Fatalny „Gray Man” to kolejny przykład tego, w jakim dołku znalazł się Netflix

Zobacz również:Adam Sandler, Kevin Garnett, The Weeknd i... świetne recenzje. Na ten netflixowy film czekamy jak źli
Gray Man / Netflix
Gray Man / Netflix

Platforma wypuszcza szeroko reklamowanego gniota za 200 milionów dolarów. W tym samym czasie do mediów przedostają się informacje o tym, że po raz pierwszy od dekady Netfliksowi ubywa subskrybentów, a spółka zwalnia 2% amerykańskiej załogi. Coś poszło nie tak.

I jeśli niewiele się zmieni, Netflix stanie się cyfrowym odpowiednikiem kosza z przecenionymi DVD, które swego czasu były obecne w każdym supermarkecie i na każdej stacji benzynowej. A może już nim jest?

Trudno uwierzyć, że zaczynali od tak jakościowych, oryginalnych produkcji jak House of Cards. Dzisiaj netfliksowy flagowiec, serial Resident Evil, jest jedną z najgorzej ocenianych produkcji w historii IMDb i Rotten Tomatoes. Platforma rzadko wypuszcza nowe tytuły, o których mówi cały świat, stając się coraz bardziej zapchaną mniej lub bardziej przeciętnymi filmami i serialami. A jakby tego było mało, jej kierownictwo grozi wprowadzeniem reklam, a w kwietniu akcje Netfliksa spadły aż o 35%. Powodem były informacje o utracie subskrybentów, ale coś złego daje się wyczuć od dawna. Netflix po prostu przestał się rozwijać, co wykorzystała agresywna konkurencja.

Rzecz jasna dalej są liderem rynku, przede wszystkim ze względu na szeroką bibliotekę i przyzwyczajenia odbiorców, dla których streaming nierozerwalnie wiąże się z platformą Reeda Hastingsa. Ale sukcesy Disney+ i HBO Max oraz wieści dobiegające z obozu Prime Video, mającej Władcą Pierścieni przypuścić szturm na portfele widzów, mogą wywołać popłoch. Netflix sprawia wrażenie sytego kocura, który umościł się na legowisku i liczy na to, że będzie głaskany niezależnie od tego, co zrobi. Tymczasem takie HBO Max wypuszcza dużo lepsze jakościowo seriale, a Disney+ może pochwalić się wyjątkowo mocną ofertą filmową, która będzie puchnąć. Na pewno handicapem Netfliksa jest udział w rynkach lokalnych, czego świetnym przykładem jest Polska, gdzie liczba oryginalnych, netfliksowych filmów i seriali w rodzimym języku cały czas się powiększa. Ale znów – nie idzie za tym jakość. Na jednego niezłego Hiacynta czy Prime Time przypada multum rozczarowań (jak choćby szumnie zapowiadany miniserial Królowa).

Być może jest tak, bo Netflixowi zależy na mniej wyrobionych odbiorcach, tych, którzy bardzo długo byli przywiązani do telewizji analogowej. Ale teraz, kiedy w coraz większej liczbie domów znajduje się telewizor z możliwością streamingu poprzez aplikacje, nawet i oni przekonują się do opcji on demand. I tu pojawia się lider rynku, oferujący – naprawdę – treści dla każdego. Deale z wielkimi reżyserami, którzy kuszeni gażą przechodzą na stronę molocha, kręcąc dla niego filmy i seriale (David Fincher, Spike Lee, Paolo Sorrentino czy, to news sprzed paru dni, Nicolas Winding Refn) nie mogą przykryć ton słabych produkcji, których tytuły nic nikomu nie mówią, ale za to można przy nich wyłączyć umysł.

Niestety, choć akurat tu kampania promocyjna była ogromna, a ten tytuł przeleciał przed oczami setkom milionów ludzi, podobnym szmelcem okazał się Gray Man, zrealizowany za 200 milionów dolarów film akcji braci Russo (autorzy Avengers: Infinity War i Avengers: Endgame). I po seansie można odnieść wrażenie, że 200 milionów poszło tylko dlatego, żeby było o czym mówić, bo tak wielkiego budżetu nawet na ekranie nie widać; rozwalanie europejskich miast czy efektowne sceny walk znamy aż za dobrze. Efektem wielkich nadziei na film sensacyjny z prawdziwego zdarzenia jest wannabe-Bond z Ryanem Goslingiem, deklamującym kwestie jak Krzysio z 5B w szkolnym przedstawieniu; jest to też chyba najdroższy obraz klasy B w historii.

Nie wiadomo, dlaczego to się w ogóle wydarzyło. Jeśli Netflix postawił krzyżyk na jakości, to powinien zmienić strategię, bo powolny (ale zawsze) odpływ widzów udowadnia, że oni nie są głupi i mogą zjeść także w innej kuchni, zwłaszcza że wyrosło ich ostatnio na potęgę. Czas zmienić optykę, wedle której tu jest serwis streamingowy, tu ludzie i tak będą oglądać, bo jest taniej niż w kinie. Na dłuższą metę nie zadziała, nawet w obliczu recesji. To już lepiej ponudzić się za darmo.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, współprowadzący „Bolesne Poranki” oraz „Plot Twist”. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej i spraw społecznych. Te absurdalne opisy na naszym fb to często jego sprawka.