„Glass Onion”: sequel „Na noże” jest jeszcze bardziej bezczelny w krytykowaniu cebuli (RECENZJA)

Zobacz również:Adam Sandler, Kevin Garnett, The Weeknd i... świetne recenzje. Na ten netflixowy film czekamy jak źli
Glass Onion: film z serii "Na noże" / Netflix
Glass Onion: film z serii "Na noże" / Netflix

Rian Johnson to taki koleś, który puściłby z dymem Monę Lisę, gdyby tylko miał do tego sposobność. A przynajmniej to właśnie sugeruje nieortodoksyjne podejście amerykańskiego filmowca do zasady decorum oraz pomnikowych wzorców kinematografii.

Ambitny i dobrze wyegzekwowany Looper z 2012 roku zapowiadał nadejście łebskiego kombinatora, który będzie próbował wbić się do ligi Nolanów i Villeneuve’ów. Przekazanie mu realizacji VIII części Gwiezdnych wojen miało być równoznaczne z wejściem do reżyserskiej ekstraklasy i przedstawieniem się niemal najszerszemu możliwemu audytorium.

Być może wiecie, jak to ostatecznie wyszło. Johnson chciał zatrząść w posadach jedną z najbardziej kultowych franczyz w historii i został jej wrogiem numer 1 (do dziś na Twitterze przez wzburzony fandom określany jest jako roundhead, czyli okrągłogłowy). Ciężko przypomnieć sobie, kiedy ostatni jakikolwiek reżyser byłby znienawidzony na taką skalę. Ale Johnson zareklamował wręczony mu wilczy bilet i wywinął się spod gilotyny dostarczając nam na Na noże – komediowy kryminał, którego scenariusz kipiał od sprytnych rozwiązań, a realizacja nawiązywała do kanonicznych whodunnitów Agathy Christie, by ostatecznie być przede wszystkim krytyką mieszczaństwa przekonanego o własnej nieomylności.

Glass Onion – sequel niespodziewanego hitu wstrzykuje w tę formułę potężną dawkę sterydów, ale przyrost muskulatury nie wiążę się w tym wypadku (jak to bywa w prawdziwym świecie) ze zmniejszeniem się jaj. Więcej, Na noże miało bardziej przypowieściowy charakter, a jego kontynuacja bezpośrednio nazywa rzeczy po imieniu. Edward Norton wciela się w bigtechowego geniusza Milesa Brona, który ma w sobie mnóstwo pychy Elona Muska. Streamer grany przez Dave’a Bautistę ma w sobie cechy Joe Rogana i braci Paul. Influencerko-projektantka Kate Hudson ma wszystkie intelektualne przymioty, o które moglibyśmy ją podejrzewać.

A to tylko połowa menażerii, którą niespodziewanie odwiedza wykreowany przez Daniela Craiga Benoit Blanc – znany na cały świat detektyw, który w tej części pokazuje, że nie jest nieomylnym superbohaterem, a ceną nieprzeciętnej pamięci operacyjnej i mistrzowskiej dedukcji są problemy ze standardowymi międzyludzkimi interakcjami. Blanc otrzymuje zaproszenie na grecką wyspę będącą w posiadaniu Brona, który postanawia urządzić dla swoich przyjaciół detektywistyczną grę polegającą na rozwikłaniu zagadki jego własnej śmierci. A potem ktoś faktycznie ginie.

Opisane zawiązanie akcji brzmi na papierze standardowo. Ale Johnson bawi się z naszą cierpliwością, by w ogóle zasiać nadające się do odczytania ziarna tej intrygi. Jak to zwykle bywa, drobne gesty i pojedyncze wypowiedzi, które z pozoru nie mają większego znaczenia okazują się kluczowe dla rozwikłania tej nieprzeciętnie skonstruowanej fabuły. Ponownie mamy do czynienia z niezwykle sprytną dekonstrukcją kolein gatunku i zabaw z chronologią oraz ideą plot twistu, które same w sobie są szampańską zabawą z powodzeniem zapełniającą 140 minut trwania filmu.

Scenariuszowy wygibasy z wartościowym przesłaniem to jedno. Glass Onion nie byłoby tak udane, gdyby Johnson nie zrekrutował ponownie wybitnego aktorskiego ansamblu. Daniel Craig zdaje się być nieco bardziej karykaturalny niż w swoim debiucie w roli Blanca, ale nadal stanowi odświeżające przełamanie konwencji nudnych stereotypów zdziwaczałych sawantów. Ale gwiazda jest tu jedna – jest nią ​​Janelle Monáe. Wokalistka i aktorka wciela się w postać, która najpierw zdaje się mieć tylko jedną minę, by w drugiej połowie odsłonić swoje prawdziwe zaskakujące oblicze. Jest duża szansa, że autorka Dirty Computer po rolach w Moonlight i Ukrytych działaniach doczekała się swojej prawdziwej aktorskiej przebitki.

Ciężko pisać o Glass Onion tak by niczego nie zdradzić (a może w tej recenzji już są spoilery, ale nie macie prawa ich dostrzec? Hmmm…). Można próbować szukać metakomentarzy pozostawionych przez Johnsona, które dotycząca showbizu oraz relacji odbiorców z dziełami, które powstawały latami w pocie czoła. Ale bez wgryzania się w te didaskalia, które zainteresują finalnie nielicznych (czyli krytykę i filmowych nerdów), warto podejść do sequela Na noże jako do rzeki, do której ponownie możemy wejść i poddać się jej szalonym prądom. Rozkminianie kto zabił to tylko jedna z warstw tej cebuli. Najważniejsza z nich przyprawia bowiem o łzy, ale ze śmiechu. Johnson celnie diagnozuje wiele przywar protechnologicznej Ameryki (a w dobie globalizacji i większości świata), a jego wielkoformatowa satyra jest dużo mniej łopatologiczna i o wiele bardziej wysublimowana niż Nie patrz w górę Adama McKaya. Johnson niemal zabił jedną z najbardziej uwielbianych franczyz na świecie tylko dlatego, że bardzo chciał byśmy zobaczyli coś nowego. Bogatszy o to doświadczenie stworzył jednak serię, która nie tylko jest sprytnym rewanżem na wszelkich fandomach, ale także wyśmienicie rokuje na przyszłość.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
W muzycznym świecie szuka ciekawych dźwięków, ale też wyróżniających się idei – niezależnie od gatunku. Bo najważniejszy jest dla niego ludzki aspekt sztuki. Zajmuje się także kulturą internetu i zajawkami, które można określić jako nerdowskie. Wcześniej jego teksty publikowały m.in. „Aktivist”, „K Mag”, Poptown czy „Art & Business”.
Komentarze 0