Dave Chapelle: komik kultowy czy problematyczny?

Dave Chapelle
Lester Cohen/WireImage

Kto by pomyślał, że ikona amerykańskiego stand-upu stanie w jednym szeregu z polskimi kabaretami.

Z naszej perspektywy stand-up jest sztuką względnie młodą, która wciąż przegrywa z kabaretami (lub co gorsza, łączy się z nimi w naprawdę nieświętej unii, brr). W Stanach to kompletnie inny temat. Komicy w rodzaju George’a Carlina mieli realny wpływ na kształt debaty publicznej i potrafili zmieniać to, jak Amerykanie patrzą na pewne sprawy. Stand-up do dzisiaj jest też polem rekrutacji nie tylko osobowości telewizyjnych, ale przede wszystkim tych, którzy piszą scenariusze programów i seriali.

Język stand-upu stał się językiem telewizyjnej komedii. Nie mówiąc o tym, że jeśli popularność komika czy komiczki jest duża, to na horyzoncie może zamajaczyć wizja serialu lub show markowanego własnym nazwiskiem. Od Jerry’ego Seinfelda przez Dave’a Chapelle po Jima Gaffigana i Louisa C.K. – taki serial czy show może odcisnąć naprawdę spore piętno na popkulturowym krajobrazie (albo być nieśmiesznym męczeniem buły, jak u Gaffigana). Amerykańscy komicy i komiczki pełnią rolę błaznów na dworze narodowej psyche, którzy często w wulgarny i kontrowersyjny sposób komentują rzeczywistość społeczną, kulturalną i polityczną. Nie inaczej było z Dave’em Chapelle’em, który ostatnio znalazł się na językach przez upiorny special na Netflixie.

Chapelle to komediowa instytucja i autorytet. Chappelle’s Show było inspiracją dla Odd Future, kapitalnego Key & Peele, bez niego nie mielibyśmy też komediowej kariery Donalda Glovera, a Lena White nie rozwinęłaby swoich pisarskich skrzydeł. Ten program oferował humor bez barier, a trudne kwestie rasy podnosił bez oglądania się na wrażliwość białego establishementu. Obrywało się też czarnej społeczności, bo Chapelle nie bał się piętnować przywar i podsuwać krzywego zwierciadła. Robił to przed nim np. Eddie Murphy, ale Chapelle dokładał do tego niebywały talent do konstruowania skeczy i świetny zmysł skutecznej parodii.

Ale zanim zbudował imperium Chappelle’s Show, zagrał w wielu klasycznych najntisowych filmach: Robin Hood: Faceci w rajtuzach, Con Air, Gruby i chudszy. To może żadne arcydzieła (ani wielkie role), ale były doskonałą okazją do przedstawienie komika szerszej publiczności, który z czasem pojawiał się również w komediowych segmentach HBO i Comedy Central. Ważną pozycją w jego filmografii jest stonerskie dzieło Half Baked z 1998 roku, którego również był współscenarzystą. Chemia między nim, a drugim scenarzystą – Nealem Brennanem, z którym będzie współpracował także przy Chapelle’s Show – była naprawdę wyborna, choć film nie odniósł przesadnego sukcesu komercyjnego. Status kultowego osiągnął z czasem, głównie dzięki obiegowi DVD – ten nośnik raz jeszcze pomoże mu przy okazji Chappelle’s Show. Chapelle widział, że w branży rozrywkowej najważniejsze jest wytyczenie swojego własnego szlaku i konsekwentne budowanie pozycji. Miał na to naprawdę dobre pomysły, mieszając wulgarność z przenikliwymi i błyskotliwymi obserwacjami rzeczywistości. To pierwsze pozwalało mu na stworzenie pewnego rodzaju bariery ochronnej wokół swoich opinii, to drugie nadawało im intelektualnego znaczenia i budowało autorytet komika.

Chappelle’s Show zadebiutowało na Comedy Central w 2003 roku i z miejsca stało się wielkim hitem. Dave Chapelle nie tylko uderzał w społeczne sploty nerwowe Ameryki, ale również potrafił tworzyć sprytne postacie – jak białego supremacjonistę Clintona Bigsby’ego, który jest czarny i bardzo udane parodie prawdziwych osób: jego wersja Ricka Jamesa to już klasyka. Był również jednym z pierwszych mówiących otwarcie o przestępstwach R. Kelly’ego. Chappelle’s Show szybko stał się jedną z ważniejszych pozycji w czarnej popkulturze, swoistego rodzaju podsumowaniem trudnego życia w kraju, który przez kilkaset lat niewolił całą rasę, a dzisiaj udaje, że wszystko zostało załatwione.

Chapelle miał wiele skeczów, które były trafne do bólu, jak telefon w sprawie reparacji, czy rasistowskie tyrady Clintona Bigsby’ego. Ale komik bił po wszystkich – czarnych i białych, Demokratach i Republikanach, społeczności LGBTQ+ i redneckach. Jako nieodrodne dziecko swoich czasów i dominującego modelu komedii, szedł drogą wytyczoną przez cyniczne podejście głoszące, że z każdego trzeba się śmiać, bo tylko śmiech uratuje nas przed grozą egzystencji. Chappelle’s Show skończyło się nagle, bo komik miał dość ciśnienia i zamieszania wokół programu. Kontrowersje wokół niektórych skeczów – zasłużone bądź przesadzone – zaczęły mu ciążyć. Mimo milionów dolarów rzucanych przez Comedy Central na dalszą produkcję, wybrał spokój.

Chapelle to również wielki sojusznik hip-hopu. Nie tylko wpłynął na wiele postaci, które inspirowały się jego talentem i zmysłem do krytyki społecznej, ale w Dave Chapelle’s Block Party, muzycznym dokumencie nakręconym przez Michela Gondry’ego, promował m.in. The Roots, Kanyego Westa, Mos Defa, czy Erykę Badu. Film pokazywał koncert zorganizowany przez komika, ale zaglądał za kulisy i oddawał głos stronie artystycznej, uczłowieczając wiele postaci i przepowiadając wielkość Kany’ego. Kto wie, czy Jimmy Fallon wybrałby właśnie The Roots jako swój zespół, gdyby nie Block Party. Związek komika z rapem ma długą i bogatą historię. Był gospodarzem Saturday Night Live z A Tribe Called Quest, pojawiał się na płytach G-Unit, The Roots, czy Taliba Kweli. Nie mówiąc o wielu rapowych tekstach, które do niego nawiązują – uwielbienie hip-hopu do Chapelle’a to fakt, a jego miejsce w mitologii gatunku jest poczesne. Chapelle osiągnął wysoki status zarówno wśród czarnej publiczności, jaki i białych komików oraz komiczek. Kiedy po kilku latach sporadycznych występów Netflix ogłosił jego powrót (obsypany multimilionowym kontraktem), wiele osób czekało ze zniecierpliwieniem.

Dużo się mówi o subiektywności humoru, czy o tym, że skuteczna satyra nie znosi świętości. Coś w tym jest, oczywiście, ale w powrocie Chapelle’a było coś innego, pewna wyrwa, która nie zgrywała się z klimatem czasów. Ostre żarty z marginalizowanych grup, często niskie i niezbyt wybredne, nie miały wiele wspólnego z przenikliwą satyrą społeczną, a więcej z chodzeniem po linii najmniejszego oporu, a nawet zwykłym boomerstwem. Chapelle za szczególny cel obrał sobie społeczność LGBTQ+, a w ostatnim netflixowym specialu zatytułowanym The Closer dużą część materiału poświęcił transfobii. Nie piętnowaniu transfobii, ale jej szerzeniu i to nawet powołując się na znajomą osobę trans, która popełniła samobójstwo. Nie omieszkał również użyć jej dead name’u – czyli imienia sprzed tranzycji. Kiedy pojawiły się słuszne głosy protestów, Chapelle w występie na żywo poszedł o krok dalej, okazując wsparcie autorce Harry’ego Pottera i deklarując, że jest team terf. TERF to trans-exclusionary radical feminism, ruch, który odmawia osobom trans równych praw i szerzy ignorancję i nienawiść. Nie powinno się cenzurować humoru, jasne, ale osoby trans to jedna z najgorzej dyskryminowanych grup.

Kiedy uderzasz w najsłabszych, jesteś nie tylko słabym komikiem, ale po prostu słabym człowiekiem, okopanym w bigoterii i kompletnie rozjechanym ze współczesnością. Nie trzeba dodawać, że dzięki tym występom Chapelle stał się bohaterem Fox News i innych oślizgłych reptilian, którzy znowu zaczęli wyć nad zagrożeniami cancel culture. Tylko, że komikowi nie spadł włos z głowy, wciąż jest milionerem w pozycji władzy. Czego nie można powiedzieć o trzech trans osobach pracujących dla Netflixa, które zostały zawieszone za krytyczne twitty o wybrykach Chapelle’a. Sama platforma broni komika, mówiąc, że to były wypowiedzi artystyczne.

Kiedyś Dave Chapelle był synonimem błyskotliwości, jechał po bandzie i korzystał z klimatu, w którym nie tylko nie chroniło się marginalizowanych grup, ale wręcz zachęcano do pastwienia się nad nimi, jako cyniczny zawór bezpieczeństwa zamontowany przez biały, liberalny establishment w obawie przed zmianą społeczną. Czasami jego ostrze trafiało w samo sedno, czasami było paskudnym chybiło. Dzisiaj, kiedy na Netfliksie znajdziemy tak dużo dobrej reprezentacji różnych tożsamości i seksualności, a przez Stany Zjednoczone przetacza się morderczy walec kolejnych dyskryminacyjnych uchwał przeciwko społeczności LGBTQ+ (szczególnie wobec osób trans), niewybredne, transfobiczne żarty ustawiają Chapelle’a w pozycji dziadka Simpsona krzyczącego na chmury i polskich kabaretów, które wciąż uważają, że chłop za babę przebrany to szczyt komedii. Szkoda. Ale umówmy się, to nie pierwszy komik, który splamił swoje dziedzictwo – przypomnijmy Louisa C.K. – i zapewne nie ostatni. Omylność leży w człowieczej naturze. Szkoda, że tego człowieczeństwa Chapelle odmówił innym.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz, muzyk, producent, DJ. Od lat pisze o muzyce i kulturze, tworzy barwne brzmienia o elektronicznym rodowodzie i sieje opinie niewyparzonym jęzorem. Prowadzi podcast Draka Klimczaka. Bezwstydny nerd, w toksycznym związku z miastem Wrocławiem.