„Britney vs Spears”: jest wyczerpująco, smutno i, niestety, momentami nudno (RECENZJA)

Zobacz również:Dokument o Britney Spears wywołał taki hałas, że Netflix... też nakręci o niej film
britney.jpg
fot. archiwum Netflixa

13 lat walki megagwiazdy popu o powrót do normalnego życia udokumentowano w filmie Britney vs. Spears drobiazgowo i... niezbyt porywająco. Ale jest jedna rzecz, którą trzeba pochwalić. Choć z zastrzeżeniem.

Luty 2007. Britney Spears niespodziewanie pojawia się w drzwiach salonu fryzjerskiego w Tarzana, jednej z dzielnic Los Angeles. Siada na fotelu i żąda obcięcia włosów do gołej skóry. Fryzjerka Esther Tognozzi powie później prasie, że nie zgodziła się na to, bo czuła, że coś tu jest nie tak. I że Britney zabrała jej maszynkę, po czym sama się ogoliła. Później skierowała się do pobliskiego salonu tatuażu, gdzie poprosiła o dwie proste dziary. Podczas tatuowania miała zachowywać się dziwnie. A jeszcze później zgłosiła się do kliniki odwykowej, bo czuła, że wszystko zaczyna jej się wymykać spod kontroli.

To był przerażający spektakl, w którym uczestniczyło pół świata, bo wszystkie tego typu rewelacje z miejsca lądowały na serwisach plotkarskich. Britney atakująca parasolką samochód natarczywego fotoreportera. Britney prowadząca auto z malutkim dzieckiem na kolanach. Britney, która - będąc pod ostrzałem fotoreporterów - prawie upuściła syna na chodnik. A jego efektem stało się ubezwłasnowolnienie wokalistki; w 2008 roku sąd zadecydował, że jest niezdolna do decydowania o sobie, a kuratelę nad jej życiem miał odtąd sprawować jej ojciec, Jamie Spears.

Bez epatowania smutnymi scenami

Największym plusem obecnego od 28 września na Netfliksie dokumentu Britney vs Spears jest to, że jego twórczynie nie pokazują nam żadnej z tych rzeczy. Choć wydarzenia z 2007 roku były przyczynkiem do tego, co dzieje się z nią do dziś, na ekranie nie tylko nie widać Britney, która zachowuje się dziwnie, ale nie ma nawet żadnego ujęcia z łysą głową artystki, symbolem jej załamania psychicznego. Zamiast efekciarstwa - szacunek do bohaterki. I szczegółowe opisanie wszystkiego, co działo się z nią potem. Chociaż... Ale o tym za moment.

Przez dokument przewijają się ludzie, którzy przez ponad dekadę bezpośrednio wpływali na życie artystki. Jest eksmąż Kevin Federline, bo to kryzys w ich związku był bezpośrednią przyczyną pogarszającego się stanu psychicznego Spears. Są kolejni partnerzy - paparazzi Adnan Ghalib czy jej agent Jason Trawick, jest psychiatra James Edward Spar, adwokaci Adam Streisand i Mark Kaplan, tancerka i przyjaciółka Tania Baron czy podający się za jej managera niesławny Sam Lutfi, którego otoczenie Spears oskarżało o celowe narkotyzowanie niczego nieświadomej artystki. Jest też Jamie Spears. I szczerze - trudno uwierzyć, do jakich patologii dochodziło podczas wieloletniej kurateli. Britney nie mogła wynająć prawnika, którego nadano jej z urzędu, a gdy chciała podpisać prośbę o zmianę reprezentującej jej osoby, musiała robić to potajemnie, w łazience hotelu, w którym przebywała, udając przypadkowe spotkanie. Prośbę i tak później odrzucono. Dodatkowo otoczenie Spears usiłowało oficjalnie potwierdzić jej demencję, choć nie istniały żadne przesłanki choroby; w tym samym czasie wokalistka intensywnie ćwiczyła przed trasą koncertową i pojawiała się w mediach. A to tylko dwa smutne epizody z kilkunastoletniej, nieudanej batalii Britney o normalność. To był odrażający festiwal wykorzystywania chorej osoby.

Jamie Spears doskonale wyczuł, jak wielkie pieniądze może zarobić na własnej córce. Przez wszystkie te lata Britney koncertowała, wydawała płyty i choć jej nowe utwory nie cieszyły się już taką popularnością, jak hity z przełomu mileniów, to dalej generowała ogromne zyski. Dla przykładu, każdy koncert podczas rezydencji w Las Vegas przynosił ćwierć miliona dolarów, a było ich kilkadziesiąt. Tymczasem Spears dostawała jedynie 8000 dolarów miesięcznie, nie mogąc przy tym robić praktycznie niczego. Nawet prowadzić samochodu. Dość wymowny jest jej niedawny instagramowy live, podczas którego nie do końca wiedziała, w czym właściwie bierze udział. Oni wszyscy komentują to na żywo? - pytała. Oczywiście jej konto było prowadzone od lat, ale nikt nie miał wątpliwości, że Britney ani na moment nie przykładała do tego ręki.

Co jeszcze ujawnia film? Awanturę związaną z udziałem w X-Factorze; gdy lekarze uważali, że będzie to dla Britney zbyt duże obciążenie, managerowie na siłę dążyli do tego, by podpisać kontrakt. Niepublikowaną dotąd dokumentację medyczną artystki. SMS-y, które wysyłała Lutfiemu, błagając, by skontaktował ją z prawnikiem. Nie ogląda się tego łatwo.

Film jak czytanie sądowych akt

To wszystko składa się na Britney vs Spears. Dokument (jeszcze) bez happy endu, bo choć Jamie Spears zrzekł się nadzoru nad córką, sprawa sądowa wciąż trwa; nieprzypadkowo film pojawił się na platformie dzień przed jednym z ważniejszych procesów, dotyczącym dalszej kurateli i nadzoru nad jej majątkiem. Wynoszącym kilkaset milionów dolarów. Twórczynie, reżyserka Elin Lee Carr i dziennikarka Jenny Eliscu, prywatnie wieloletnie fanki twórczości wokalistki, podeszły do sprawy tak drobiazgowo, że gdzieś w tym wszystkim zgubiła się filmowość projektu. Jest wyczerpująco, ale przedzierając się przez kolejne prawne epizody walki Britney można poczuć znużenie, bo to ten rodzaj dokumentu, który stawia na faktografię, nie dramaturgię. Trzeba przy tym dodać, że od strony merytoryki trudno się tu do czegokolwiek przyczepić, natomiast wydaje się, że Netflix chciał mieć po prostu swój własny film o ubezwłasnowolnieniu artystki, dlatego sięgnął właśnie po tę produkcję. Powstającą przez dwa lata, ale montowaną do ostatniej chwili; niektóre fragmenty dotyczą... września 2021 roku.

Trochę szkoda, że nie przyłożono się mocniej do formy. Ale to ostatnio domena części netfliksowych, popkulturalnych docsów; gorących tematycznie, chłodnych emocjonalnie (jak stało się w przypadku biografii Notoriousa B.I.G. czy Mamo, potrafię latać - historii błyskawicznego sukcesu Travisa Scotta). To odpowiedź na stały głód odbiorcy, który chce mieć film o swoim idolu lub palącej historii już teraz, w tym momencie. Tej sprawie warto było dać więcej czasu. Poczekać na finał procesu sądowego. Zobaczyć, co stanie się z Britney Spears później, jak odnajdzie się jako w pełni wolna osoba, lub odwrotnie - jak poradzi sobie po zmianie kuratora.

Pytanie też, czy szacunek do artystki pomoże, skoro Britney vs Spears ujawnia dawne SMS-y, pokazuje nieznaną dokumentację medyczną, wgryzając się bardzo mocno w prywatność bohaterki. A przecież to nadmierne zainteresowanie mediów sprawiło, że gwiazda przeżyła załamanie nerwowe. Kiedy widzimy w filmie sceny, gdzie kilkudziesięciu fotografów gania za nią, by tylko zrobić jakiekolwiek zdjęcie (a w 2007 i 2008 roku fotki paparazzich potrafiły być sprzedawane nawet za kilkaset tysięcy dolarów), robi się naprawdę nieprzyjemnie. Warto o tym pamiętać, podkreślając ewidentnie dobrą robotę, jaką wykonuje dla niej ten dokument. Wciąż mówimy o osobie, która - nawet po 13 latach - mówi otwarcie: chcę wrócić do normalnego życia.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję Nevermind w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej ze sprawami społecznymi.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.