moment dla Fire. Miałem zawodnika, wokół którego mogłem budować zespół. Podjęliśmy decyzję, która okazała się strzałem w dziesiątkę.
Po Nowaku do Chicago trafili Roman Kosecki i Jerzy Podbrożny.
Tak, obu ściągnęliśmy za jego namową. O ile Peter był pomysłem moim oraz generalnego menedżera klubu, tak później Nowak zaproponował Romana i Jerzego. W ten sposób mieliśmy trzech Polaków w zespole i naszym kibicom bardzo się to podobało. Polonia licznie przychodziła na mecze i dopingowała nas w tamtym sezonie. Zresztą później ściągnęliśmy także Czecha Lubosa Kubika – wspaniałego faceta, z którym do dziś utrzymuję bliski kontakt. Oni byli naszymi liderami, a wokół nich grali młodzi Amerykanie, jak Jesse Marsh, Carlos Bocanegra, Zach Thornton, czy DeMarcus Beasley. Taka była nasza filozofia – trzech Polaków i Kubik odgrywali kluczowe role na boisku, a młodzi się od nich uczynili i szybko robili postępy.
Później do Fire dołączył Christo Stoiczkow.
Tak, ale już po wyjeździe Romana i Jerzego. Z Christo nadal często rozmawiamy. Wczoraj wysłaliśmy do siebie kilka esemesów. Wracając do Fire, to był naprawdę mocny zespół. Graliśmy ofensywny, atrakcyjny dla kibiców futbol. Publiczność na starym Soldier Field, gdzie rozgrywaliśmy nasze mecze w czterech pierwszych sezonach, była bardzo zadowolona.
Jak wspomina Pan tą trójkę Polaków od strony czysto piłkarskiej?
Peter był silnikiem napędzającym cały zespół. Kierował grą drużyny. Akcje przechodziły przez niego. Potrafił wziąć piłkę w dowolnym momencie, popędzić z nią do przodu i stworzyć sytuację do zdobycia bramki. Roman był znakomitym dryblerem. Najczęściej atakował ze skrzydła – bez różnicy z lewego, czy prawego, na obu stronach czuł się równie komfortowo. Bardzo niebezpieczny zawodnik, trudny do upilnowania. Z kolei Podbrożny wyróżniał się sprytem. Potrafił uśpić obrońcę, wyczekać i nagle strzelić gola.
Czy wie Pan, że Roman Kosecki jest od kilkunastu lat zawodowym… politykiem?
Tak, mam z nim stały kontakt. Jestem ze wszystkim na bieżąco! To była naprawdę zgrana ekipa. Tylko z Jerzym nie rozmawiałem przez jakiś czas, ale niedawno wpadłem na jego siostrę podczas wizyty w Chicago.
Podczas niedawnych plebiscytów z okazji 25-lecia Major League Soccer pojawiły się różne listy najlepszych piłkarzy ligi w historii i na wielu z nich znalazło się nazwisko Nowaka. Czy słusznie?
Jak najbardziej. On był niesamowitym pomocnikiem – kompletnym, jak na warunki MLS. Do tego prawdziwym kapitanem i liderem, także w szatni. Potrafił wpłynąć na innych piłkarzy, przemówić do nich, jeśli była taka potrzeba. Na boisku natomiast znakomicie czytał grę, wiedział kiedy zwolnić, a kiedy przyspieszyć. Był bardzo szybki z piłką przy nodze. W każdej chwili mógł stworzyć groźną sytuację, dla siebie albo dla kolegów.
W Chicago mieliście bliski kontakt z kibicami. Czy dał się pan trochę „spolonizować”? Poznał przysmaki polskiej kuchni?
Tak! Moja babcia pochodzi z Niemiec, ale moja mama uwielbiała polską kuchnię. Gdy byłem dzieckiem, ciągle przygotowywała mi gołąbki. Po latach nawet dała mi przepis. Później mówiłem o tym moim polskim piłkarzom. Do dziś jest to jedna z moich ulubionych potraw. Z Polakami zawsze miałem bliski kontakt. Tak już się jakoś złożyło. Moim bardzo dobrym kolegą, z którym rozmawiam na okrągło, jest pracujący obecnie w Pogoni Szczecin Tomek Kaczmarek. Wziąłem go nawet jako asystenta, gdy opiekowałem się reprezentacją Egiptu, był ze mną także w Norwegii. Ciągle rozmawiamy o piłce, dzielimy się pomysłami. On wychowywał się w Niemczech, ale jest Polakiem.
W 2003 roku trafił pan do NJ/NY MetroStars, gdzie na kilka miesięcy wylądował Andrzej Juskowiak. To był pański pomysł?
Mój oraz prezesa klubu Nicka Sakiewicza. Andrzeja pamiętałem oczywiście z igrzysk olimpijskich w Barcelonie. Byłem wtedy pod wielkim wrażeniem gry reprezentacji Polski. Pamiętam, że przegraliście dopiero w ostatnich sekundach przeciwko bardzo mocnej Hiszpanii, w której grał sam Guardiola! W grupie z kolei zremisowaliście z USA 2-2. Juskowiak był znakomity na tych igrzyskach!
Jak go pan wspomina z MetroStars?
Powiem tak – to był bardzo dobry człowiek. Szkoda, że trafił do nas na tak późnym etapie kariery. Ma boisku wyróżniał się inteligencją, chociaż już trochę brakowało mu szybkości i dynamiki. Wspominam go jednak bardzo dobrze. Jako profesjonalistę i uprzejmego faceta.
Po latach Nowak został pana asystentem w reprezentacji USA. Czy już jako piłkarz zdradzał sygnały, że w przyszłości będzie trenerem? Czy przewidywał pan, że tak potoczy się jego dalsza kariera?
Tak myślałem… Był moim kapitanem i sporo rozmawialiśmy o taktyce. Bardzo dużo widział i rozumiał. Dlatego wziąłem go na asystenta i dałem również do poprowadzenia reprezentację olimpijską na igrzyskach w 2008 roku. Zawsze świetnie się dogadywaliśmy i mieliśmy podobną wizję futbolu. W tej pracy ważne jest jeszcze jedno - że możesz komuś ufać. Ja zawsze ufałem Peterowi. Nie zawiodłem się na nim. Pomagał mi prowadzić treningi, często dorzucał jakieś pomysły na grę, wspólnie analizowaliśmy poszczególne mecze i rywali… Byłem bardzo zadowolony z tej współpracy.
Jako trener Swansea miał pan u swojej dyspozycji Łukasza Fabiańskiego. Angielskie media uznały go wtedy za jednego z najlepszych bramkarzy w lidze.
Słusznie! Łukasz był również bardzo dobrym człowiekiem. Cichy, rzadko się odzywał, ale stuprocentowy profesjonalista. Bardzo poważnie podchodził do swoich obowiązków. Szkoda, że nie dane mi było zostać w Swansea dłużej, bo rozmawialiśmy sporo o poprawie gry zespołu, jak to ma wyglądać w przyszłości… Zgadzam się, że to jeden z najlepszych bramkarz w Premier League. Bardzo stabilny.
Czy teraz, prowadząc w trzecim sezonie LAFC, myśli pan o ściągnięciu Polaków?
W LAFC zależy nam na dywersyfikacji kulturowej – chcemy, aby klub był odzwierciedleniem multietniczego miasta Los Angeles. Pragniemy, by wiele osób identyfikowało się z nami. Dlatego nasza pierwsza decyzja personalna, gdy pozyskaliśmy Carlosa Velę była niejako kopią tego, co zrobiliśmy w Chicago z Nowakiem – ściągnęliśmy znakomitego piłkarza, który jednocześnie będzie przemawiał do dominującej, meksykańsko-amerykańskiej grupy fanów soccera w LA. I podobnie jak wtedy, nasza decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę. Vela odgrywa w LAFC identyczną rolę jak Nowak w Chicago. Wracając jednak do pytania – nie zamykamy się na żadne narodowości więc niewykluczone, że kiedyś zagra u nas także Polak.
