„Ferrari z Antrim” nadchodzi. Jordan Brown wyważa drzwi snookerowego świata

Zobacz również:Najlepszy w historii? Trudno znaleźć kontrargument. Ronnie O’Sullivan na szczycie snookerowego świata
Jordan Brown
Fot. materiały prasowe

Niespodzianka? Mało powiedziane. To jedna z największych snookerowych sensacji ostatnich lat. Jordan Brown wygrał turniej Welsh Open, pokonując w finale samego Ronniego O’Sullivana i tym samym wdarł się do światowej czołówki dyscypliny. Takiego przypadku jeszcze w XXI wieku nie było.

Jeśli uznajecie się za okazjonalnych fanów snookera i w tej chwili podajecie w wątpliwość swoją sympatię ze względu na nieznajomość Browna – uspokajamy, jeszcze niedawno nawet najbardziej zagorzali kibice dyscypliny niewiele byli w stanie o nim powiedzieć. Teraz jednak sytuacja zmienia się diametralnie, a sam zawodnik z Irlandii Północnej jest na ustach nie tylko snookerowego świata.

BOMBER ZE STACJI BENZYNOWEJ

Mało brakowało, żeby cała historia skończyła się na jednej z brytyjskich stacji benzynowych. To właśnie tam jeszcze kilka lat temu pracował Brown, próbując dorobić do swojej snookerowej kariery, która nie dawała mu ani sukcesów, ani pieniędzy. Jako 22-latek dostał się do grona profesjonalistów (sezon 2009/10), jednak nie udało mu się utrzymać w zawodowym tourze i zaledwie po roku jego przepustka wygasła. Od tego momentu bywało różnie, choć sam Brown przyznaje, że przede wszystkim źle.

– Miałem w karierze wiele bardzo trudnych okresów. Był czas, gdzie byłem jednocześnie pełnoetatowym sportowcem i pełnoetatowym pracownikiem stacji benzynowej – wspomina zawodnik. – Kluczowy moment przyszedł pięć lat temu, gdy uznałem, że niewystarczająco pracowałem nad swoją grą. Musiałem podjąć decyzję i albo zaryzykować ostatni raz, albo dać sobie spokój. Zaryzykowałem z myślą: „zobaczymy do czego to doprowadzi” – mówił sam Brown w rozmowie z brytyjskim Eurosportem.

Opłaciło się, bowiem w 2018 roku przyszła szansa na powrót do zawodowego touru po prawie 10 latach przerwy. Nie był to comeback na miarę wielkiej hollywoodzkiej historii – w pierwszych dwóch sezonach niemal wszystkie występy „Bombera” z Irlandii Północnej kończyły się na pierwszych lub drugich rundach turniejów. W debiucie w mistrzostwach świata przegrał w pierwszej rundzie z Markiem Selbym. Najważniejsze było jednak, że praca na stacji benzynowej przestała być obowiązkiem, a snooker stał się jego pełnoetatowym zawodem.

JESTEŚ PEWIEN, RONNIE?

W rok 2021 Brown wszedł więc ze spokojną głową. Nic, tylko grać jak najlepiej. Z tym że nikt, łącznie z samym zawodnikiem, nie przypuszczał, do jakiego poziomu jest w stanie dojść. Już German Open, w którym Brown dotarł do ćwierćfinału (najlepszy w tamtym momencie wynik w karierze), zasygnalizowało, że „Ferrari z Antrim” to nie tylko zabawny przydomek związany z jego pochodzeniem i wyglądem.

W Welsh Open także szybko znalazł się w tej fazie, gdzie ponownie spotkał się z trzykrotnym mistrzem świata – Selbym. Wynik? 5-4 dla Browna, co samo w sobie mogłoby zostać sensacją turnieju. Kiedy jednak ten sam zawodnik oddał w półfinale zaledwie jednego frejma Stephenowi Maguire’owi – zaczęło się robić niezwykle ciekawie. Szczególnie że w finale czekała grająca legenda – Ronnie O’Sullivan, który niedawno stwierdził, że musiałby stracić rękę i nogę, by wypaść z top 50 rankingu, bo światowy poziom dyscypliny jest bardzo niski. Tymczasem Brown w momencie rozgrywania ich finału był… 81. w klasyfikacji snookerzystów.

O’Sullivan w całym turnieju był w świetnej formie i bardzo łatwo odprawiał z kwitkiem kolejnych rywali. Wszyscy spodziewali się tego samego, kiedy po drugiej stronie stanął Brown, jednak w zamian dostaliśmy najbardziej emocjonujący mecz turnieju z decydują partią przy wyniku 8-8. Ostatni frejm, po drugiej stronie O’Sullivan, podejście do otwartego stołu – idealna sytuacja do stresu i popełnienia błędu. Nikt nie miałby za złe Brownowi, gdyby właśnie w ten sposób skończyło się to spotkanie. Niektórzy wręcz się tego spodziewali. Tymczasem ten podszedł jak gdyby nigdy nic i wygrał cały turniej.

– To naprawdę dobry zawodnik. Niewielu graczy na świecie potrafi mnie pokonać, kiedy gram nieźle, a tu tak właśnie było – powiedział O’Sullivan nieco w swoim stylu. Brown wybaczył mu słowa sprzed kilku miesięcy twierdząc, że Ronnie naprawdę szczerze mu pogratulował i pewnie zmienił zdanie na temat zawodników z teoretycznie niższej półki. Zawodnik z Irlandii Północnej zresztą nie mógł się na nic złościć. W głowie miał tylko wygrany dopiero tytuł… i coś jeszcze.

– Wciąż nie mogę uwierzyć, że wstanę w poniedziałek, a na moim koncie będzie pięciocyfrowa kwota (zwycięzca Welsh Open otrzymuje 70 tysięcy funtów – przyp. red.). Coś takiego nie zdarzyło się jeszcze w mojej karierze i bardzo mi to pomoże. Ale spokojnie, nie jestem z tych, którzy roztrwonią to w moment – mówił, nawiązując do jego trudnej finansowej przeszłości.

PRZYSZŁOŚĆ SNOOKERA?

Brown jest zjawiskiem, którego w XXI wieku w snookerze jeszcze nie widziano. Ostatni tak nisko sklasyfikowany zawodnik z tytułem na koncie to rok… 1992 i Dave Harold (nr 93) wygrywający Asian Open. Gdybyśmy mieli porównać obu panów, to po największym sukcesie w karierze Harnold zaliczył kilka finałów oraz wiele półfinałów i ćwierćfinałów turniejów rankingowych, a w samym rankingu był najwyżej jedenasty.

Czy Brown wziąłby w ciemno taki przebieg własnej kariery? Chyba nie, ponieważ jego pozycja rośnie z dnia na dzień. W tej chwili wskoczył na miejsce numer 45 i po takim meczu z gwiazdą dyscypliny w jego głowie nie ma barier, które wydawałyby się nie do przeskoczenia w pogoni za kolejnymi zwycięstwami. A to, czy będziemy w przyszłości mówić o niespodziewanym początku pięknej kariery, leży w rękach pewnego „Ferrari”, które wyjątkowo pochodzi z Antrim.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Uniwersalny jak scyzoryk. MMA, sporty amerykańskie, tenis, lekkoatletyka - to wszystko (i wiele więcej) nie sprawia mu kłopotów. Współtwórca audycji NFL PO GODZINACH.