Dlaczego postrzegamy YouTube'a jako dobro publiczne, a nie wielką korporację?

Zobacz również:6ix9ine i Nicki Minaj pobili hip-hopowy rekord największej liczby wyświetleń w 24 godziny
YouTube

Miło już było. Teraz nie będzie. YouTube był kiedyś darem niebios dla internautów. Teraz robi wszystko, żebyśmy mu płacili - pieniędzmi lub własnym czasem.

Ukazujące błyskawiczny sukces Facebooka Social Network wyszło ponad 10 lat temu. Od tego czasu zdążyliśmy się dowiedzieć o skandalu związanym z przekazywaniem danych użytkowników firmie Cambridge Analytica - wszystko w celu wspomagania kampanii wyborczych Donalda Trumpa i Teda Cruza w Stanach. Google, najczęściej odwiedzany serwis na świecie, jest narzędziem wykorzystywanym ponad 5 miliardów razy dziennie, ale i traktowanym z coraz większą podejrzliwością. Powód? Wykorzystywanie historii wyszukiwań i odwiedzanych stron, by wpływać na reklamy docierające do użytkowników. Status TikToka, będącego w posiadaniu chińskiej firmy ByteDance, jest co najmniej kontrowersyjny.

Tu jest wszystko

Jak w krajobrazie, w którym transparentność internetowych usług jest coraz ważniejsza, odnajduje się drugi najczęściej odwiedzany serwis na świecie, czyli YouTube? Na co dzień identyfikowany jako skarbnica teledysków i narzędzie, które może zamienić każdą posiadówkę w dyskotekę. Pomoże też znaleźć poradnik dotyczący wymiany baterii w telefonie. Dostarczy krytyczną recenzję lub szczegółową analizę świeżo obejrzanego filmu. Pokaże, jak zrolować jointa w kształcie skorpiona lub zrobić tęczowy makijaż. Lecimy dalej: przygody nastoletnich influencerów, którzy nie robią nic szczególnego; muzyka w częstotliwości 432 herców, która odbudowuje DNA; walki żuli; filmy z żółtymi napisami, które przestrzegają przed reptilianami i 5G; porady dotyczące ogrodnictwa; ASMR i mukbangi - na YouTube jest w zasadzie wszystko. A przynajmniej niemożliwie dużo contentu. Bo według danych tubefilter.com z 2019 roku, co minutę na serwisie uploadowane jest ok. 500 godzin treści. To daje 82 lata wideo do obejrzenia. Dziennie. Mamy więc do czynienia z największą biblioteką audiowizualnych treści na świecie. I przez lata uchodziła za wielki dar dla ludzkości - ogólnodostępne źródło rozrywki oraz przydatnych informacji lub instrukcji.

Przez zmonopolizowanie tego rynku ruchomych obrazów w necie YouTube zyskał specjalny status. Używamy go niemal codziennie do dzielenia się treściami w social mediach. Portale wstawiają embedy z teledyskami, trailerami filmów czy wywiadami. W wypadku muzyki jest to ciekawy ruch. Playery serwisów streamingowych (np. Spotify, TIDAL czy Apple Music) zwykle pojawiają się w artykułach przy okazji partnerstw z określonymi markami. YouTube, mimo bycia częścią Google - nie jest postrzegany jako multimedialna mega-korporacja. Nie musi się reklamować na szeroką skalę (poza autopromocją określonych usług w ramach samego serwisu, o tym za chwilę), nie musi zabiegać o używanie go na każdym kroku. To po prostu się dzieje. To rzadki wypadek, w którym pionier w danej usłudze pozostaje liderem rynku. I wyłącznie rośnie.

Nic za darmo

YouTube przez lata zaczął zmieniać swój charakter. Od platformy, która stanowiła pole do ekspresji dla twórców różnej maści (pierwszym umieszczonym tam filmem jest słynne Me At The ZOO), kopalnię kultury najróżniejszego sortu i sztolnię wypełnioną głupotami, YouTube powoli i metodycznie zmusza nas do wyboru - zapłaty za serwis pieniędzmi lub własnym czasem. Bo jak inaczej określić sytuację, w której niemożliwe do przeskipowania reklamy przed poszczególnymi treściami trwają coraz dłużej? Obecnie pojawiają się już 15-sekundowe reklamówki, których nie da się ominąć. Wcześniej miały 5 lub 7 sekund. Łatwo wyobrazić, że ten czas będzie się dalej wydłużał. Ale oczywiście jest opcja, by się od tego uwolnić - wykupienie YouTube Premium. Święty spokój, po upływie miesięcznego okresu próbnego, kosztuje w tej chwili 24 złote za miesiąc. Pakiet ten usuwa wszelkie reklamy w podstawowym serwisie oraz w YouTube Music. Pozwala także na odtwarzanie treści na smartfonie w tle (czyli także po zablokowaniu ekranu) - z wersji mobilnej usługi korzysta aż 70% wszystkich użytkowników, jest to więc bardzo przemyślany ruch.

W tym miejscu można oczywiście wspomnieć o wtyczkach blokujących reklamy lub aplikacjach, które pozwalają na korzystanie z biblioteki serwisu z pominięciem wspomnianych ograniczeń. Nie zmienia to faktu, że już 50 milionów osób na świecie subskrybuje YouTube Premium. Oznacza to, że - nawet zakładając, iż duża część z nich jest w trakcie okresu próbnego - firma zgarnia co najmniej setki tysięcy dolarów miesięcznie tylko z tego tytułu. Jeśli do tego dodamy mikroskopijne kwoty, które serwis dostaje za każdą reklamę odtworzoną przed poszczególnymi filmikami, a użytkownicy oglądają ich miliardy dziennie (tak twierdziła w tym roku sama platforma), otrzymujemy bajońskie sumy. YouTube po cichu stał się maszynką do robienia gigantycznego hajsu. I można by pochwalić proste, ale genialne z biznesowego punktu widzenia pomysły, które do tego doprowadziły. Ale oczywiście nie obyło się przy tym bez etycznie wątpliwych wyborów.

Uciekając przed algorytmem

Sukces współczesnego YouTube’a to siła tzw. kreatorów. Youtuberów wszelkiej maści, twórców esejów, dokumentów, poradników i najróżniejszych form multimedialnych. Ci dostają jednak od serwisu stosunkowo małe kwoty nawet przy ogromnej liczbie odtworzeń - doprowadziło to do wytworzenia się osobnego rynku reklamowego, sponsoringu poszczególnych kanałów oraz pojedynczych wideo. Ale nawet minimalne przychody dla twórców i twórczyń (pochodzące oczywiście z reklam, które oglądamy co kilka minut w danym filmie) to często kwestia uznaniowa. Nad bardzo wieloma treściami wisi bowiem medium demonetyzacji - tą można zostać objętym z najróżniejszych powodów, czasem niezależnych od osoby uploadującej daną treść. Podobnie sprawa ma się z określoną tematyką. To szczytne założenie, ale ta weryfikowana jest przez algorytmy poszukujące odpowiednich słów. A te bywają zwodnicze. Załóżmy np. że w wideoeseju poświęconym zdrowiu psychicznemu padnie słowo samobójstwo. Jest duża szansa, że tylko to będzie przesłanką do demonetyzacji treści. Tego typu praktyki i źle nakierowane narzędzia prowadzą do swego rodzaju cenzury, nakazują kreatorom unikać pewnych tematów albo wybrać pracę pro bono. To z kolei stoi w dużej sprzeczności z ideą egalitaryzmu, która towarzyszyła platformie od czasu, gdy była Dzikim Zachodem internetu.

Takie są prawa rynku. Wszystko, na czym można zarobić jest eksploatowane, a kapitał pomnażany. Nihil novi. W przypadku YouTube’a trzeba jednak o tym mówić, by pogodzić się z myślą, że nie jest to już przyjazne narzędzie służące do umilania czasu, ale wielka fabryka, która nasz wolny czas zamienia w banknoty dla konkretnych, wysoko postawionych osób.

Podziel się lub zapisz
Do newonce.net przybył w letnim oknie transferowym sezonu 2021. W muzycznym świecie szuka ciekawych dźwięków, ale też wyróżniających się idei - niezależnie od gatunku. Bo najważniejszy jest dla niego ludzki aspekt sztuki. Zajmuje się także kulturą internetu i zajawkami, które można określić jako nerdowskie. Wcześniej jego teksty publikowały m.in. Aktivist, K-Mag, Poptown czy Art & Business.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.