Hyperpopowa rewolta - czy tak brzmi przyszłość muzyki popularnej?

122714124_1632278630285680_3622297144506719193_n.png

Z internetowych otchłani Reddita i 4chana na listy Billboardu? Czemu nie. Hyperpop jest bardzo młodym gatunkiem, który wyewoluował na początku ubiegłej dekady i - podobnie jak jego starsze vaporwave’owe kuzynostwo - swój sukces zawdzięcza w dużej mierze internetowi.

Nie mydlmy nikomu oczu - jest to szufladka o wysokim stopniu polaryzacji wśród entuzjastów wszelakiej muzyczki, ale krok po kroku zdobywa coraz większe grono przychylnych słuchaczy. Część z nich mogła zniechęcić przytłaczającym ładunkiem sonicznym, maksymalnie odjechanym wizerunkiem i chyba najbardziej prozaiczną kwestią - panicznym strachem przed nieznanym. Ale jeśli coś zdefiniowało ubiegłą dekadę w muzyce, była to twórczość artystów PC Music, a to już ostatnia prosta do hyperpopu.

A komu to potrzebne, a dlaczego?

Za pierwsze podrygi gatunku, który obecnie doczekał się łatki z napisem hyperpop trzeba uznać powstanie kolektywu PC Music w 2013 roku, za co odpowiadał A.G. Cook. Patrząc na ten okres z perspektywy kilku lat, nie da się nie zauważyć, że na starcie ubiegłej dekady elektronika flirtująca intensywnie z popem zyskała zupełnie nowe oblicze. Dużą w tym rolę odegrały takie zjawiska, jak internet, kampowość i kicz, gender identity, sztuka współczesna, meta humor czy późny kapitalizm.

Wśród wielu użytkowników internetu dużą popularnością cieszą się hasła: skupcie się na muzyce czy najważniejsza jest muzyka. W przypadku hyperpopu jest zupełnie na odwrót, ale spróbujmy zacząć dywagacje na ten temat od sonicznego pierwiastka. Na ukształtowanie się soundu PC Music wpływ miało co najmniej kilkadziesiąt gatunków oraz artystów/artystek kojarzonych zarówno z muzyką elektroniczną, jak i mainstreamowym popem. To temat na rozległą rozprawkę, ale nie da się nie wspomnieć o Jamesie Ferraro, Danielu Lopatinie, Rustie’em czy Hudsonie Mohawke’u. Fikuśna chiptune’owa elektronika, której nie można odmówić ani klubowego animuszu, ani eksperymentalnego, anty-akademickiego podejścia. Ot, amalgamat dźwiękowych osobliwości.

Filary PC Music, kolektywu będącego protoplastą hyperpopu, zostały oparte na różnorodności, co może wydawać się błahym i zdewaluowanym określeniem, bo co w dobie internetu nie jest różnorodne. Jednak w tym konkretnym przypadku kreatywnemu fermentowi, jaki wytworzył się wokół brytyjskiego labelu, towarzyszyły duże przemiany w rozumieniu kultury cyfrowej, tożsamości płci i kolażowości masowej kultury. Do tego dochodzi nieograniczone wręcz czerpanie ze źródełka, jakim jest nostalgia za latami minionymi.

Zresztą, najprostszym hasłem, jakim można podsumować hyperpop, jest maksymalizm. Tutaj wszystkiego jest za dużo i nie jest to w żadnym wypadku pejoratywne określenie. W obrębie jednego genre’u dostajemy zbiór przeróżnych odmian elektroniki: bubblegum bassu, trance’u, EDM-u, gabberów, eurodance’u, wonky, a nawet power ambientu czy estetyki New Age. Ogarnięcie tych wymienionych odłamów może przyprawić o niemały ból głowy, ale skoro chcemy więcej i więcej, to dodajmy do tego ejtisowy sophisti pop, przypałowe lata 2000. i esencję J/K-popowego kawaii.

Żebyśmy nie zagrzęźli w niezwykłej historii PC Music, skupmy się na tym, jak z żebra tej londyńskiej wytwórni narodził się hyperpop. Słodkich melodii i spiczowanych wokaliz podłożonych pod grime’owy bass i świszczące syntezatory nie byłoby bez udziału takich artystów jak Sophie, A.G. Cook, Grimes czy Charli XCX.

Queerowa rewolucja

Powiedzieć, że artystki i artystów wykonujących hyperpop charakteryzuje przerysowany wizerunek to nie powiedzieć nic. Podobnie jak w warstwie muzycznej, tutaj w cenie również jest maksymalizm. Hyperpop wyciąga z szafy wszystkie najdziwniejsze, najbardziej jaskrawe i rzucające się w oczy ciuchy, kocha intensywny makijaż, długie tipsy i doklejone rzęsy. Odrzuca konserwatywny podział na płeć, nonszalancko żongluje jej identyfikacją i z otwartymi rękami zaprasza do wspólnej zabawy przedstawicieli i przedstawicielki wszystkich mniejszościowych grup. Tu nie ma miejsca na wykluczenia, ani muzyczne, ani społeczne, ani jakiekolwiek inne.

Twarzami tej queerowej rewolucji, której ziarno zostało zasiane przez PC Music, są m.in. Dorian Electra, 100 gecs, Rina Sawayama, Kim Petras czy Eartheater. Pierwsi z nich - tak, to nie pomyłka - autorzy znakomitego albumu Flamboyant określają się mianem genderfluid i używają zaimka osobowego oni. Electra, którzy pierwszy raz zaznaczyli swoją obecność na mikstejpie Pop 2 sygnowanym przez Charli XCX, wydali w październiku drugi solowy album, na którym granice zostały naciągnięte w jeszcze wyraźniejszy sposób. Dowodem na to współpraca z Village People (chyba każdy zna hymn YMCA), Rebeccą Black (to ta od numeru Friday) czy z punkową formacją Pussy Riot.

Z kolei wokalistka Kim Petras to transpłciowa kobieta, której zasięgi dochodzą już do milionowych liczb. W wieku 13 lat stała się gwiazdą niemieckiej telewizji, kiedy otwarcie zaczęła mówić o swojej przemianie, którą w pełni wspierali jej rodzice. Muzycznie jest to... pop z lat 2000., kiedy na piedestale stały Christina Aguilera czy Britney Spears. Kwestią czasu było collabo Petras z najbardziej rozpoznawalną gwiazdą hyperpopu, czyli Charli XCX. Panie spotkały się na trzecim albumie Brytyjki, a w numerze Click kroku dotrzymywał im Tommy Cash, estoński rapowy degenerat z uśmiechem szerszym niż Joker.

Przykład Charli XCX jest zresztą znamienny, bo mówimy tu o gwieździe, którą wspiera rzesza oddanych fanów na całym świecie, a jej utwory kręcą liczby w okolicach setek milionów odtworzeń. Nikt tak mocno nie spopularyzował dziwacznego, elektronicznego popu, przemycającego kwestie tożsamości, radzenia sobie z digitalnym uniwersum i emocjami przepuszczonymi przez tysiące filtrów. Charli, znowu morze propsów.

Kwestię queerowości i obecności osób LGBTQ+ w futurystycznym, wyważającym drzwi głównego nurtu popie można spokojnie rozpisać na kilkanaście tysięcy znaków. Najistotniejsze jest, żeby mieć pełną świadomość tego, kto ukonstytuował ów gatunek i że jest to kwestia niepodważalna. Nie byłoby hyperpopu bez tekstów o niebinarności, poszukiwaniu własnego ja, o platonicznej miłości i randkowaniu przez internet czy o oglądaniu anime.

Dupnijcie sobie Monsterka

W tym całym hyperpopowym towarzystwie jest jeszcze jeden duet, któremu warto poświęcić więcej niż dwa słowa. Otoczeni prawdziwym internetowym kultem, wymykający się jakimkolwiek klasyfikacjom zwolennicy pełnej swawoli - 100 gecs. W skład grupy wchodzą producent Dylan Brady i wokalistka Laura Les. Gdyby ktoś zapytał nas o muzykę, która wyprzedza brzmienie 2020 i jednocześnie je kształtuje, bez wątpienia wskazalibyśmy na debiutancki album 1000 gecs oraz równie ważny zbiór remiksów 1000 gecs and The Tree of Clues. Myśleliście, że głowę otwiera DMT czy inny pejotl? Odpalcie te dwie płyty i pogadamy.

Bo hyperpop jest w zasadzie pewnego rodzaju parodią i kontrolowanym międzygatunkowym przewrotem. Monsterki, znoszone t-shirty nu metalowych zespołów i zaprzeczenie nijakości. Tutaj nie ma żadnych, dosłownie żadnych ram. Brady i Les tak samo kochają black metal, estetykę PC Music, jak i naiwny pop z 2003 roku. Fun fact: pomimo tego, że muzycy kumplowali się od czasów liceum, to powstanie albumu sprokurował ich DJ set na festiwalu odbywającym się w Minecrafcie. Płyta 1000 gecs ujrzała światło dzienne w maju 2019, a kilka miesięcy później gecsi supportowali już rapowy boysband Brockhampton. Żeby nie być gołosłownym w stosunku do zachwytów i robienia z amerykańskiego duetu pomazańców muzyki popularnej, wystarczy wymienić media, które jednogłośnie stwierdziły - to jest przyszłość. Pitchfork, New York Times, Rolling Stone i Stereogum.

W niuansie poświęcamy sporo czasu rapowi, dlatego warto zaznaczyć, że hyperpop niejednokrotnie przecinał się z tym gatunkiem. W remiksach na 1000 gecs and The Tree of Clues udzielają się m.in. Injury Reserve i Tommy Cash, Dylan Brady wyprodukował doskonały singiel Rico Nasty - IPHONE, a Tkay Maidza, o której pisaliśmy w tekście o newcomerkach, nagrywała z Dannym L Harle. O Charli XCX wspominać nie trzeba, ale dodamy, że ma na swoim koncie nagrywki z cupcakKe, Tommy Genesis i Lizzo. Nawet Frank Ocean zajawił swoją introwertyczną wizję hyperpopu w singlu In My Room. Obstawiamy w ciemno, że w przyszłości będzie tego znacznie więcej.

Is it future or is it past?

Chyba jedno i drugie. Muzyka (jak i cała popkultura) to wisząca nad naszymi głowami ogromna chmura, z której artyści wyciągają to, co według nich najciekawsze, z czego można ulepić zaskakujące nowe gatunki i kultywować pionierską postawę. Hyperpop jest mocno zakorzeniony w przeszłości, tego się nie da podważyć, ale jak mało który gatunek spogląda w daleką przyszłość. Na nowo definiuje to, co do tej pory traktowaliśmy w kategoriach osobliwości, jako coś z kompletnego undergroundu - nieprzystępnego i dziwacznego. Spokojnie, chwila moment i wsiąknie to w naszą rzeczywistość jak Świątynia Opatrzności Bożej w krajobraz Warszawy.

Podziel się lub zapisz
Lech Podhalicz
Najbardziej jara go to, co odkrywcze i eksperymentalne, czy to w muzyce, czy w kinie, czy w gamingu. Redaktor newonce.net i prowadzący autorską audycję KOLEKCJE w newonce.radio.