Czy Janusz Walczuk jest naszym nowym idolem? (RECENZJA)

Zobacz również:Janusz Walczuk wydaje debiutancki album - jest pierwszy singiel, premiera już niedługo!
Janusz Walczuk
fot. Piotr Rybiński

Od pewnego czasu mówi się, że upada instytucja idoli. Nie ma już autorytetów, nie ma wartościowych ludzi, na których można się wzorować.

Na przekór tej opinii wychodzi Janusz Walczuk. Mam 22 lata i przed sobą całe życie, a dla jakiegoś dzieciaka dziś stanowię autorytet. Hypeman Żabsona przeżywa obecnie swoje pięć minut. W tym roku 22-letni raper załapał się do ósmej odsłony plebiscytu Młode Wilki. Wcześniej pojawił się na Hotelu Maffija i zaliczył featuringi na Ziomalskim Mixtapie i Jak spadały gwiazdy Moliego. Z kolei 30 kwietnia światło dzienne ujrzy pierwszy longplay artysty. Rola debiutanta zawsze wiąże się z wysoką presją i pewnym ryzykiem. Czy solowy materiał podopiecznego SBM Label sprostał oczekiwaniom?

Zanim o muzyczce, trochę o samym Walczuku. Rocznik '98, a już tyle sukcesów na koncie. Raper wygrywa swoim kompletnie wyluzowanym, bezpretensjonalnym podejściem do kreowania wizerunku. Co prawda, określenie twój nowy idol może już lekko irytować, ale nie da się pominąć faktu, że w pewnych kręgach weszło na stałe do mowy potocznej. O ile Instagram czy TikTok wydają się być naturalnym środowiskiem dla social mediowej ekspresji 22-latka, ale żeby Twitter? Konto założone w marcu, a już udało się zebrać ponad 11 tysięcy followersów. Dużo tam spostrzeżeń na temat piłki nożnej, co słuchaczy newonce.radio nie powinno dziwić. Inna sprawa, że nie zawsze trafionych. Vide pochwała Superligi, którą UEFA i media zawinęły szybciej niż policja mokotowskich złodziei rowerów. Poza tym? Luźne uwagi na temat codzienności, abstrakcyjne hasła i pełen wachlarz złotych myśli. Wszystko dla funu, ale często merytorycznie. I fajnie.

W moim kantorze nienawiść wymieniamy na miłość. Debiut Janusza Walczuka to ekwiwalent dobrego, ziomalskiego wajbu. Bliskiego lataniu na chmurce i wspominaniu - pomimo wciąż młodego wieku - nastoletnich czasów. Artysta od kolumbijskiego kataru preferuje marihuaninowy kaszel. Offside, ty pass, a ja offside i dogadujemy się bez wyczerpującej konwersacji na temat substancji psychoaktywnych. Na Instagramie niuansa Walczuk wymienia też swoich idoli. Jest Ronaldinho, jest Olinek Okrąglinek (kto pamięta!?), jest też AJ Tracey. Po takiej selekcji mogę triumfalnie zakrzyknąć po synoskiemu, że między nami sztama nad sztamami. I nawet, jeśli na debiucie nie wszystko się zgadza. Od mało odkrywczych tekstów, powtarzalnych melodii - i miejscami kulejącego egotripu - po bitowe kalki podpatrzone u wielkich zachodniego świata.

Pod względem muzycznym Janusz Walczuk nie odkrywa Ameryki, ale całkiem umiejętnie ją naśladuje. Zarówno tę północną, jak i latynoską część kontynentu. Redaktor Marek Fall na myśl o reggaetonach dostaje zapewne konwulsji - ja jestem bardziej wyrozumiały. Jako wielki fan twórczości Bad Bunny’ego, J Balvina czy DJ Pythona po prostu muszę być. Poza wpływami z Ameryki Łacińskiej, Walczuk zapatruje się na billboardowy trap ze Stanów, niekiedy zerka na brytyjską scenę, gdzie dominują AJ Tracey, slowthai czy bardziej drillowi Central Cee i Digga D. Na debiucie podopiecznego SBM słychać też echa balladowego trapu Drake’a czy Polo G, w którym jednak wypada ze zmiennym szczęściem.

Asłuchalne są numery MDK i Łakomy kąsek, gdzie gościnnie udzielają się kolejno Levvska i Smolasty. W temacie featuringów: jak zwykle wokalnie dowozi Kacha Kowalczyk z Coals. Utrzymany w duchu fit Muszę o siebie dbać to highlight płyty, chociaż wyraźnie zajeżdżający schafterowszczyzną. Innym wyróżniającym się elementem jest singlowy Offside. Warto zaznaczyć, że w najciekawszych numerach na albumie maczał palce duet Coals. Za euforyczną, EDM-owo/bassową produkcję piłkarskiego tracka odpowiedzialny jest bowiem Lucassi. O bitowe wyżyny zahaczają też drillowy Tak mi ucieka czas i Zobacz. Za produkcję pierwszego odpowiadają - znany z płyt Kaza Bałagane i Tuzzy - SHDØW oraz Premixm, który nagrywał z Miszelem. Drugi jest kontrolowaną, braggową przewózką. Trochę OVO Sound, trochę Żabson.

Amsterdam z Young Igim to miłosna pieśń skierowana w stronę legalnego zielska. Nikogo nie zabiła, a jednak zakazana. Wybór jest prosty: śmiercionośna wóda czy poprawiający nastrój lemon haze? Choose wisely, unikajmy mózgojebów i wychwalajmy edibles. W tym temacie z chłopakami pełna zgoda. Cytrusy górą, kłosy zboża dołem.

Poza przechwałkami zdarzają się też melancholijne refleksje. Pojawiają się w 22, gdzie udziela się Jan-rapowanie, a także w Nie wiem jak. Young Leosia jest Young Leosią i trzeba przyznać, że z tak cukierkową zwrotką mogłaby wylądować u Danny’ego L Harle’a czy A.G. Cooka z PC Music. W podobne tony artysta uderza w przedostatnim Adios - i jak w przypadku PRO8L3MU - jest to przeciętny numer. Na całe szczęście album zamyka reggaetonowy, upliftingowy Wracam na Żoliborz. Triumfalny, przebojowy finisz, po którym DJ Snake pewnie wykręca numer do Janusza. Tu należą się pochwały dla dominującego producenta na albumie. Pedro ma zadatki na beatmakerską czołówkę, posiada ucho do chwytliwych melodii, czuje rytm i śmiało eksperymentuje z gatunkami. Dodaję do obserwowanych.

Na koniec wpakuję do tego słoja gorzką łyżkę dziegciu. Poza THC i splendorem, tekstową fiksacją rapera są zupełnie niepotrzebne, seksistowskie określenia skierowane w stronę kobiet. Lecą kurwy, niunie, szmaty czy dupy. Coś się tu nie zgrywa, bo nie chce mi się wierzyć, że u Janka brakuje szacunku do kobiet. Weird flex but ok.

Poza tym mankamentem - i chwilami zauważalną powtarzalnością - Janusz Walczuk to przyzwoity materiał. Przejarane, przeimprezowane coming-of-age typa, który złapał pana Boga za nogi i wszystko wskazuje na to, że nie zamierza go szybko puścić. Młodzieńcze uniesienia, aftery na backstage’ach, specyfika hotelowej egzystencji i rozterki towarzyszące hedonistycznemu trybowi życia. Storytelling brzmi autentycznie, a słodko-gorzka kronika - od żoliborskich bloków poprzez hypemana do idola nastolatek - zdaje egzamin dojrzałości. Hordy fanek - i fanów - będą zachwycone.

Ja płytę już słyszałem, ale jeśli chcecie dowiedzieć się, co u Janusza Walczuka, odpalcie wieczorem newonce.radio. Dzień przed oficjalną premierą odbędzie się wyjątkowe wydanie audycji WW. O 21:00 gościnny wjazd do Girls In Da Hood, gdzie w planach rozmowa o żeńskich featach. Później przedpremierowy odsłuch debiutanckiej płyty i goście specjalni.

Podziel się lub zapisz
Najbardziej jara go to, co odkrywcze i eksperymentalne, czy to w muzyce, czy w kinie, czy w gamingu. Redaktor newonce.net i prowadzący autorską audycję KOLEKCJE w newonce.radio.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.