
Czy ten sezon F1 mógł zacząć się lepiej? Christian Horner pewnie powiedziałby, że tak. Jednak Ferrari wraca na szczyt i to w sposób bardzo przekonujący, Mercedes został złapany ze spodniami w kolanach, a środek stawki wykonał gigantyczne salto. Miało być bliżej, miały być przetasowania i dokładnie to wszystko dostaliśmy. Nowa era w Formule 1 dostarcza od pierwszego wyścigu i tylko zwiększa apetyt na kolejne rundy. Co wiemy po pierwszym Grand Prix sezonu 2022?
Forza Ferrari!
Czekali na to od 2019 roku. Wtedy w Singapurze wygrał Sebastian Vettel przed Charlesem Leclerciem. To był ostatni raz, kiedy Tifosi mogli świętować. Dyrektywa FIA i przebudowa silnika wiązała się z chudymi latami, ale okazuje się, że Ferrari ich nie zmarnowało. Trudno było uwierzyć w Mattię Binotto i cały projekt w Maranello. Ostatnie sezony to pasmo porażek, mniejszych lub większych, a każdy kolejny szef ekipy nie dostarczał.
Binotto dostał czas, cierpliwość i zaufanie. To sprawiło, że był w stanie zmienić włoską ekipę. To, co widzimy w tym roku sprawia, że nie sposób nie przecierać oczu ze zdumienia. Odważna koncepcja auta okazała się trafiona, zmiany w silniku dały gigantyczny skok mocy, a w kwestiach operacyjnych wszystko funkcjonuje idealnie. Koniec grande strategii i śmieszkowania.
Nikt nie potrafił do końca uwierzyć w Ferrari. Jedna lepsza sesja wystarczyła żeby eksperci rzucili się do hypetrainu z napisem Red Bull. Wszyscy bali się przyznać, że to działa. A tymczasem Leclerc znokautował Maxa Verstappena. Walka w wyścigu wyglądała trochę jakby bił się chłopak mający dwa metry z kimś o 50 centymetrów niższym, a na dystans trzymał go wysuniętą ręką na czole. Holender machał takimi wiatrakami, ale Monakijczyk był poza zasięgiem.
To dopiero pierwszy wyścig, jasne. Dużo może się zmienić, ale początek sezonu zwiastuje jedno. W Maranello trafili świetnie, auto jest mocne od początku. Co za tym idzie będzie łatwiej je rozwinąć i wyciągać z niego coraz więcej na przestrzeni kolejnych wyścigów. To może być TEN rok.
Problemy w raju
Zeszły sezon to oczywista walka pomiędzy Red Bullem i Mercedesem. Teraz obie ekipy z Bahrajnu wyjechały w złych nastrojach. Verstappen nie miał realnej szansy na walkę o zwycięstwo z Leclerkiem w wyścigu. Kwalifikacje też nie wyglądały zresztą dużo lepiej. Red Bullowi brakowało do Ferrari sporo. Dużo bardziej ustawili się na prędkość na prostych, a co za tym idzie tracili w zakrętach. Dodatkowo festiwal problemów spotkał obecnego mistrza świata kierowców. Duża degradacja opon, problemy z hamowaniem silnikiem, zgięty drążek kierowniczy przy pitstopie i finalnie awaria silnika.
Oczywiście, to nie musiała być stricte jednostka napędowa, a pierwotne myśli o pompie paliwa okazały się nietrafione. Ten sam los spotkał Sergio Pereza i zespół z Milton Keynes wyjechał z Bahrajnu z okrągłym zerem punktów. Obecnie prowadzone jest dochodzenie w sprawie tych awarii, a czasu jest bardzo mało, bo przecież Arabia Saudyjska już w ten weekend. Jest możliwość, że Red Bull sam sobie to zrobił walcząc z podskakiwaniem samochodu. Pojawiają się sugestie, że zawieszenie jest bardzo sztywne żeby ten efekt wyeliminować, a to ma dużo bardziej przenosić wibracje na chociażby jednostkę napędową. Christian Horner ma ból głowy i musi szukać rozwiązania na szybko.
Tego natomiast nie zrobi Toto Wolff ze swoją ekipą. Mercedes nie kłamał. Problemy są wielkie i wydaje się, że niełatwe do rozwiązania. Rok temu też początek nie należał do łatwych, ale tym razem jest dużo gorzej. Wydaje się, że koncepcja auta jest zupełnie nie trafiona, a Lewis Hamilton mówi o fundamentalnym problemie. Do tego silnik wydaje się mieć mniej mocy, a to też wniosek z występów zespołów klienckich. McLaren jest w tragicznej sytuacji ogólnie, a Astonom oraz Williamsom ewidentnie brakowało mocy na prostych. Mniej koni, zbyt duże opory i pojawia się recepta na katastrofe. Dodatkowo Mercedes przez to ma bardzo duże problemy z podskakiwaniem samochodu na prostych.
Przebudowa auta zapowiadana jest na początek rund w Europie. To trzecie i czwarte miejsce duetu Hamilton i Russell są jak manna z nieba, bo w normalnych warunkach to mogło być jedynie marzenie. Zobaczymy jak mistrzowie świata poradzą sobie w tarapatach, które są największe od początku ery hybrydowej.
„Ruda małpo, ja jeszcze żyję!”
Tak teraz może mówić Gunther Steiner, bo Haas właśnie powrócił z zaświatów. Nie wiem do kogo, ale może. Haas po byciu absolutnie najgorszą ekipą w stawce w zeszłym sezonie, gdzie nawet nie próbował udawać, że jakkolwiek próbuje, również odrobił zadane domowe. Zacieśnienie współpracy z Ferrari wyszło im tylko na plus, a auto wyglądało świetnie od początku testów, kiedy było na torze.
Gene Haas niczym Jacek Soplica oczyścił dom, pozbywając się rodzinki Adamsów Mazepinów. Postanowił, że dołoży z własnej kieszeni brakującą kwotę i chyba wszyscy rozumiemy dlaczego. Silnik Ferrari w połączeniu z bardzo dobrą konstrukcją dał bardzo wysokie punkty ekipie. Powracający syn marnotrawny Kevin Magnussen zakończył wyścig na piątym miejscu, a na starcie bił się z Mercedesem i Red Bullem.
Haas wraca do środka stawki i to z mocnym uderzeniem. Są jeszcze pewne problemy operacyjne, które pogrzebały punkty Micka Schumachera, ale to wszystko dotrze się w trackie sezonu. Wielka sprawa i bardzo możliwe, że jedna z najfajniejszych i najmilszych historii tego sezonu zaczyna się zarysowywać przed nami.
Plan Brawna zdał egzamin
Nowe przepisy miały pomóc w wyprzedzaniu. Auta zwolniły i to widać. Są dużo bardziej ociężałe i wręcz niegramotne w wolnych zakrętach. Dodatkowo doszedł problem z podskakiwaniem, czyli porposingiem. To dodatkowo spowolniło całą stawkę. Jednak cel został osiągnięty. Bahrajn pokazał, że samochody są w stanie jeździć za sobą blisko przez kilka okrążeń.
Skończył się dramat przegrzewania hamulców i opon. W szybkim zakręcie kierowcy nie tracą nagle przyczepności, a są w stanie realnie zyskiwać kosztem rywala z przodu. To jeszcze nie są optymalne warunki, ale idziemy w świetną stronę. Kiedy dodamy do tego, że limity budżetowe zaczynają spełniać swoje zadanie, podobnie jak i ograniczenia w tunelach aerodynamicznych oraz technologii płynów, to zaczyna się rysować ciekawy obraz.
Mercedes miał najmniej czasu na prace w tych dwóch miejscach. Ferrari i Haas odrzuciły koncepcje braku sidepodów, a oni godzin mieli dużo więcej. Wygląda na to, że to narzędzie faktycznie z biegiem lat może równać nam stawkę coraz mocniej. Zespół Rossa Brawna dostarczył i powinniśmy być im za to wdzięczni. Efekt przyziemienia pewnie w ciągu dwóch, trzech lat sprawi, że auta będą szybsze niż te w 2020 i 2021 roku. A my będziemy mogli delektować się walką, jaką widzieliśmy chociażby między Leclerciem i Verstappenem. Przyszło lepsze.
Komentarze 0