Dlaczego wierzymy w teorie spiskowe? Rozmowa z filozofem Tomaszem Stawiszyńskim

QAnon Trump
fot. Rick Loomis/Getty Images

Teorie spiskowe – podobnie jak coaching, astrologia, konsumpcjonizm – spełniają dzisiaj taką funkcję jaką spełniały kiedyś wielkie narracje filozoficzne i religijne. Nadają sens chaosowi, porządkują rzeczywistość, zapewniają poczucie znaczenia, wagi własnego istnienia i godności – zauważa Tomasz Stawiszyński, filozof i publicysta, autor książki Ucieczka od bezradności.

W książce Ucieczka od bezradności piszesz, że wbrew społecznym oczekiwaniom każdy z nas jest pełen bogów. Nasza subiektywność składa się z wielu głosów, postaci i tendencji, a racjonalne ja jest tylko jednym z spośród mnogości, wcale nie najważniejszym.

Odwołuję się tutaj do słynnego dictum przypisywanego Talesowi z Miletu. W starożytnej Grecji nie postrzegano człowieka tak, jak dziś, w sposób, nazwijmy to, scentralizowany. Człowiek był raczej zależny od różnych sił i energii, które go współtworzyły i spotykały się w nim. Tworzyły jego wewnętrzne doświadczenie. Dopiero pojawienie się religii monoteistycznych – w szczególności chrześcijaństwa – sprawiło, że pojawiło się wyraźne rozgraniczenie pomiędzy subiektywnością a światem zewnętrznym. Wtedy właśnie zaczęto postrzegać człowieka jako integralną osobę, która sama jest odpowiedzialna za swój los doraźny i wieczny, czyli zbawienie. Dziś, choć paradygmat chrześcijański osłabł, wciąż żyjemy w świecie hiperodpowiedzialności. Tymczasem we własnym doświadczeniu miotani jesteśmy różnymi emocjami i stanami, doświadczamy różnych, niekiedy wykluczających się pragnień. Nie jesteśmy monolitem, jak tego chciał kartezjanizm. Człowiek jest wewnętrznie pęknięty, a może nawet złożony z bardzo wielu instancji, głosów i perspektyw, które w nim nieustannie się przenikają i prowadzą ze sobą mniej lub bardziej udany dialog.

Nie dziwi więc, że człowiek pozostawiony sam sobie, samotny – i zmuszony do wzięcia na swoje barki odpowiedzialności – szuka ucieczki, zrozumienia. Stąd popularność teorii spiskowych, astrologii, coachingu, fitnessu duszy i ciała czy ekologizmu.

Wizja, że sami jesteśmy za wszystko odpowiedzialni jest zwyczajnie okrutna. Widać to chociażby na przykładzie kryzysu klimatycznego. Buduje w nas poczucie, że jesteśmy odpowiedzialni za los całej planety. Że od naszych indywidualnych wyborów – diety, wycieczek do ciepłych krajów, albo zakupów w sklepie – zależy los ludzkości oraz przyszłych pokoleń. Kto byłby w stanie realnie wytrzymać tego rodzaju ciężar na własnych barkach? Abstrahując od tego, że to nieprawda. Ta narracja jest rzecz jasna na rękę wielkim biznesowym graczom, rządom i korporacjom. Utrwalając w nas przekonanie, że los planety zależy od nas, odciągają uwagę od tego, że tak naprawdę wszystkie karty są w ich rękach, że to oni ponoszą realną odpowiedzialność za kryzys klimatyczny.

Tomasz Stawiszynski
fot. Adam Lach

W książce piszesz, że formą ucieczki od tej hiperodpowiedzialności są teorie spiskowe, astrologia i zagłębienie się w świat wirtualny.

Stwierdzenie, że wszystko jest pełne bogów, pojawia się właśnie we fragmencie dotyczącym powrotu astrologii. Wiara w nią faktycznie pozwala odciążyć się z tej absurdalnie przerośniętej odpowiedzialności za losy swoje i świata. W tej wizji to, co się przydarza człowiekowi czy planecie jest w pierwszej kolejności wypadkową archetypowych sił współtworzących całe uniwersum. W mniej fatalistycznych wersjach astrologia bliska jest… zdrowemu rozsądkowi, który każe zakładać, że nie na wszystko mamy wpływ, że nie wszystko nam się udaje. W tym sensie, wielki powrót astrologii – a szerzej wszelkich praktyk duchowo-mantrycznych – to jeden ze współczesnych sposobów radzenia sobie z bezradnością. Dziś jednak ta nowa duchowość, paradoksalnie, też bywa wciągnana w machinę kapitalizmu i narrację indywidualistyczną. Duchowość świetnie sprzedaje się dzisiaj jako produkt, który na różne sposoby ma nas uczynić mocniejszymi i sprawniejszymi.

Świat wirtualny natomiast coraz częściej zastępuje realny. Jest od niego zdecydowanie bezpieczniejszy i umożliwia większą kontrolę. Szczególnie młodzi ludzie uciekają od trójwymiarowych międzyludzkich interakcji i zamykają się w internecie. Coraz więcej z nich rezygnuje z relacji seksualnych na rzecz pornografii, co pokazuje wiele badań. To modelowa ucieczka do wyobrażonego, idealnego świata, w którym nie czekają nas te wszystkie dyskomforty związane z kontaktem z autentycznym człowiekiem i jego ciałem. Rzecz w tym, że nie czekają tam również bliskość, miłość, uważność na drugą osobę, wrażliwość, czułość, przywiązanie, odpowiedzialność i ograniczanie własnego egocentryzmu. To kwintesencja totalitaryzmu. Projekt totalitarny, czy lewicowy czy prawicowy, zawsze opierał się na wyborze doskonałości kosztem tego, co realne. Pamiętajmy też, że do totalitaryzmu nie potrzeba od razu społeczeństwa czy państwa. Także jednostka sama dla siebie może stać się totalitarnym dyktatorem. Wtedy, gdy zacznie uznawać, że tylko takie ciało jest godne by je mieć, tylko taki seks jest godny, by go uprawiać, tylko taka doskonała książka jest godna by ją napisać.

Dlaczego tak bardzo ulegamy temu totalitaryzmowi?

W dużej mierze bierze się to z tego, że zatraciliśmy świadomość różnic i różnorodności. Kształtowani jesteśmy pod jeden obowiązujący wzór. Nie tylko nie uczy się nas kontaktu z innością i słabością, a wręcz robi się wszystko byśmy o nich nie wiedzieli. Oczywiście, być może da się do pewnego momentu udawać, że nie umrzemy, że nasi bliscy nie umrą, że wszystko będzie nam się udawać, ale przecież prędzej czy później to się wydarzy. I wówczas im mniej dopuszczamy do świadomości taką opcję, tym bardziej w nas ona uderzy. Tym bardziej bolesne będzie gwałtowne zderzenie z przemijaniem, śmiertelnością, słabością.

Ale kultura sukcesu nie pozwala nam tego dojrzeć. Oddala moment dysonansu i umacnia złudzenia. Generuje totalny lęk przed śmiercią, słabością, niejednoznacznością. Za tym idzie współczesny, absurdalny kult życia i zdrowia. Co ciekawe, generuje to sytuację analogiczną do tej ze średniowiecza. Tyle, że zamiast absurdalnej troski o duszę, jest przesadna troska o ciało.

Pewne sposoby myślenia – struktury symboliczne, struktury pojęciowe charakterystyczne dla minionych epok – nie znikają, ale chytrze zmieniają konfigurację. Średniowieczna wizja świata, w której bóstwo permanentnie nas obserwuje i ocenia, rozlicza z czynów i myśli, a naszym jedynym zadaniem jest troska o zbawienie duszy, ustąpiła miejsca nowej. Ale fundamentalne okoliczności ludzkiego życia się nie zmieniają – wciąż doświadczamy bólu, lęku, cierpienia czy śmierci. Dlatego też wciąż musimy szukać narracji, która pozwoli nam się w nich odnaleźć. Dzisiaj obsługą faktu śmiertelności i przemijania zajmuje się rynek. Rozmaici sprzedawcy sensu życia przekonują nas, że na wszystko jest jakiś lek, że ten czy inny produkt wyzwoli nas ze wszelkich dolegliwości. Dziś fitness i zakupy pełnią podobną rolę, jak kiedyś pełniła modlitwa.

Nieśmiertelną duszę utraciliśmy wraz z osłabieniem religii, a jej miejsce zajęło ciało. Troska nie ma na celu zapewnienia nieśmiertelności, wieczności i szczęścia. Robimy więc wszystko by dbać o fizyczność, by nie konfrontować się ze skończonością, bo skończoność zupełnie nie pasuje do dzisiejszego świata. Oczywiście jest to zgubne, bo ciało, pomimo najlepszej diety czy treningu, starzeje się, wiotczeje, słabnie. To prowadzi do tym większej rozpaczy, im bardziej nasza fantazja nie przewiduje takiego obrotu sprawy.

Tomasz Stawiszynski
fot. Adam Lach

Są jeszcze teorie spiskowe. Ona też pozwalają nam organizować życie i nadawać mu sens.

Kiedy kościoły i tradycyjne religie tracą autorytet, a ich oferta wydaje się coraz bardziej nie przystawać do współczesności, kiedy świat wypada z ram, a codzienność staje się źródłem permanentnej niepewności; kiedy nauka – z uwagi na złożoność przedmiotu, który bada, zaczyna się posługiwać wysoce hermetycznym językiem, zrozumiałym wyłącznie dla nielicznych; kiedy realia ekonomiczne kompletnie rozmijają się z kulturową narracją o jednostkowej odpowiedzialności za własny sukces i coraz bardziej upodabniają do Hobbesowskiego stanu natury; więc kiedy dzieje się to wszystko, teorie spiskowe – oraz skupione wokół nich zwarte społeczności – stają się dla rzeszy ludzi autentycznym błogosławieństwem i wybawieniem.

Teorie spiskowe działają, bo harmonia niewidzialna jest silniejsza niż widzialna.

Tak naprawdę teorie spiskowe nie są niczym nowym. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie – i tak właśnie sprawę stawiam w Ucieczce od bezradności – że są one głęboko wmontowane w nasz sposób widzenia świata. Za pierwszego piewcę teorii spiskowych można by uznać Heraklita, który powiada w jednym z zachowanych fragmentów, że harmonia niewidzialna od widzialnej silniejsza (w tłumaczeniu Kazimierza Mrówki – przy. red). Już więc Heraklit zakładał, że to, co widzimy, jest mniej istotne niż to, czego nie widzimy. Co ciekawe na takim podejściu opiera się niemal cała nauka, bo w końcu zajmuje się ona w większości przypadków tym, co nie jest widoczne dla ludzkiego oka, tym, co nie jest wprost podane. Ale doprowadzone do perfekcji metodyczne myślenie o tym, że istnieje jakaś niewidoczna podszewka świata, która wszystkim, co widoczne, zawiaduje, odnajdujemy przede wszystkim u trzech mistrzów hermeneutyki podejrzeń. Mowa tu oczywiście o Nietzschem, Marksie i Freudzie, którzy w imponujący sposób eksplorują te niewidzialne obszary życia społecznego i psychologicznego: resentyment, walkę klas i nieświadomość.

Amerykański prawnik Mark Fenster mówi we wstępie do książki Conspiracy Theories. Secrecy and Power in American Culture, że dzisiaj wszyscy jesteśmy wyznawcami teorii spiskowych. Wtóruje mu brytyjski kulturoznawca Peter Knight, który mówi, że wierzymy w teorie spiskowe, bo każda z teorii spiskowych została ufundowana na naszym pragnieniu lepszego, bardziej sprawiedliwego świata.

Teorie spiskowe – podobnie jak coaching, astrologia, konsumpcjonizm – spełniają dzisiaj taką funkcję jaką spełniały kiedyś wielkie narracje filozoficzne i religijne. Nadają sens chaosowi, porządkują rzeczywistość, zapewniają poczucie znaczenia, wagi własnego istnienia i godności. Myślę, że w świecie wyłaniającym się ze współczesnej, coraz bardziej hermetycznej, nauki; w świecie pozbawionym celu i sensu, w świecie społecznie zdruzgotanym, pełnym pęknięć, teorie spiskowe będą pełnić coraz istotniejszą role.

Warto zwrócić uwagę, że są różne warianty teorii spiskowych, a i same spiski czasem się zdarzają – na to powołują zresztą zwolennicy i piewcy teorii spiskowych. Inna rzecz, że wizja rzeczywistości całkowicie transparentnej, gdzie wszystko jest tak, jak widać gołym okiem, a ludzie nie działają w ukryciu, nie spiskują i nie sieją dezinformacji – jest równie irracjonalna, co wizja świata, w którym wszystko, co się dzieje, jest pod kontrolną jakichś tajnych ośrodków.

Dlaczego teorie spiskowe działają?

Bo w brutalnym i niezrozumiałym świecie dają poczucie sensu i godności. Oraz poczucie władzy. Nawet jeśli dalej pozostajesz w pozycji jednostki, która nic nie może, i nic nie zmieni, to przynajmniej wiesz o wszystkim, co najbardziej potężni ludzie na świecie usilnie starają się przed tobą ukryć. Jest to bez wątpienia jakaś namiastka sprawczości.

Mniejsza lub większa podatność na uwodzicielskie mechanizmy myślowe cechuje wszystkich. I nie jest to wyłącznie kwestia edukacji, głupoty czy mądrości, ale składowa jakiegoś głębszego mechanizmu psychologicznego. Odrzucenie teorii spiskowych wymaga po prostu pewnego gestu zaufania, afirmacji wspólnoty. Uznając np. oficjalną narrację o pandemii, przyjmuję zarazem, że instytucje tego państwa są odpowiedzialne, że eksperci tam zatrudnieni nie są oszustami, i nie chcą nas zniszczyć. Oczywiście za tym stoją także mocne, racjonalne argumenty. Ale kwestia zaufania jest co najmniej równie istotna. Ten proces psychologiczny wynika z potrzeby zrozumienia świata. Najczęściej grupa gorzej sytuowana ekonomicznie wierzy w teorie spiskowe, bo częściej doświadcza niesprawiedliwości świata. Oficjalna narracja o tym, że każdy jest kowalem swojego losu, boleśnie nie koreluje z tym, jak realnie wygląda ich życie.

Gorzej sytuowani myślą, że świat jest zły, bo chociaż ciężko pracują, to dalej nic nie mają. A nie mają, bo ktoś tego nie chce. Czy jest jakaś szansa na wygranie z tą narracją? Może technologia?

Sama technologia nic nie zrobi. Fundamentalna jest zmiana narracji przez elity polityczne i społeczne. To ona muszą działać na rzecz transparentności i jawności. Muszą działać na rzecz sprawiedliwości i równości, bo żyjemy w ustroju radykalnie niesprawiedliwym. Tymczasem wielu polityków cynicznie korzysta ze skłonności do teorii spiskowych, żeby nakręcać emocje i dewaluować swoich przeciwników. Christopher Lasch pisał w Bucie elit – niesamowitej, proroczej książce opublikowanej na początku lat 90. – że zglobalizowane, kosmopolityczne elity biznesowo-polityczne kompletnie odkleiły się od tego, jak żyją zwykli ludzie. Zarazem to właśnie elity kształtują kwestie prawno-ustrojowe tak, żeby maksymalizować własną korzyść. Siłą rzeczy odbija się to kosztem tych, którzy funkcjonują radykalnie inaczej. Trudno się w tym kontekście dziwić popularności teorii spiskowych, w których światem rządzą ludzie cyniczni i pozbawieni skrupułów. Albo jaszczury z kosmosu. Niezależnie od wszystkiego, teorie spiskowe to całkiem niezłe, metaforyczne opowieści o doświadczeniu współczesnego człowieka.

Ale czy nie jest trochę tak, że elity same zachęcają lud do walki z elitami. Mam na myśli tradycyjne ich ujęcie: to jest lekarzy, artystów, potomków inteligencji? W Polsce często nie dysponują już takim kapitałem społecznym, a na pewno nie finansowym. Mimo to, wciąż są atakowane.

Myślę, że największym polskim problemem jest wszechobecność pogardy. O pogardzie ludu wobec elit napisano już bardzo dużo. Ale wciąż do opowiedzenia i przepracowania pozostaje pogarda elit wobec ludu. Wydaje mi się, że dopóki wszyscy nie nauczymy się dostrzegać własnych błędów i ułomności, zamiast triumfalnie i obsesyjnie – z poczuciem moralnej wyższości – wytykać je naszym przeciwnikom ideowym, dopóty nie uda nam się znaleźć porozumienia i zbudować prawdziwej wspólnoty.

Podziel się lub zapisz
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.