Dokument roku! Historia polskich „Gwiezdnych Wojen”, które zirytowały komunistów

Zobacz również:„Biały szum” to film o tym, jak radykalna prawica pociągnęła za sobą miliony Amerykanów
ucieczka na srebrny glob.jpg
kadr z filmu "Ucieczka na Srebrny Glob"

Ten polski film miał być jak Gwiezdne Wojny, ale jego produkcję zatrzymali komuniści. Historia taka, że aż prosi się, żeby opowiedzieć ją po latach.

Blisko 70 lat przed słynnym lotem lądownika Apollo 11 na Księżycu swoje stopy postawili inni kosmonauci. Grupa naukowców chciała sprawdzić, czy jest tam tlen i czy ziemski satelita jest możliwy do zasiedlenia. Ekspedycja wylądowała na Srebrnym Globie, by założyć tam kolonię. Co prawda to fikcyjne wydarzenia, opisane na kartach książki Na Srebrnym Globie. Rękopis z Księżyca Jerzego Żuławskiego. Co warto podkreślić – książki wydanej w 1903 roku, stającej się pionierskim tytułem krajowego nurtu science-fiction. To był bestseller, a Żuławski napisał później dwie kolejne powieści, Zwycięzcę i Starą Ziemię, które razem z Na srebrnym globie weszły w skład Trylogii Księżycowej.

Ponad pół wieku później stryjeczny wnuk pisarza, reżyser i scenarzysta Andrzej Żuławski, postanowił odkryć dla świata nieco zapomniane wówczas dzieło swojego przodka. I tu zaczyna się historia, o której opowiada rewelacyjny dokument Ucieczka na Srebrny Glob Kuby Mikurdy.

Ten dziwak Żuławski

Wydawało się, że nie było lepszego momentu, by zekranizować dzieło Jerzego Żuławskiego. Lata 60., 70. i początkowo 80. w dość powszechnej ocenie filmoznawców uchodzą za najlepszy okres w historii polskiego kina. Między 1963 a 1979 aż sześć krajowych produkcji dostało nominacje do Oscara (żadna z nich nie przełożyła się jednak na statuetkę), zaś w 1981 Człowiek z żelaza stał się pierwszym polskim zwycięzcą festiwalu w Cannes. Nasze kino było wówczas na ustach całego świata. Niestety, było przy tym na językach komunistycznej władzy, która wykorzystując aparat cenzury kontrolowała to, co można, a czego nie można pokazać na ekranie.

I gdzieś w tym wszystkim pojawił się młody Andrzej Żuławski. Syn radcy kulturalnego w paryskiej ambasadzie Polski, wychowany we Francji i Czechosłowacji, studiujący na prestiżowej Sorbonie. W latach 60. przyjechał do Polski, zaczynając karierę filmową jako asystent Andrzeja Wajdy. Ze swoim mentorem pokłócił się na początku kolejnej dekady, gdy zaczął kręcić filmy na własny rachunek. Wtedy też cenzura zaczęła spoglądać na niego nieprzychylnym okiem, bo Żuławski szokował już od debiutu. W Diable i Trzeciej części nocy wypracował swój dziwaczny styl; to było kino bardzo rozedrgane, histeryczne, emocjonalne, pełne dziwacznego seksu i dosłownej przemocy. Przez to cenzura zabroniła rozpowszechniać Diabła, co więcej, od 1975 roku nie wolno było publikować jakichkolwiek wzmianek o tym filmie. Komuniści chcieli, by Polska Rzeczpospolita Ludowa wymazała go z pamięci.

Na jeden film Żuławski wyjechał do Francji (sam określał wyjazd wyrzuceniem z kraju), kręcąc nie mniej szokujące Najważniejsze to kochać. Ale w połowie lat 70. udało mu się powrócić do Polski i rozpocząć realizację Na srebrnym globie, filmu opartego na książce swojego przodka. Wielkiej epopei science-fiction, fantastycznonaukowej produkcji, mającej stanowić przedłużenie trendu, zapoczątkowanego parę lat wcześniej przez Stanleya Kubricka i jego 2001: Odyseję kosmiczną. Porównania nie są na wyrost, bo świat kina doskonale znał już nazwisko Andrzeja Żuławskiego.

Nie chcemy zdradzać, co zdarzyło się dalej. Wystarczy tylko, żebyście wiedzieli, że realizacja została przerwana na skutek interwencji komunistycznego wiceministra kultury Janusza Wilhelmiego. I że film w końcu powstał, ale w zupełnie innej formie, niż zakładał to Żuławski. Jeśli nie widzieliście Na srebrnym globie - nie szkodzi, bo wbrew pozorom to nie tylko o nim jest dokument Kuby Mikurdy.

A o czym? Na pewno o Andrzeju Żuławskim. Jednym z niewielu polskich reżyserów, który całym sobą wpisywał się w stereotyp bezkompromisowego artysty. Nie szedł na żadne ustępstwa, nie pozwalał, by ktokolwiek ingerował w jego dzieła; potrafił przerwać zdjęcia do Diabła, bo studio filmowe upierało się, żeby ciężarną Małgorzatę Braunek zastąpić inną aktorką, Barbarą Brylską. Co więcej, chciała tego sama Braunek. Co więcej – była wówczas jego życiową partnerką. Swoich aktorów doprowadzał do granic psychicznej wytrzymałości; grająca główną rolę w Szamance debiutantka Iwona Petry udział w filmie przypłaciła załamaniem nerwowym i raz na zawsze zniknęła z kina. Nie szczędził gorzkich słów środowisku filmowemu. Ale przy tym był twórcą absolutnie osobnym, unikatowym na skalę światową. Stworzył szalony język kina, który swoją emocjonalnością odrzucał większość, ale przyciągał wybranych, zarówno miłośników filmu artystycznego, jak i gatunkowego; Żuławski miał na przykład swoich fanatyków wśród zajawkowiczów horrorów. Był niemożliwy do wsadzenia w konkretne szufladki. Także jako człowiek, charakterologicznie, co szczerze podkreśla Ucieczka na Srebrny Glob. Już pierwsza scena dokumentu pokazuje, z jak dziwną osobą mamy tu do czynienia.

Oczy zaklejone butaprenem

Nawet w tak niesprzyjających warunkach jak wtedy, gdy Żuławski kręcił Na srebrnym globie, czując nad sobą widmo cenzorskiego topora, potrafił wycisnąć ze wszystkich swoich współpracowników absolutnego maksa. Wypowiadający się na ekranie Andrzej Seweryn wspomina, że od pierwszego dnia zdjęć było czuć pracę nad czymś bezprecedensowym w skali światowego kina. Setki dubli, praca w skrajnie uciążliwych warunkach, a jednak ekipa była w stanie skoczyć za Żuławskim w ogień, bo czuła dokładnie to samo. Nawet pomimo jego narcyzmu i – o czym mówi się między słowami – psychicznej przemocy, jaka tam panowała. Dzisiaj rzecz nie do pomyślenia, ale ledwie kilkadziesiąt lat temu takie nadużycia były na porządku dziennym. Andrzej Żuławski wpisywał się całym sobą w postać demiurga, manipulującego i terroryzującego ekipę. Jak udało mu się przy tym zawładnąć nimi na tyle, że przyjmowali kolejne razy bez sprzeciwu? Dzisiaj news o zaklejaniu aktorowi oczu butaprenem, by wzmocnić efekt konkretnej sceny, momentalnie trafiłby do sieci i zrzucił reżysera z rowerka. Ale wtedy podobne incydenty nie były niczym dziwnym.

To także film o Polsce tamtych czasów, nieustannej walce artystów z władzą i cenzurą. Ludzie, którzy na Zachodzie byli przyjmowani z otwartymi ramionami, w Polsce użerali się o każdą scenę swoich filmów. Mikurda nie opowiada o tym wszystkim z pozycji przynudzającego filmoznawcy, a zafascynowanego tamtymi czasami kinomana. Miesza zapiski z planu z wypowiedziami współpracowników Żuławskiego i kadrami dokumentującymi inne wydarzenia z ówczesnych lat. Samo to, jak udało mu się harmonijnie pożenić ze sobą tyle historycznych kontekstów, jest niesamowite. A przecież po seansie pamięta się głównie upadek demiurga. Historia Żuławskiego, porywającego się na największą epopeję w dziejach polskiego kina, zakończyła się porażką, bóg spadł z cokołu i roztrzaskał z hukiem, choć chciał sięgnąć gwiazd i z szarej polskiej rzeczywistości wskoczyć do panteonu kina. Na co zresztą zwraca uwagę tytuł, bo realizacja Na srebrnym globie była dla reżysera ucieczką od tego, co w Polsce trzymało go przy ziemi. To jest piękna i smutna historia o marzycielu, któremu zwyczajnie nie wyszło.

Ten dokument jest lepszy niż sam film, o którym opowiada. Trudno o lepszy komplement dla twórców.

Ucieczkę na Srebrny Glob obejrzycie w ramach online'owej wersji festiwalu Millennium Docs Against Gravity.

newonce jest oficjalnym patronem imprezy.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję Nevermind w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej ze sprawami społecznymi.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.