W ostatnich pięciu spotkaniach Eibaru polski skrzydłowy rozegrał zaledwie kwadrans. Baskowie nie grają wspaniale, a Damian Kądzior tym bardziej nie może liczyć na występy. 28-latek musi przetrwać trudny moment, szlifować język hiszpański i czekać na szansę, aby w końcu zaistnieć w lidze hiszpańskiej. Pierwsze tygodnie nie są tak piękne, jak zapowiadały początki Kądziora na Ipurua.
Kiedy Polak przychodził do klubu, kandydatów do gry na skrzydle łącznie z nim było zaledwie trzech. Wydawało się niemal pewne, że prędzej czy później podbije jedenastkę baskijskiej drużyny. Tymczasem ćwierć sezonu za nami, a Damian Kądzior rozegrał zaledwie 113 minut. To nie jest kierunek, który pozwoli mu wyjechać na mistrzostwa Europy ani podbić Hiszpanię, ale to nie oznacza, że został skreślony przez Jose Luisa Mendilibara. Trener z Zaldibaru ma specyficzne podejście – testuje zawodników, sprawdza ich charakter, czasem trzeba się mocno nacierpieć, aby znów wziął gracza pod swoje skrzydła.
Kluczowym dniem w kontekście sytuacji Kądziora był deadline day – sam finisz okna transferowego. To wtedy zmagający się z brakami kadrowymi Eibar wypożyczył dwóch młodych zawodników Sevilli – Bryana Gila oraz Alejandro Pozo, którzy błyskawicznie wskoczyli do wyjściowej jedenastki. W skali świata to zawodnicy, którzy nie działają na wyobraźnię, nie zmieścili się w końcu w kadrze Sevilli, natomiast to duże talenty z Andaluzji, które potrzebują jeszcze ogrania. Z przewagą znajomości rozgrywek, języka oraz stylu gry dość szybko wskoczyli w hierarchii ponad Kądziora.
>> Przeczytaj wywiad z Damianem Kądziorem <<
Polak nadal przechodzi poligon powitalny. Trener nie chce mu ułatwiać zadania, nie zamierza tłumaczyć swoich wymagań po angielsku, tylko rzuca oschle: „polaco da sobie radę, niech się uczy”. Widzi w Kądziorze potencjał, sam stał za tym, aby zapłacić za niego pieniądze, co nie jest wcale normą w kontekście Eibaru. Natomiast dostrzega również, że skrzydłowy przyszedł z zupełnie innych realiów – takich, gdy w Zagrzebiu niemalże cały czas atakował. A można powiedzieć, że nie ma w całej LaLiga drużyny, która gra tak specyficznie jak Eibar. Patrząc na to z boku, można pomyśleć, że to ciągłe lagowanie do przodu i bardzo dziwny, prostacki futbol. W rzeczywistości to taktyczne smaczki Mendilibara, który chce jak najprostszymi, konkretnymi środkami osiągnąć swój cel. Nie porwie niedzielnego widza, ale zapewni bezpieczeństwo drużynie z 26-tysięcznego miasteczka.
Wydaje się, że byłemu zawodnikowi Górnika Zabrze nie pozostaje nic innego jak cierpliwość. Sam mówi, że ma wrażenia, jakby na treningach był najintensywniej grającym piłkarzem, ale akurat Eibar patrzy na małe rzeczy: ustawienie czy mądrość każdego zagrania. To pewna czarna magia, którą należy pojąć, zanim zostanie się członkiem tej niecodziennej ekipy. Klub jest rodzinny, działający na zdrowych zasadach, ale szkoleniowiec wymagający jak żaden inny. Dlatego utrzymuje się na stanowisku od pięciu lat w miejscu, które broni się sprytem i metodami, a nie finansowym zapleczem.
Z Hueską (1:1) Damian Kądzior znów oglądał kolegów z perspektywy ławki rezerwowych. Nie przywykł do takiej sytuacji, bo w ostatnich latach gdzie się nie pojawił, tam grał. Ale to cena jednej z najlepszych lig świata. Swoje trzeba przepracować, aby zasłużyć na szansę. Przy tak specyficznym sezonie one na pewno nadejdą, kwestia tylko jak Polak zrobi z nich użytek oraz ile będzie musiał naczekać się na wejście. W kilka minut, jak to miało miejsce dotychczas, trudno zrewolucjonizować świat. Z każdym poznanym słowem i z każdym przepracowanym treningiem można jednak być pewnym, że Kądzior idzie do przodu. A to jak pilnym jest uczniem, dopiero będzie mógł zaprezentować w kolejnych miesiącach.
