Od ostatnich mistrzostw świata polscy siatkarze (poza igrzyskami) zawsze przywożą medale. Nie inaczej było w tegorocznej Lidze Narodów. Biało-czerwoni wracają z Bolonii z brązowymi medalami oraz wieloma wnioskami. Choć podium imprezy stanowi pozytywny akcent, to w jej trakcie zespół Nikoli Grbicia wielokrotnie przeżywał mniejsze bądź większe momenty słabości.
Tegoroczny VNL dostarczył polskim kibicom wielu skrajnych emocji. Przez większość turnieju cieszyli się ze zwycięstw. Problemy pojawiły się w turnieju finałowym, czyli w najważniejszym etapie rozgrywek. Po półfinale ze Stanami Zjednoczonymi sympatyków volleya ogarnął pesymistyczny nastrój. Pewnie wygrany mecz o trzecie miejsce z Włochami nieco go poprawił. Wniosków z imprezy jest jednak wiele, tak jak wiele istnieje ludzkich opinii. Nie należy popadać ze skrajności w skrajność.
NOWY POMYSŁ
Tak naprawdę nikt nie wiedział, jak będzie wyglądać pierwsza kadra nowego selekcjonera. Nikola Grbić przyjechał do Polski i powołał sporą grupę zawodników, w której zabrakło kilku weteranów.
Piotr Nowakowski, Damian Wojtaszek, Michał Kubiak i Dawid Konarski zakończyli kariery reprezentacyjne. Z kolei Fabian Drzyzga nie znalazł uznania w oczach Serba, choć jak wielokrotnie podkreślano, nie oznacza to, że rozgrywający Asseco Resovii jest już definitywnie skreślony. Pojawiły się za to nowe twarze lub takie, które za kadencji Vitala Heynena nie dostawały wielu szans – Marcin Janusz, Jakub Popiwczak czy Karol Butryn. Sezon poolimpijski cechuje się licznymi zmianami, więc i u rywali nie brakowało przetasowań – zarówno w sztabach, jak i w szerokich składach.
Polacy wyszli z fazy zasadniczej z bilansem dziesięciu zwycięstw i dwóch porażek – z Włochami oraz Iranem. Pierwszą przegraną (1:3) można teoretycznie tłumaczyć tym, że w Kanadzie, podczas pierwszego turnieju, Grbić nie dysponował jeszcze optymalnym składem. Brakowało między innymi nowego kapitana, Bartosza Kurka czy „Zaksiaków” – czyli siatkarzy Grupa Azoty Zaksy Kędzierzyn-Koźle, którzy otrzymali więcej wolnego.
– Nie zamierzam eksperymentować cały czas, ale z drugiej strony nie byłoby mądrą decyzją forsowanie gry z – teoretycznie – pierwszym składem już od pierwszych dni Ligi Narodów – mówił Grbić w rozmowie z naszym portalem przed początkiem VNL.
Druga porażka (2:3) miała miejsce podczas turnieju w Gdańsku. Polacy zaczęli mecz dobrze, ale będący w jeszcze większej przebudowie zespół Iranu złapał wiatr w żagle. Dodatkowo biało-czerwoni popełnili mnóstwo błędów (41 vs 22), co tym bardziej pomogło rywalom.
W pozostałych spotkaniach Polacy przeważnie pokazywali się jak na faworytów przystało. Nie zawsze idealnie, ale wygrywali, tracąc maksymalnie jednego seta. Kibice szybko mogli zorientować się, na kim polegać będzie nowy trener. Podstawowy skład przeważnie składał się z Pawła Zatorskiego, Marcina Janusza, Kamila Semeniuka, Aleksandra Śliwki, Mateusza Bieńka, Jakuba Kochanowskiego i Bartosza Kurka.
Również trudno mieć masę zastrzeżeń do nowych i powracających postaci. Od początku wiadome było, że to Janusz będzie pierwszym rozgrywającym. W trakcie spotkań miał dobre połączenie z kolegami, szczególnie tymi z Zaksy. Nie potrzebował zbyt wiele czasu na obycie w światowej siatkówce, a należy pamiętać, że mówimy o człowieku, który wcześniej nie dostawał szans na rywalizację na tym poziomie w rozgrywkach reprezentacyjnych. Oczywiście, podobnie jak cały zespół, tak i on miewał momenty słabości. Gdy 27-latka zestawimy z Micahem Christensonem, jednym z najlepszych rozgrywających świata, to widać dysproporcję umiejętności na niekorzyść Polaka.
Z dobrej strony spisał się również Karol Butryn, który dopiero w wieku 29 lat po raz pierwszy założył biało-czerwoną koszulkę. W jego przypadku walka o miejsce była bardzo zażarta. Niepodważalnym numerem jeden na pozycji atakującego jest Kurek. Za nim wydawało się, że rola drugiego zarezerwowana jest dla Łukasza Kaczmarka. Tymczasem, w każdym meczu, w którym atakujący Indykpol AZS-u Olsztyn otrzymywał szanse, spisywał się na tyle dobrze, że Grbić dostawał pozytywnego bólu głowy. Ostatecznie Butryn pojechał na finały Ligi Narodów, co sprawiło, że na pozycji atakującego mieliśmy aż trzech przedstawicieli.
KAMYCZKI W BUTACH
Po tym, co zostało napisane powyżej, można byłoby wysnuć mylny wniosek, że Polacy mogą uznać tegoroczny VNL za bardzo udany. Gdybyśmy patrzyli na turniej z perspektywy dziesiątej czy dwudziestej reprezentacji świata, być może tak by było. Wymagania kibiców i najpewniej samych kadrowiczów są jednak zdecydowanie większe. Od mistrzostw świata w 2018 roku na każdej imprezie (poza igrzyskami olimpijskimi) siatkarze stali na podium.
Po brązowym medalu w Lidze Narodów passa sukcesów ciągle trwa. Ostatni tydzień pokazał jednak, że w walce z czołowymi reprezentacjami świata nie możemy stawiać się w roli zdecydowanych faworytów. Choć najprawdopodobniej większość kibiców tego oczekiwała…
Sir Alex Ferguson powiedział kiedyś: „Atak wygrywa mecze, obrona wygrywa tytuły”. Choć cytat ma związek z piłką nożną, to analogię można znaleźć także w występach naszych siatkarzy. Defensywa nie była naszą czołową bronią. Polacy mieli bardzo dużo problemów z przyjęciem, ale jeszcze więcej z obroną. Przeglądając statystyki fazy zasadniczej VNL, w zestawieniu najlepiej przyjmujących graczy próżno szukać naszych reprezentantów nie tylko w pierwszej, ale i w drugiej oraz trzeciej dziesiątce. Podobnie zresztą jest w zestawieniu najlepiej broniących graczy. Dysproporcja jest aż nadto widoczna w skali całego zespołu. W półfinale Polacy zanotowali najmniej udanych obron (17 lub 23 – w zależności od źródła) spośród wszystkich zespołów.
Pierwszym polskim graczem, który pojawia się w zestawieniach, jest Paweł Zatorski, ale pozycja w rankingach nie napawa dumą. Podobnie jak ogólna forma zawodnika Resovii. „Zati” w ostatnich latach przyzwyczaił do fenomenalnej gry. Cały czas obok Jenii Grebennikova jest uważany za najlepszego libero świata. Problem w tym, że tegoroczna edycja Ligi Narodów nie należała w jego udaniu do nadzwyczaj udanych.
Często kończył z niskim procentem w przyjęciu, co dawnej było niespotykane. W przegranym meczu z Iranem legitymował się przyjęciem na poziomie 48 procent, w spotkaniu z USA w półfinale – 40 procent, a w meczu o trzecie miejsce – 38 procent (lub 50 - w zależności od źródła). Grbić bronił go w mediach, mówiąc, że nie powinno szukać się w winnych w poszczególnych, pojedynczych zawodnikach.
Zastanawiający jest fakt, że w spotkaniach Final 8 szans występów nie dostał Jakub Popiwczak. Mowa tu o najlepszym libero PlusLigi minionego sezonu, który po zmianie szkoleniowca mógł myśleć o częstszej grze. Podobne pytania o brak licznych szans można zadawać przy osobach Butryna i Karola Kłosa, który gdy wchodził na boisko, to poprawiał grę zespołu w bloku. Środkowy był najlepiej blokującym (21) zawodnikiem Polski podczas turnieju. Swoją drogą, w tej kwestii również cała kadra nie ma powodów do zadowolenia, bo rywale jak Włosi czy Amerykanie (szczególnie gracz Zaksy David Smith) prezentowali się lepiej.
W mediach społecznościowych nie brakowało komentarzy krytykujących przywiązanie Serba do graczy Zaksy, wszak w podstawowym składzie zazwyczaj widzieliśmy czterech siatkarzy, z którymi Grbić wygrał Ligę Mistrzów. Aleksander Śliwka podobnie jak większość składu miewał falowania formy. Po cichu liczono, że skoro tak wielka reprezentacja kędzierzynian gra w polskiej kadrze, to zespół narodowy będzie tak samo dominujący jak „Koziołki”. Mit został szybko obalony.
Zastanawiająca jest również obecność Bartosza Bednorza. Były siatkarz Zenita Kazań od dłuższego czasu męczy się z problemami zdrowotnymi. Grbić nie mógł go sprawdzić w pierwszych turniejach VNL, więc 28-latek zadebiutował u niego dopiero w Gdańsku (i to na własne ryzyko). Nadal nie był w pełni formy, gdy otrzymał powołanie na turniej finałowy. Nie zagrał w nim wiele, co dodatkowo poddało w wątpliwość decyzję szkoleniowca.
Wybory zdają się mówić, że w przeciwieństwie do poprzednika, przyjmujący cieszy się u niego sporym zaufaniem. Tak sporym, że do Bolonii nie poleciał Bartosz Kwolek, który dobrze spisywał się w przyjęciu.
PRACA DOMOWA
Pomimo falowań, przez które niemożliwe jest oceniać polskich siatkarzy zero-jedynkowo, nie należy na najbliższą przyszłość pesymistycznie. Z jednej strony turniej finałowy w Bolonii podtrzymał wrażenie z igrzysk, że światowa czołówka nie widzi w nas superherosów. Z drugiej wynik zdaje się mówić, że pomimo problemów niemal niemożliwym jest „wykopanie” Polaków z grona najlepszych drużyn globu. Dla porównania, Brazylijczycy po raz pierwszy w historii Ligi Narodów (czyli od 2018 roku) nie awansowali do półfinału, co dla tamtejszych fanów stanowi dużą porażkę.
Biało-czerwoni wiedzą, że do obrony tytułu mistrzowskiego sprzed czterech lat potrzeba lepszej gry. Dzięki swojej jakości przeważnie są i będą stawiani w roli faworytów w zdecydowanej większości spotkań. Nikt nie lubi być tak określany, bo nakłada to na zespół dodatkową presję. Niemniej Grbić przez ostatnie tygodnie zdołał dość dobrze poznać nasz zespół i można zakładać, że po wnioskach z VNL będzie umiał okiełznać głowy siatkarzy.
Wiele wskazuje na to, że na turnieju w naszym kraju oraz Słowenii zabraknie Wilfredo Leona. To spore osłabienie, ale postawa Polaków zdaje się mówić, że są przygotowani do walki bez niego. Warto jednak solidnie przepracować najbliższe tygodnie oraz wyciągnąć wnioski z najgorszych momentów zakończonego turnieju. Waleczny Iran oraz Stany Zjednoczone (grupowy rywal w MŚ) dość mocno wypunktowały problemy i w żadnym wypadku nie można zwalać winy na mityczną „dyspozycję dnia”.
Grbić do startu mistrzostw będzie miał kilka okazji do sprawdzenia szerokiego składu. W planach są sparingi z Ukrainą i Argentyną, a pomiędzy nimi jeszcze Memoriał Huberta Jerzego Wagnera. Mecze towarzyskie powinny być dobrze spożytkowane, bo do złotej gry potrzeba jeszcze przygotowania.
Komentarze 0