Pochodzi ze Śląska, ale jego ambicje sięgają kosmosu. Drabusheyka to postać, którą trudno wrzucić w jakiekolwiek ramy. Inspiruje się muzyką z lat 70., wywodzi z rapowego undergroundu, ale… czy w ogóle można nazwać go raperem?
Wywiad ukazał się po raz pierwszy w 6. numerze gazety newonce
Zacznijmy od podstawowej kwestii – czy ty w ogóle robisz rap?
Wolałbym tego nie definiować. Przede wszystkim chodzi o to, żeby czuć się dobrze – zarówno podczas tworzenia, jak i podczas słuchania. Chcę, żeby tego typu sztuka szerzyła światło, bo w życiu masz prosty wybór: albo będziesz świecić, albo gasnąć. Mój gatunek muzyczny to Drabusheyka.
Czy to światło, o którym mówisz, to metafora energii, którą przekazuje twoja muzyka?
Wierzę w to, że gdy czujesz wewnętrznie, że chcesz coś zrobić, to trzeba to zrobić. Kiedy przed chwilą szedłem do was na rozmowę, tuż przed wejściem krzyknął do mnie ktoś na rowerze, zatrzymał się i pokazał, że ma na sobie merch z trasy oraz tatuaż z moim symbolem. Nie warto lekceważyć znaków. Dzięki nim wiem, że znajduję się w odpowiednim miejscu i czasie.

Twój debiut „Hypnoziz” też wyszedł w odpowiednim czasie?
Tak, choć pojawił się później, niż pierwotnie planowałem. Ta konkretna data jest dla mnie znacząca, ale o tym może kiedy indziej. Zależało mi na wizualnym aspekcie tego zapisu. Dziewiątka przypomina spiralę, a całe nasze życie polega właśnie na spirali, ewolucji, synchroniczności. Spirala może się albo rozwijać, albo zwijać i to od ciebie zależy, w którą stronę zmierzasz.
Z motywem spirali wiąże się historia okładki twojego albumu…
Było kilka wersji okładki, powstały już dawno temu. Pierwsza była gotowa dwa lata temu, w lipcu, bo sam album miał pierwotnie ukazać się w sierpniu 2024 roku. Jednak pojawiło się wtedy sporo znaków, żeby jeszcze tego nie wypuszczać. Nawet kilka razy „eksplodował” mi dysk z utworami. W tamtym okresie poznałem też pewnego pozytywnego czarnoksiężnika – Wojtka [schaftera – przyp. red.], z którym przedłużyła się praca nad jednym singlem. Ale o tym to mógłby powstać serial.
Z kolei rok temu, kiedy jechałem taksówką na imprezę urodzinową, dotarło do mnie, że mam chwilę wymęczenia. Poczułem, że może to dobry moment na pierwszą krótką przerwę. Poinformowałem kilka osób, że na chwilę odpuszczam robienie „HYPNOZIZ”. Schowałem telefon i dosłownie po chwili dostałem mnóstwo wiadomości o treści: „Spójrz na niebo”. Kiedy wyjrzałem za okno, zobaczyłem spiralę – to efekt startu rakiet nad Polską, gdzie paliwo podświetliło się przez zakrzywienie Ziemi. Dość mocny znak z nieba. Zrozumiałem, że to „trwa” cały czas. Wszedłem wtedy na jeszcze większe obrony, jeśli chodzi o płytę oraz realizację mojego największego celu – zagrania pierwszego w historii koncertu na Księżycu.
Lubisz tłumaczyć ludziom znaczenia ukryte w numerach?
Kiedy tłumaczę, zaczyna to wszystko brzmieć górnolotnie, jakbym próbował się mądrzyć. Dziesiąte dno tekstów wolę zostawić słuchaczom do własnej interpretacji. Dlatego to mój dopiero pierwszy albo drugi prawdziwy wywiad w życiu. Mam jednak świadomość, że ludzie będą to czytać i słuchać, dlatego zależy mi, żeby dobrze zrozumieli moje intencje.
\
Bo ty masz jednak bardzo lojalny fanbase, mimo że ta muzyka nie jest łatwa do zrozumienia.
Nie lubię słowa fanbase, ci ludzie sami nazywają się rodziną. Wielu z nich ma wytatuowane logo. Czuję bardzo ich wsparcie, dlatego podczas trasy postanowiłem wręczyć jednej z osób chaina z moim zębem – konkretnie z ósemką, czyli symbolem mądrości i wieczności.
Czyli aktualnie w twoim świecie bardziej świeci słońce, niż pada deszcz?
Różnie bywa, wczoraj padało, ale tropikalnie. Jak pada, to płyń.
Rzucasz filozoficzne stwierdzenia. Od zawsze tak miałeś?
Ostatnio znalazłem autorską notatkę sprzed wielu lat: „Zamiast brać kogoś na języki, lepiej ugryźć się w język, a najlepiej zasięgnąć języka i znaleźć wspólny język”. Na pewno gdzieś tego użyję.
Koncepcje na kawałki wpadają ci, jak rozumiem, na freestyle’u?
Nie piszę tekstów, jednak zdarza się, że zapisuję pojedyncze hasełka, które wpadną mi do głowy albo zostaną rzucone w rozmowach z moimi bliskimi. Najnowsze to: „Żadnych dylematów”. W życiu i w pracy artysty chodzi właśnie o to, żeby dylematów nie mieć – działać dokładnie tak, jak podpowiada intuicja.
A w jaki sposób ty nagrywasz tracki?
Najczęściej puszczam cały instrumental i freestyluję na nim ileś razy, bawię się „w element” tego instrumentalu. Finalny aranż układam pod ruchy ciała, skandowanie. Puszczam ludziom to, co nagrałem, nie pytając, co sądzą – po prostu obserwuję, jak się do tego ruszają albo który fragment nucą godzinę później. Koncerty to najważniejszy element mojej muzyki.
Konstrukcja utworów na płycie odbiega od klasycznych standardów – niektóre numery wydają się wręcz urwane. Z czego to wynika?
Kiedy wszystko, co miało być powiedziane, zostało powiedziane, kończę track. Mam utwory, które opierają się na zaledwie kilku wersach i uważam, że to w zupełności wystarczy. Słowa mają niesamowitą moc. Jeszcze ważniejsze jest, jak je wymawiasz. Na „HYPNOZIZ” mocno odbija się też struktura Yin-Yang, chociaż nie był to w pełni celowy zabieg. Dopiero po czasie zauważyłem, jak dużo tam kontrastów i uzupełniających się elementów: kasa znika, kasa wraca, za młody na starość, wdech i wydech, na dół i na górę, wpada i wypada, ja i ty. Światło i ciemność.
Wróćmy na chwilę do relacji z schafterem. Jak się poznaliście?
Wrzuciłem storiesa ze zwrotką nagraną chwilę wcześniej i podpisałem: „Kazanie na dziś”. Dosłownie po dwóch minutach zauważyłem, że Wojtek zaczął mnie obserwować, więc bez zastanawiania podesłałem mu ten kawałek. Potem się spotkaliśmy i wyszło, że mamy ze sobą dużo wspólnego. Ten track to „ANOMALIA”.
W sieci pojawiło się sporo opinii, że nowa płyta schaftera była mocno zainspirowana twoimi brzmieniami. Zgodzisz się z tym?
Nie zgodzę się. Mamy bardzo podobną ekspresję. Jak się poznaliśmy, okazało się, że kiedy on tworzył „RAMOTKĘ”, ja dokładnie w tych samych miesiącach nagrywałem „FULL MOOD WORLD”. Przechodziliśmy w tym czasie przez podobny moment w życiu, a już wtedy ludzie to do siebie porównywali. Dziś się przyjaźnimy, choć charakterologicznie się różnimy: Wojtek to bardziej introwertyk, ja jestem ekstrawertykiem, nawet jeśli publicznie tego nie widać. Dla mnie to, co Wojtek oficjalnie wypuszcza, to najmniej ciekawe numery z jego ogromnego katalogu niewydanych rzeczy. Kiedyś puścił mi genialny 7-minutowy teledysk z aktorami, który ostatecznie nigdy nie ujrzał światła dziennego. Istnieją też ponad 40-minutowe utwory, niektóre tworzyliśmy wspólnie.
A czy ty nie masz takiego wrażenia, że ludzie nie do końca rozumieją twoje tracki?
Szczerze – wolę, żeby interpretowali to na swój sposób, ale pamiętali o misji, intencji, która za tym stoi. Życie jest wieczne, ale wcielenie krótkie; zbyt krótkie na dylematy.
A nie masz wrażenia, że przez to, że wywodzisz się z rapowego świata, to ludzie często spodziewają się czegoś innego? Trudno wskazać kogoś, kto robiłby podobne rzeczy…
Ta muzyka trafia po czasie. Największa satysfakcja dla słuchacza pojawia się wtedy, gdy sam rozszyfruje tekst – tak jak było z „MOONDANCE”, gdzie dopiero po wyjaśnieniu ludzie załapali motyw „kasa znika, kasa wraca”. Poza tym bardzo zależało mi, żeby na tej płycie nie padło ani jedno negatywne zdanie; to raczej w pełni pozytywny materiał. Jeśli masz zły humor, możesz odebrać moją muzykę jako przejaw wywyższania się. Kiedy jednak czujesz się dobrze, zaczynasz interpretować te słowa przez pryzmat samego siebie.
A skąd wyrasta twoja muzyka, czym się inspirujesz?
Jarają mnie lata 60., 70. i 80. Lubię tamten okres, bo nie było tego szumu informacyjnego, który dziś nas rozprasza. Ludzie potrafili w pełni przeżywać dany moment – kiedy szli na koncert czy do pubu, po prostu całkowicie oddawali się zabawie. Nie mieli potrzeby natychmiastowego pokazywania całemu światu poszczególnych kadrów ze swojego życia w obawie, że jeśli tego nie zrobią, to zaraz o nich zapomni. Fascynuje mnie również tamta ekspresja muzyczna; jej uosobieniem jest np. James Brown, który przychodzi i krzyczy „I feel good!”. To czysta, spontaniczna radość wypływająca z wnętrza człowieka, a nie chłodno skalkulowana próba odtworzenia jakiegoś trendu czy wytłumaczenia czegoś tak, żeby trafiło od razu. Serio, imponuje mi autentyczność.
