Czy czeka nas koniec trapu? I co dalej? O to spierają się nasi redaktorzy (DWUGŁOS)

migos-1.jpg

Czy w perspektywie najbliższych lat staroszkolny sampling ma szansę wygryźć trapy, a najpopularniejszym zespołem rapowym zostanie nowy Mobb Deep? Marek Fall i Filip Kalinowski pokłócili się o przyszłość gatunku.

W popkulturze od zawsze odpowiedzią na przesyt bądź wyczerpanie nowych koncepcji był radykalny w tył zwrot. Często ten odwrót wiązał się z uproszczeniem formy. Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Odpowiedzią na napuszenie rocka progresywnego, który od połowy lat 60. zdobywał coraz większą popularność, była fala punk rocka. Jego prostotę najlepiej oddawał kultowy rysunek podstawowych chwytów gitarowych z zina Sniffin’ Glue, podpisany: To jest jeden akord, to jest następny, a ten jest trzeci. Teraz załóż zespół! Podobnie - odpowiedzią na schyłek kina modernistycznego były m.in. wywrotowe produkcje Quentina Tarantino i odejście od podziału sztuki na wysoką i niską.

Wspominam o tym, bo coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że trapowy peak jest już za nami; że zaczyna wyczerpywać się nowoszkolna formuła rapu z triplet flow, niskimi BPM-ami, minimalistycznym aranżem i stawianiem brzmienia ponad kompozycję. Mnożą się bliźniacze byty, ale brakuje twórczego fermentu. Doskonałym symbolem zjawiska jest Culture II. Migosi nie tylko ordynarnie eksploatują tam patenty z poprzedniego albumu, ale równocześnie rozdęli nowy materiał do ponad 100 minut. Nie twierdzę, że lada dzień scena wywróci się do góry nogami, ale nadchodzi moment, w którym trzeba będzie postawić pytanie: co dalej?

W tym miejscu żarty się kończą i stawiam ryzykowną tezę: rap czeka ewolucja wsteczna, wiążąca się z powrotem do obskurnego, surowego samplingu i garażowych bębnów rodem z The Infamous Mobb Deep. Tak jak na początku 1992 roku, gdy Nevermind Nirvany symbolicznie zrzucało ze szczytu Billboardu Dangerous Michaela Jacksona, już wkrótce po latach nurzania się w blichtrze czeka nas rewolucja. Pełnoletniość osiągają roczniki, które nie pamiętają już lat 90. Dla nich trapy są fundamentem rapowej tożsamości, a klasyczne albumy ze Złotej ery nie wiążą się z żadnym sentymentem. Dlatego zaczną poszukiwać nowego języka ekspresji, a znajdą go w odległej przeszłości. Co więcej, ponownemu odkryciu samplingu będzie sprzyjać znacznie łatwiejszy niż przed laty dostęp do technologii i źródeł oraz brak anachronicznych zasad etycznych, które kazały choćby samplować wyłącznie z winyli. Dzisiaj może się to jeszcze wydawać absurdalne, ale Złota era 2.0 jest coraz bliżej.

Marek Fall

---

OK, z tezą Marka o tym, że trapowy peak jest już za nami, a odpowiedzią na wyczerpanie tej formuły będzie zapewne swego rodzaju rewolucja, w ogromnym stopniu się zgadzam. Ale już perspektywy rysujące się przed rapem w trzeciej dekadzie XXI wieku widzę zgoła odmiennie i daleko im do surowego samplingu, szczególnie w klasycznym, 90'sowym postrzeganiu tej techniki producenckiej. Bo choć każdy właściwie gatunek zalewają od czasu do czasu retro fale - w hip-hopie również byliśmy już świadkami powrotu soulowych próbek w glorii i chwale na początku solowej kariery Kanye Westa - to nie wydaje mi się, żebyśmy jeszcze kiedykolwiek natrafili na jakiś boom-bapowy projekt na billboradowym podium. Dzisiejszy rap to nie tylko hip-hop, a właściwie pełne spectrum gatunków, od country po noise, które pod jednym sztandarem zrzesza właściwie tylko rymowany, nie klasycznie wyśpiewywany tekst. Czy jednak weźmiemy na warsztat wspominkowe numery Hovy, czy całą karierę Evidence’a (od pierwszego Dilated po Weather or Not), czy co bardziej klasyczne wejścia Young M.A, okazuje się, że owo 90'sowe brzmienie trafia głównie do jego miłośników, a nie szerszych gremiów. Ten wspomniany wcześniej wielogatunkowy rap jest dzisiaj również popem. Głównie dlatego, że nigdy wcześniej nie było w nim tyle melodii.

Z czym wiele osób się na pewno nie zgodzi, współczesny (t)rap uważam bowiem za nieporównywalnie bardziej muzyczny niż jego wszystkie poprzednie wcielenia. Jego instrumentalna warstwa jest niesamowicie oszczędna i często sprowadza się tylko do podbitego basem, powolnego rytmu. Ale to, co na jego tle wyczyniają zaopatrzeni w różne efekty wokalne z auto-tunem na czele współcześni MC's, nie śniło się żadnemu raperowi ze złotej ery. I oczywiście można się zżymać na to, że nie wynika to ze skillsów, ale technologii. Kogo to obchodzi? Pod naszą ocenę trafia tylko finalny produkt. Na pewno nie będzie to obchodziło wkraczających dziś w dorosłość dzieciaków przełomu milleniów, które nie są już skażone stereotypowym myśleniem poprzednich generacji, że ten pan z gitarą to jest muzyk, a ten z bitmaszyną to jest dupa. I choć - tak jak pisze Marek - wielu z nich może się zakochać w nieznanych im z własnego doświadczenia, boom-bapowych klasykach, to nie wydaje mi się, żeby masowo zwrócili się w kierunku samplingu.

Powody? Pierwszy jest czysto biznesowy, a wynika z tego, że sampling jest dzisiaj bardzo drogim sportem. I oczywiście jest spore grono ludzi, których stać na clearowanie licencji, a przez sito soundcloudowych algorytmów wyszukujących próbki często da się przedrzeć z jakimś podkradzionym patentem, ale po głośnych procesach o bezprawne wykorzystanie cudzego materiału, przez które przeszli De La Soul czy Biz Markie (który nota bene już nigdy się po tym nie dźwignął), korzystanie z cudzego materiału jest dziś dosyć ryzykownym zajęciem, a z roku na rok będzie pewnie jeszcze gorzej. Drugą przesłanką do tego, że mocno powątpiewam w powrót boom-bapu jest to, że rap już dobre kilkanaście lat temu obrał kierunek na Południe, gdzie po latach wykuwania swojego własnego stylu i kopiowania patentów ze Wschodu i Zachodu, większość producentów nad sampler stawia dziś syntezator (czy komputer). I też trudno im się dziwić, skoro przy wykorzystaniu dzisiejszych narzędzi łatwo jest odegrać właściwie każdą linię melodyczną, a w środowisku cyfrowym zasymulować każdy możliwy instrument. Tendencja ta natomiast będzie się - moim zdaniem - pogłębiać nie tylko w związku z rozwojem technologii, ale również kwestią tego, co pisałem wcześniej - że producent jest dzisiejszą gwiazdą rocka. Coraz mniej ludzi będzie tęsknie zerkać w kierunku wirtuozów instrumentów, studiów nagraniowych i wszelkich możliwych big bandów, a co za tym idzie - samplować ich twórczość. I bardzo dobrze, bo tu dochodzimy do trzeciego - nieco życzeniowego - powodu. Jak dotąd rap jest bowiem bodajże najbardziej progresywnie myślącym, nieustannie wyglądającym przyszłości gatunkiem muzyki, który dodatkowo sprytnie zawłaszcza sobie wszelkie inne możliwe nurty muzyczne. Jest młodszy od rocka, soulu czy jazzu, ale też starszy od techno czy drum’n’bassu, a w porównaniu z nimi zdaje się być dużo bardziej otwartą na zmiany i wciąż ewoluującą stylistyką. I mam ogromną nadzieję, że taki pozostanie, a nie wykona za moment zwrot wstecz do czasów funkowych próbek i melodeklamowanego tekstu.

Z wielką niecierpliwością wyglądam więc punkowego zwrotu, którego coraz bardziej cukierkowy trap potrzebuje jak Future auto-tune’a. Ale jego kierunku upatrywałbym raczej w przesterowanych, przebasowionych, minimalistycznych nagraniach ludzi takich jak Ghostmane, Bill $aber czy… Death Grips niż w nadejściu nowego Mobb Deep. Bo to oni zdają się być wk***ieni na te wszystkie melodyjne rap-popowe piosenki z wokalistkami r’n’b na featach, jak swego czasu Joe Strummer z The Clash na prog-rockowców. I choć w kwestii bitów nie mają za bardzo co upraszczać w formule, która opiera się cała na pojedynczych dźwiękach, to zamiast wyśpiewywać na nich chwytliwe linie melodyczne, zawsze mogą wydrzeć ryja albo przewinąć jak Havoc w ’93. A te pojedyncze dźwięki, po które sięgną, mogą być zrealizowane w charczącym lo-fi, podszyte warczącym subbassem i zanurzone w industrialno-metalowej, lepkiej, ciemnej brei, a niekoniecznie być samplem. Chyba że będzie to próbka z jakichś nagrań terenowych z fabryki broni w Arkansas albo któregoś meth labu podróżującego po bezdrożach USA. Filip Kalinowski

Podziel się lub zapisz
Redakcja newonce
Różne pokolenia, ta sama zajawka. Piszemy dla was o wszystkich odcieniach popkultury. Robimy to dobrze.