Chief Keef a sprawa polska. Opowiadają: Benito, Gicik, CRANK ALL

Zobacz również:Steez wraca z Audiencją do newonce.radio! My wybieramy nasze ulubione sample w trackach PRO8L3Mu
Chief Keef
fot. gettyimages

Co mogę powiedzieć? Chief Keef - król! Wiadomo - ulubiony raper twojego ulubionego rapera - mówi CRANK ALL. A my uargumentujemy tę tezę. Przypominamy – Sosa zagra w lipcu CLOUT Festivalu w Warszawie.

Artykuł pierwotnie ukazał się w kwietniu 2024 roku

Nie lubię tego gówna tak jak Chief Keef / No tomorrow – nie ma jutra tak jak Chief Keef / Nawet kiedy czasem polecę sobie trzy dni / Mam kontrolę i nie potrzebuję wszywki – nawija CRANK ALL na singlowym GREENSCREENIE promującym jego najnowszy krążek PHONKER+. Follow-upy do dwóch numerów z płyty Finally Rich pojawiły się zresztą w tej czwórce nie bez kozery. To przełomowe, influentne gówno, legendarny thang, no skip album i to, że on odjebał taka akcyjkę w wieku 16-17 lat, to jest ewenement historyczny – mówi krakowski reżyser kina akcji, znany z cyklu mixtejpów Americano / Africano i albumu M O V I E. Wydany u schyłku 2012 roku debiutancki longplay Chief Keefa jest przecież żelaznym rapowym klasykiem XXI wieku i jednym z najważniejszych wydawnictw fonograficznych minionego ćwierćwiecza.

Kiedy 90'sowi ortodoksi musieli otworzyć bańki

Długo miałem problem z tym nowym rapem… – zawieszając na moment głos mówi Gicik A’mane, znany wcześniej jako Foster, współtwórca pierwszych składów JWP i Hewry, autor solowego Trafisz do nieba i mnóstwa pamiętnych featuringów. Pewnie dlatego, że tak bardzo mnie wychował ten nowojorski (głównie) rap lat dziewięćdziesiątych, a tu nagle nastąpiło zupełne zburzenie tych schematów – całkiem inna była struktura barsów, inne podziałki, inne tempa. Brzmieniowo te rzeczy były dla mnie od początku dojebane; dół z osiemset-ósemek (Roland TR-808) to było coś, co mnie od zawsze kręciło, więc chciałem to po prostu skumać. Szukałem zatem jakichś albumów, czy też wykonawców, gdzie by to wszystko było podane w miarę znośnie dla takiego 90’sowca jak ja. I trafiłem na „Finally Rich”.

Temat debiutu Chief Keefa Gicik poruszył już w naszym niedawnym wywiadzie, gdzie opowiadał o tym, że do dzisiaj krążek ten służy mu do przekonywania wszelkiej maści boom-bapowych ortodoksów, żeby otwarli bańkę. Podobni 90'sowi radykałowie na początku drugiej dekady XXI wieku mieli ciężko. Nie sposób było wtedy znaleźć cokolwiek świeżego w trueschoolowej działce.

Chief Keef
Chief Keef, rok 2012, fot. gettyimages

Jak wychodziły pierwsze rzeczy Sosy, to cała muzyka się akurat zmieniła. Jeszcze nie całkiem skończyła się ta era, którą dziś nazywa się klasyczną, ale coraz więcej pojawiało się już trapu, drillu i tych wszystkich rzeczy, które z tego wyewoluowały – temat wejścia chicagowskiej, nowej fali do mainstreamu podejmuje Benito, współautor mitologii warszawsko-włoskiej TUZZY i autor zeszłorocznego solowego albumu zatytułowanego Immortale – Chief Keef był na tym tle wyjątkowy – melodyjny a jednocześnie zadziorny, charyzmatyczny i w swoim sznycie bardzo miejski, taki po amerykańsku miejski. Dla mnie on wtedy był bardziej ciekawostką - słuchałem go ale zwykle na imprezach, samych hitów. Jak wyszło „Don’t Like”, to było coś mega świeżego. Teraz już może się takie nie wydawać, ale zaraz historia zatoczy koło i wszystko wróci. Już przecież to słychać, szczególnie w kwestii produkcji, ten stary trap, wczesny, amerykański drill. Co chwilę jakiś kolejny banger wjeżdżał, jak jeszcze do liceum chodziłem, a nasze krajowe portale rapowe pisały, że co to w ogóle jest; zamknięte głowy. Dziś te same portale piszą o nim, że klasyka, bo teraz już muszą, nie da się pominąć ani zbagatelizować jego wpływu.

Pół żartem, pół serio: Love Sosa jak przyśpiewka dla dzieci

Mnóstwo 90’sowców ma tak, że jak słyszy numer „Love Sosa” to jest w szoku, że to brzmi jak jakaś przyśpiewka dla dzieci. Być może była tam inspiracja którąś kołysanką czy inną wyliczanką. Za każdym razem, jak wracam do tego numeru, a wracam bardzo często, to wydaje mi się jeszcze bardziej dojebany. Coraz więcej słyszę w nim profesjonalizmu; bardzo zamierzonego efektu, który realizuje się gdzieś na przecięciu różnych estetyk – stwierdza Gicik. Nic dziwnego, bo we wspomnianym wywiadzie dla newonce rozmawialiśmy o tym, jak ważna w jego twórczości jest pozorna infantylność. Coś, co wydaje się jednym z kluczy do zrozumienia fenomenu Chief Keefa. Brak napinki, luz czy wręcz właśnie swego rodzaju dziecięcość jego ekspresji jest przecież nieustannie kontrastowana przez miejski sznyt – przećpany, przemocowy, gangowy szlif, z którym Sosa nigdy się przesadnie nie obnosił, a jednak nieustannie go czuć.

To właśnie on sprowokował recenzenta Los Angeles Times do pisania, że: siedemnastoletni, chicagowski zbir prezentuje tu zaraźliwe wręcz ody do nihilizmu i tyrady przeciw hejterom, które wszystkie są równie naiwne i chwytliwe, jak brutalne i (…) niebezpieczne. I to właśnie on sprawił, że Keefa pokochały tłumy, Kanye West - który włączył remix I Don’t Like w tracklistę Cruel Summer i… jeszcze większe tłumy.

Wyróżniała go przede wszystkim melodyka, bekowe ad-liby i ciekawe patenty na numery – na wyluzce, jak na przykład ten jego freestyle sprzed kilku lat, co cały czas świruje akcent Tony’ego Montany – dodaje CRANK ALL, którego ekspresja również nieustannie balansuje na granicy groźby i żartu, czego ludzie niezaznajomieni z rapową formułą zazwyczaj nie rozumieją i zamiast się pośmiać, to się przerażają.

Memiczność – to wydaje mi się jedną z jego największych zalet. Bo choć był turbo szajbusem i gangusem, to muzykę robił i robi śmiszną, na totalnej wyjebce i zawsze chwytliwą; dosadną i nie dla każdego przyswajalną. I choć dzisiaj rzeczone napięcie pomiędzy powagą a ironią, wulgarnością i naiwnością, infantylizmem i groźbami karalnymi jest na porządku dziennym już nie tylko w rapie, ale również popie czy innych gatunkach muzyki rozrywkowej opartej na słowie, to piętnaście lat temu zupełne tak nie było. Sosa słówka składał głupkowate i melodyjki wymyślał chwytliwe jak dziecięce rymowanki, ale w swoich pierwszych teledyskach zawsze spłacał street credit.

Te lowbudgetowe klipy też zawsze były fajne. Podwórko, ziomki, stylówy wszystkie takie osiedlowe i szczególiki różne. Tego często dzisiaj brakuje i za każdym razem, jak się gdzieś pojawia, to przyciąga. Dla mnie to jest wspomnienie, jak sam w 90’sach z ziomalami na klatce siedziałem i jak też pierwsze koncerty z JWP grałem. Zawsze horda chłopów na scenie, wszyscy się przekrzykują i sobie dopowiadają, czemu też zawsze Sosa w swoich występach hołdował. W Glo Gangu pełno zresztą było zdolnych ludzi, jak już się do Keefa przekonałem, to ich też doceniłem; SD na przykład zajebisty… – Gicik wspomina jednego z mniej znanych kamratów chicagowskiego pioniera drillu.

Chief Keef
Chief Keef 2024

Domykając jednak wątek Finally Rich nie sposób tu nie wspomnieć beatmakera, który odpowiadał za przeważającą część produkcji na tym albumie i którego robotę AMEN doceniał już w naszej niedawnej pogadance. Young Chop na pewno miał duży wkład; niektórzy nawet mówią, że większy niż Keef. Podobno chłop się wkurwiał za każdym razem, jak to gdzieś szło szerzej. I jak na przykład Kanye zrobił remix „Don’t Like” to miał pretensje, że straciło ten podwórkowy wajb; chciał bardzo ortodoksyjnie tworzyć wave – mówi CRANK ALL. Na „Finally Rich” były też przecież bity innych producentów, a na O’Blocku i w okolicach był cały dużo szerszy wave innych raperów, którzy realizowali się w podobnej stylistyce. Jednak Sosa tak to popchnął do góry i sam poszedł tak wysoko, że – no, co tu dużo mówić – legenda.

Finally Rich – i co potem?

„Finally Rich”, no skip ewidentnie, ale szczerze – to jedyny taki jego krążek. Później mnóstwo miał perełek, numerów pojedynczych i tejpów lepszych bądź gorszych, ale żadną miarą nie da się powiedzieć, że ma nieskazitelną dyskografię. Dużo różnych bełkotów zarejestrował, jak za grubo szedł z leanem i chuj wie czym jeszcze. Ale taki już chyba jego urok, ciężko się nie odkleić jak wybijasz na taką skalę w tak młodym wieku – zaznacza CRANK ALL.

Trudno z nim się nie zgodzić; dyskografia Sosy liczy sobie dziś cztery albumy, cztery EP-ki i ponad czterdzieści mixtejpów, z których najnowszy, wypuszczone niespełna miesiąc temu Dirty Nachos na bitach Mike WiLL Made-It, jest jednocześnie jednym z lepszych (od czasu publikacji artykułu ukazało się jeszcze oczekiwane, dojebane Almighty So 2 – przyp. red). W całej rozciągłości bardzo spójny i wciągający, immersyjny wręcz w swoim sznycie, świeży krążek tętni surowością, wrogością i głodem, który słychać było przed laty, gdy Chief Keef dopiero wyprowadzał pierwsze kopy na drzwi dzielące go od mainstreamu. Brzmi to jak ten stary trap, wczesny, amerykański drill, o którym Benito wspominał, że zaraz pewnie wróci. I daje nadzieję, że kolejny album Sosy może poprawić średnią ocenę jego całej dyskografii. Kiedy jednak on wyjdzie – tego może nie wiedzieć nawet sam zainteresowany.

To, że on ma tak bardzo wyjebane i nigdy nie poszedł w gwiazdorstwo, to jest być może jego największa supermoc. Przecież jemu się zdarza dogrywać te same zwrotki do kilku różnych numerów albo nawet przechwycić coś tam od ziomków z ekipy, a i tak nikt nie ma o to pretensji, wręcz wszyscy się jarają – mówi Gicik. Benito tymczasem w ramach podsumowania stwierdza: na mnie największy wpływ Sosa miał pod względem ideologicznym. Pokazał, że trzeba robić coś innego, po swojemu, konsekwentnie i bez kompromisów. A do tego więcej muzyki w muzyce, bo to przecież mega muzykalna postać, która mnóstwo wniosła do brzmienia współczesnego rapu. Jeden z prekursorów tego świeżego podejścia, które już takie świeże znowu nie jest, bo ma ponad dekadę, ale wciąż jego echa słychać w tym, co się dzisiaj dzieje.

Ja tymczasem mielę od miesiąca Dirty Nachos i wracam do pierwszych Bangów, które stanowią fundamenty chicagowskiego drillu. Brzmienia, od którego Chief Keef na Finally Rich już się nieco oddalił, a jest zapisem czystego wkurwienia, które towarzyszyło dorastaniu na South Side lat dwutysięcznych. Wkurwienia, które czasami trzeba było przyjmować z przymrużeniem oka i zaśpiewać o nim jakąś niezobowiązującą, śmieszną piosenkę, gdzie onomatopeje wystrzałów brzmią jak dziecięca wyliczanka.

Mi Sosa zawsze już będzie kojarzył się z Fat Trelem, bo miałem taki epizod, że słuchałem praktycznie tylko tych dwóch wariacików na zmianę i jest w nich podobny pierwiastek. Obok „Macaroni Time”, „3HUNNA” i „Hallelujah” to właśnie ich wspólny numer – „Russian Roulette” - jest dla mnie największym klasykiem. Całe „Finally Rich” i „SDMG” znam zresztą na pamięć jak pierwszą Molestę – na koniec zaznacza CRANK ALL. Nowy mixtejp z Mike WiLL Made-It też zresztą kosa, mocny powrót do formy i czekam na to przekładane w nieskończoność „Almighty So 2”. Wydaje mi się, że może być spektakularne odrodzenie; to przecież nie jest jeszcze żaden dinozaur.

Zobacz także:

Przewodnik trapowy: 50 współczesnych klasyków, które wypada znać

30 polskich festiwali muzycznych, na które warto wybrać się w tym roku

Przewodnik po kultowych miejscówkach w historii rapu: Chicago

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz muzyczny, kompendium wiedzy na tematy wszelakie. Poza tym muzyk, słuchacz i pasjonat, który swoimi fascynacjami muzycznymi dzieli się na antenie newonce.radio w audycji „Za daleki odlot”.
Komentarze 0